Andrzeju, co widzisz na okładce swojej książki „Chłopcy”?

Dwa tunelowe wejścia do tajemniczej i być może niebezpiecznej głębi. Jak rozumiem, pytasz, czy te tunele są waginalne? Oczywiście są. Taki był zamiar. 

Bo „Chłopcy” są o kobietach?

Moim zdaniem o mężczyznach. Choć interpretacji może być wiele. Moja starsza córka, która niebawem kończy 18 lat, uważa, że jest to książka o dzieciach pokrzywdzonych przez dorosłych, goniących za egoistycznie pojmowanym szczęściem. A ty uważasz, że „Chłopcy” są o kobietach?

Tak. I nawet irytuje mnie, że kobiety sieją spustoszenie. Wprowadzają chaos w życie mężczyzn
i niszczą ich. A oni są tacy biedni i pokrzywdzeni. 

To zdumiewające, że można tak „Chłopców” rozumieć. Dla mnie męscy dorośli bohaterowie tej powieści ani trochę nie są biedni czy pokrzywdzeni, bo to oni manipulują kobietami. Myślę tu o 40-letnim narratorze Jakubie Solańskim i jego przyjacielu Pawle. 

Książka ma jeszcze jednego, zaskakującego narratora.

Tak, jest nim 11-letni Mateusz, syn Jakuba. On z kolei opisuje swojego ojca z coraz większym przerażeniem. Dla mnie ojciec i syn to właśnie tytułowi „Chłopcy”. Młodszy jest niedojrzały z racji wieku, starszy – z powodu duchowych niedoborów. Obaj tworzą jakby jednego metaforycznego mężczyznę w różnych stadiach życia. Przez ten zabieg chciałem pokazać męski sposób widzenia i rozumienia świata. W „Chłopcach” jest dużo o relacjach męsko-damskich, jest sporo seksu, ale dla mnie najciekawsza jest relacja między ojcem a synem. To, że mężczyźni nie rozumieją, na czym naprawdę polega jedna z największych odpowiedzialności w ich życiu – ta wobec własnego dziecka. 

Teraz już wiesz, na czym polega?

Nie musiałem pisać „Chłopców”, żeby to wiedzieć. Polega na trwaniu przy dziecku. Na ojcostwie codziennym, a nie weekendowym. 

Twoja młodsza córka ma 11 lat, tyle co bohater „Chłopców”. Czytała książkę? 

Nie, skąd! To jest książka o jedenastolatku, ale jedenastolatków należy trzymać od niej z dala. Dekonstrukcja życia dorosłych jest w niej zbyt poważna i bolesna. 

 

Dzieci w Twojej powieści straszliwie przeklinają.

Niestety, tak wygląda dziś rzeczywistość. Wulgaryzmy się upowszechniły i są używane nawet przez dzieci z tak zwanych dobrych domów. W czasach mojego dzieciństwa było to jeszcze nie do pomyślenia. Ale
w ostatnich latach zmieniło się nie tylko to. Kiedy ja miałem 11 lat, w mojej klasie może jedno dziecko na trzydzieścioro pochodziło z rozwiedzionej rodziny. Dziś na piętnaścioro dzieci w prywatnej szkole mojej córki tylko troje ma rodziców, którzy się jeszcze nie rozwiedli. Siłą rzeczy dzisiejsze dzieci są obyczajowo doroślejsze. Taki świat im zafundowaliśmy i o nim
w „Chłopcach” opowiadam.

Drastycznie inny?

Niestety. Weźmy choćby łatwy dostęp do pornografii. Przeraża mnie, że w dobie internetu dzieci mogą w ciągu kilku sekund wejść na stronę porno i zobaczyć totalny hardkor. Nie mam wątpliwości, że dzieciak, który w wieku 11 lat naogląda się pornosów, będzie miał spaczone wyobrażenie na temat tego, jakie są relacje między ludźmi. Nie tylko seksualne. Wszystkie. Cieszę się, że dojrzewałem w czasach romantycznej naiwności, gdy seks jawił się jak baśń z tysiąca i jednej nocy, a nie instrukcja obsługi pralki. 

