Andrzej Duda w 2010 roku był podsekretarzem stanu w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zgodnie z planem wizyty na Ukrainie, Duda miał towarzyszyć głowie państwa w obchodach 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Ostatecznie nie wsiadł jednak na pokład samolotu Tu-154M. Okazuje się, że życie przyszłemu prezydentowi Polski uratowała jego córka! Historię tę w swojej książce „Od dyktatury do demokracji. I z powrotem" opisał prof. Andrzej Zoll. Profesor spotkał się z Dudą 9 kwietnia 2010 roku, na kilka godzin przed katastrofą.

ZOBACZ: MARTA KACZYŃSKA o wybuchu na pokładzie Tupolewa. Co powiedziała o Smoleńsku?

Andrzej Duda cudem nie zginął w katastrofie smoleńskiej! 

9 kwietnia 2010 roku były prezes prof. Zoll wracał z konferencji w warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego. Siedział tam koło Jerzego Szmajdzińskiego, ministra obrony w rządzie SLD. A naprzeciwko nich usadowiona została Joanna Agacka-Indecka, która była wówczas prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej. – Z Jerzym Szmajdzińskim wtedy pierwszy raz rozmawiałem prywatnie. Później miał wystąpienie, które mi się zresztą spodobało. Następnego dnia oboje zginęli w katastrofie smoleńskiej... – wspomina profesor. Po tej konferencji prof. Zoll załapał się na ostatni pociąg do Krakowa. Na peronie czekał także Andrzej Duda. To właśnie wtedy wyjawił profesowi, dlaczego nie zabierze się w prezydentem Kaczyńskim do Smoleńska:

 - Spytałem go nawet, czy nie leci rano do Smoleńska. Powiedział, że rozchorowała się jego córka i prezydent zwolnił go z tego lotu… – napisał Zoll.

Jak okazało się dzień później, choroba Kingi Dudy uratowała życie przyszłego prezydenta RP.  Do momentu katastrofy smoleńskiej Andrzej Duda był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Lech Kaczyński powołał go na to stanowisko na dwa lata przez katastrofą smoleńską.