Dorosły bohater „Chłopców” Jakub jest rozwodnikiem, ma kilka romansów jednocześnie, czasem już tego nawet nie ogarnia. 

Na pierwszy rzut oka taka sytuacja to marzenie większości facetów, prawda? Że kobiety przychodzą, idą
z nimi do łóżka, a potem znikają. 

A co Ty sądzisz o Jakubie?

Że jest duchowo ślepy. Owszem, ma urok, inteligencję, dowcip i pozycję społeczną (jest neurochirurgiem) i łatwo przeskakuje z kwiatka na kwiatek. Ale żeby tak żyć przez długi czas, trzeba być pustym człowiekiem. Bo jeśli ma się elementarną wrażliwość, a Jakub ją ma, płaci się za takie życie wysoką cenę – jest nią wewnętrzna samotność. 

Mówisz, że Twój bohater ma dowcip, inteligencję, dobry zawód. Ale Ty też jesteś takim mężczyzną. A jesteś w związku z jedną kobietą od czasów liceum. Ciebie życie singla nie kusiło?

Nie pamiętam, jaki byłem, zanim poznałem Małgosię. Jesteśmy ze sobą od zawsze, bo mamy po 50 lat,
a związaliśmy się, mając po 19. Więc ukształtowaliśmy się razem i razem zbudowaliśmy swoje wewnętrzne światy. Oczywiście nie żyjemy jak pustelnicy, więc przez te długie lata siłą rzeczy poznałem sporo interesujących kobiet. Jednak żadna nie była na tyle atrakcyjna, bym uznał, że warto dla niej burzyć to, co zbudowałem z moją żoną. Jako partnerka życiowa Małgosia jest dla mnie ciągle najciekawszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Zwłaszcza intelektualnie, co na dłuższą metę jest najważniejsze, bo intelekt i duchowość to te przestrzenie życia, w których miodowy miesiąc może trwać najdłużej. Nasz trwa już 31 lat. I dziś myślę, że jeśli kiedykolwiek roiłem sobie, że mógłbym chcieć żyć z kimś innym, to dobrze, że pozostało to wyłącznie w sferze rojeń. 

W tym roku skończyłeś 50 lat. Bywa, że nadal czujesz się chłopcem?

Jako artysta kultywuję w sobie chłopca i chcę, żeby został ze mną jak najdłużej. Ale w życiu prywatnym już dawno się z nim pożegnałem i mogę powiedzieć, że jestem dojrzały, co objawia się tym, że potrafię nie tylko odpowiedzialnie zdefiniować swoje życie, ale przede wszystkim odpowiedzialnie nim kierować. Dawniej miotałem się wśród nieskończonych niepewności, jaką drogą iść, i chwilami ulegałem iluzji, że gdybym zmienił swoje życie, byłbym może szczęśliwszy. Na szczęście nigdy tego nie zrobiłem i dziś jestem bardzo zadowolony ze wszystkich swoich dotychczasowych wyborów, łącznie z rozmaitymi zaniechaniami. 

 

Na brak nudy w tym życiu chyba nie możesz narzekać. Co kilka lat zmieniasz zawód.

Miałem to szczęście, że mogłem w satysfakcjonujący mnie sposób robić wiele ciekawych rzeczy. Mając zaledwie 26 lat, wydawałem jako redaktor prowadzący „Gazetę Wyborczą”, współkierowałem jej warszawskim działem miejskim („Gazetą Stołeczną”) i działem kultury. Rzuciłem dziennikarstwo na rzecz robienia filmów, z których kilka („Ciało”, „Testosteron”, „Lejdis”) weszło do kanonu polskiej komedii. Teraz napisałem powieść i głęboko wierzę, że również w literaturze znajdę wiele radości. To zresztą niejako powrót do początków, bo debiutowałem w 1990 roku jako pisarz w prestiżowym wówczas piśmie literackim „bruLion”, gdzie publikowali Stasiuk, Świetlicki i niemal wszyscy ważni pisarze i poeci mojego pokolenia. 

Jak mówiłeś, jeden z narratorów „Chłopców” jest 11-letnim chłopcem. Wróćmy jeszcze do Twojego dzieciństwa. Jakie było? Błogie?

Z całą pewnością nie. Do szkoły poszedłem rok wcześniej niż rocznikowo powinienem, a mimo to – a może właśnie dlatego – od początku sprawiałem poważne problemy wychowawcze. Nudziłem się, bo już umiałem to, czego nas uczono. Nauczyłem się czytać na encyklopedii jako pięciolatek, więc elementarz Falskiego mnie śmiertelnie nudził. Zabijałem tę nudę, wygłupiając się i dokazując, co robiłem tym chętniej, im większe zainteresowanie budziłem u kolegów i koleżanek. Oczywiście nie podobało się to nauczycielom i od pierwszych dni pierwszej klasy dostawałem nagany z zachowania. Moja mama była totalnie załamana, zwłaszcza że w domu byłem uosobieniem spokoju, bo siedziałem na kanapie i czytałem książki. Czytałem, by zabić nudę, bo ojciec pracował do późna, a mama zajmowała się moim bratem, który dopiero się urodził. Za to w szkole, powtarzam, kompletnie mi odbijało. Doktor Jekyll i Mister Hyde – trwam w tym od dziecka... 

Kiedy się uspokoiłeś?

Nigdy. W liceum było znacznie gorzej, bo trafiłem na cudownych kompanów, z którymi można było robić dym na wysokim poziomie. Z moim najlepszym przyjacielem Marcinem Baczyńskim ścigaliśmy się na przykład, kto w semestrze dostanie więcej ocen niedostatecznych. Jeden przez drugiego zgłaszaliśmy się do odpowiedzi, żeby wykazać się przeraźliwą niewiedzą i zaliczyć ówczesną pałę, czyli dwóję. To naprawdę nie jest łatwe zmusić belfra, żeby wystawił ci złą ocenę, kiedy ty chcesz, a nie on. Koniec końców ja zostałem zawieszony, a Marcina wyrzucono ze szkoły. Usłyszeliśmy też, że jesteśmy idiotami, z których nic nigdy nie będzie. Po latach napisałem scenariusz „Lejdis”, a Marcin Baczyński scenariusz „Listów do M”. To dwie najchętniej oglądane komedie ostatniego ćwierćwiecza w Polsce. 

 

Pamiętasz, kiedy zacząłeś czuć się dorosły?

Kiedy miałem niecałe 17 lat, wybuchł stan wojenny. Świat nagle spoważniał, a my z nim, choć ta powaga wykuwała się podczas niekończącej się imprezy. Ale kiedy milicja zabiła Grzegorza Przemyka, który był naszym równolatkiem i z którym mijaliśmy się na balangach, poczuliśmy, że życie boli bardziej, niż zakłada regulamin nastolatka. Druga sytuacja, kiedy poczułem się dorosły, miała miejsce w tym samym czasie i była znacznie mniej dramatyczna, choć dla mnie nie mniej istotna. Moi rodzice przez lata ukrywali przede mną i bratem, że nie mają ślubu. Ja to oczywiście wiedziałem, bo jeszcze jako 12-latek przejrzałem dowód osobisty mamy, gdzie stało jak byk: stan cywilny – wolna. No i jej panieńskie nazwisko tam było. W ogóle się tym nie przejąłem, a nawet odczuwałem pewien swoisty rodzaj dumy, który nakazał mi myśleć o sobie „jestem bękartem”, co odróżniało mnie od kolegów. A kiedy miałem 17 lat, moi rodzice postanowili się pobrać. Oczywiście w tajemnicy przede mną i bratem. Pamiętam, że wróciłem z wycieczki po Puszczy Kampinoskiej i ku swojemu zdumieniu zastałem w domu kilkadziesiąt osób z rodziny z całej Polski i stoły uginające się od żarcia i alkoholu. I oni wszyscy udawali przede mną, że znaleźli się w naszym domu całkiem przypadkiem. Potwornie się wkurzyłem, że traktują mnie jak dziecko. W zamieszaniu zwinąłem flaszkę wódki ze stołu i zamknąłem się w pokoju, wypijając te pół litra z gwinta. Pamiętam, że znowu czułem dumę, bo któż na świecie – myślałem wówczas – może się nawalić na ślubie własnych rodziców? To była ostatnia świadoma myśl. Następnego dnia się okazało, że wychylony po kolana ciskałem z okna kotletami mielonymi w przejeżdżające samochody. I że to prawdziwy cud, że nie wypadłem. Tak właśnie powitałem dorosłość: gargantuicznym kacem po weselu własnych starych. 

Tymczasem mama, jak widać, za wszelką cenę chciała Cię chronić przed wiedzą o świecie dorosłych. A była czuła, przytulała Cię?

Mama była bardzo czuła, ale ja nigdy za jej czułością nie przepadałem. Myślę, że na swój sposób byłem odrobinę autystyczny. Jako małe dziecko miałem – w co trudno dziś uwierzyć – dziewczęcą urodę, co powodowało, że na przykład w autobusie różne starsze panie chciały mnie brać na kolanka. Niewykluczone że te starsze panie były młodsze niż ja teraz. Tak czy inaczej – nienawidziłem tego. Ludzie nie rozumieją, że dziecko ma intymną przestrzeń, której nie należy przekraczać. Nie lubiłem też, kiedy ciotki całowały mnie na powitanie, bo miałem wrażenie, że zawsze jakaś odrobina ich śliny zostaje mi na policzkach. Ale żeby nie było, że mówię tylko o kobietach – całymi dniami grałem w piłkę i nie cierpiałem również, kiedy trzydziestu chłopaków przed meczem i po meczu musiało sobie podać ręce. Myślę, że nie mógłbym wykonywać żadnego zawodu, który polega na kontakcie z ciałem innego człowieka. Do dziś nie przepadam za dotykiem obcych osób i poza sferą erotyki zdecydowanie staram się go unikać.

W Twojej powieści syn usiłuje zaprzeczyć swojemu podobieństwu do ojca. Ale ono i tak zawsze przecież wychodzi. Walczyłeś ze swoim ojcem?

Jako dziecko nie byłem podobny do ojca. Dziś, kiedy on już nie żyje, a ja jestem w średnim wieku, zauważam coraz częściej fizyczne podobieństwo. Charakterologicznie jestem do niego bardzo podobny: choleryczny, gwałtowny i apodyktyczny. Nie lubiłem tych cech u mojego ojca, bo nie czułem się przy nim komfortowo. A sam jestem taki sam i – paradoksalnie! – lubię w sobie tę porywczość i zdecydowanie. Dzięki niej ludzie mi się łatwiej podporządkowują, z korzyścią dla mnie, a często i dla siebie, bo jestem bardzo lojalny wobec tych, którzy mi ufają. Ale gwałtowność ma i swoje złe strony; zdarza mi się wybuchnąć głęboko niesprawiedliwie i rozstawić wszystkich po kątach, a potem przychodzi opanowanie i wstyd, że jednak przesadziłem. 

 

A wobec córek bywasz porywczy?

Staram się nie być, choć one pewnie nie powiedziałyby o mnie „spokojny tatuś”. Potrafię warknąć. Ale nie trzymam ich krótko, nie. W naszym domu zasadami organizującymi są luz i otwartość. 

Co dla Ciebie jako ojca okazało się największym cudem?

To, że mam dzieci, jest cudem najważniejszym. Na pierwsze dziecko czekaliśmy bardzo długo i kiedy już traciliśmy nadzieję (co jest niezwykle wyniszczające), okazało się, że możemy mieć dziecko dzięki metodzie in vitro. Dziś moja starsza córka ma 18 lat i jest cudownym człowiekiem. Bez niej moje życie nie miałoby sensu. Dlatego od lat powtarzam ludziom, którzy mają podobne problemy: nie dajcie się ideologicznym oszołomom zapędzić w kozi róg. In vitro czyni dobro, jakim jest istnienie cudownych ludzi. I nie Bóg jest temu przeciwny, a wyłącznie ludzie, którzy bezpodstawnie uzurpują sobie prawo do mówienia w jego imieniu. 

Masz jeszcze drugą córkę.

O sześć lat młodszą. Która znalazła się na świecie w wyniku – nazwijmy to żartobliwie – tradycyjnej procedury poczęcia. Mówię to, by pokazać, że in vitro może też niwelować przeróżne blokady w organizmie, które uniemożliwiają posiadanie dzieci. Głęboko wierzę, że ludziom z problemem niepłodności bardziej jest potrzebny lekarz z kompetencjami niż ksiądz z katechizmem. 

Niedawno wrzuciłeś na Facebook zdjęcie, na którym Twoja młodsza córka ogląda film, a obok leży maleńki biały pies. Naprawdę masz takiego psa, z jakim chętnie pokazują się gwiazdy?

Tak! Całe życie broniłem się przed posiadaniem psa i poległem przed pięćdziesiątką. I jestem wdzięczny dzieciom, że mnie do tego namówiły, bo Abra – tak nazywa się nasza maltanka – jest absolutnie
zjawiskowa i wraz z nią zjawiły się w naszym domu kolejne pozytywne emocje. 

 

Publikujesz na facebooku bardzo mocne, odważne posty. Codziennie na stronach „Gazety Wyborczej” ukazuje się Twój mem, prowokujący komentarz do rzeczywistości. Jesteś osobą kontrowersyjną. Nie wolałbyś być powszechnie lubiany?

Jak każdy normalny człowiek chciałbym być lubiany, ale jeśli ceną za to jest istnienie wbrew sobie, to ja nie chcę się mizdrzyć do świata. Stać mnie już na to, żeby istniejąc w przestrzeni publicznej, być wierny wyłącznie sobie. Funkcjonuję publicznie poza jakimikolwiek koteriami, sforami i środowiskami i piszę wyłącznie, co chcę i co uważam za słuszne, a nie – co ktoś mi każe. Dzisiejsze polskie życie intelektualne przypomina kibolskie zachowania lojalnościowe: albo jesteś z nami we wszystkim, albo nie ma cię wcale. Nigdy się z tym nie pogodzę.

A czujesz potrzebę, żeby robić coś ważnego?

Opowiadam ludziom historie. W teatrze, filmie, literaturze – to bez znaczenia. Wiem, że moje istnienie ma sens. I w tym aspekcie – tak to rozumiem – to, co robię, jest ważne. 

Jesteś szczęśliwy?

Nie lubię mówić o szczęściu, bo jako fatalista uważam, że kiedy mówi się, że jest dobrze, wszystko się psuje. 

A to się kiedyś potwierdziło?

Nie chodzi o jakiś determinizm losu czy gwiazd. Ale często bywa, że człowiek deklarujący zadowolenie
z własnego życia prowokuje ogromne pokłady niechęci ze strony innych, którzy wkładają wiele wysiłku, by udowodnić mu, że się myli. Tego się istotnie lękam, bo ludzkiej zawiści doświadczyłem po wielekroć. Ale jednocześnie byłbym kompletnym kabotynem, gdybym powiedział, że moje życie nie jest szczęśliwe.
Bo jest. I niech takie zostanie.