Czerń pustej sceny, żadnych dekoracji. Jedyny kolorystyczny akcent to wysoko zawieszony pas przedzielający przestrzeń pomiędzy sceną a jej sklepieniem. Pośrodku Andrzej Seweryn żonglujący czernią i bielą – to wkładając, to znów zdejmując poszczególne elementy skromnego stroju. Aż do absolutnej nagości. I pełna do ostatniego miejsca widownia Teatru Polskiego. A wśród niej tuzy teatru, filmu, literatury, sztuki. Przytrzymać ich uwagę przez półtorej godziny Szekspirowskim monodramem za jedynych – niemych – partnerów, mając psa i zwiewną piękność, to nie lada sztuka. Andrzejowi Sewerynowi to się udało.

Sala zgotowała mu owacje na stojąco. „Znakomity warsztat” – ocenia na gorąco Olgierd Łukaszewicz. Po monodramie odwiedził nowego dyrektora w jego garderobie. „Witaj królu!” – powiedział. „Potrafię ocenić grę aktora i uznaję hierarchię” – wyjaśnia. „Cieszę się, że Andrzej zdecydował się kierować naszym teatrem. Podziwiam go jako zawodowca i traktuję jak znakomitego trenera. Ale w zespole jak w sporcie – jeśli zawodnicy nie staną na wysokości zadania, nie wezmą od niego energii i zapału, nic z tego nie będzie”.

Tym, co zaskakuje u aktora, lat 64, jest… młodość. Na scenie jest tak pełen życia i energii, że wielu młodych wiekiem aktorów nie dorównałoby mu ani tempem prowadzenia spektaklu, ani umiejętnością natychmiastowego przeobrażania się z postaci w postać.  

Widać, że trzy lata spędzone u Petera Brooka nie poszły na marne. Nad dziewięciogodzinnym przedstawieniem „Mahabharaty” 25 osób z 18 krajów pracowało przez dziesięć miesięcy po dziewięć godzin dziennie. Aktorzy zaczynali o dziewiątej – rytmiką, śpiewem albo ćwiczeniami fi zycznymi, walkami w najróżniejszych stylach, na miecze, noże, dzidy, kung-fu. Po południu była praca z tekstem. Kiedy Andrzej Seweryn wracał wieczorem do domu, padał ze zmęczenia. „To była nauka wspólnego patrzenia, totalnego porozumiewania się, przekazywania energii – opowiadał później. – W pracy było bardzo ciężko. Wysokie piętra, bez windy. W zimie woda zamarzała w toaletach. Żeby wytrzymać, starałem się dużo jeść”.

Brook był i jest nadal niezwykle ważną postacią w jego życiu. Był nawet świadkiem na jednym ze ślubów aktora (Andrzej Seweryn związek małżeński zawierał czterokrotnie) w Nowym Jorku. „Nauczył mnie pokory” – wyznał mi kiedyś w wywiadzie. Nawiasem mówiąc, dziś u Brooka gra już syn Andrzeja Maksymilian. 

DOM POLSKI

Podczas trzydziestoletniego pobytu we Francji aktor nigdy nie odciął się od Polski. Na ile pozwalało mu życie zawodowe, grał w teatrze i filmie. Jednak jego decyzja o objęciu dyrekcji Teatru Polskiego w Warszawie zaskoczyła wszystkich. A plany ma ambitne, zakrojone zachodnim obyczajem na trzy lata. Tylko że ten teatr nie ma dziś dobrej marki. To „obiekt muzealny”, „rodzaj mogiły”– mówi o nim środowisko. Czy wybitny aktor zdoła reanimować trupa, wydźwignąć go z zapaści?

„Wierzę, że mu się uda” – zapewnia Olgierd Łukaszewicz, aktor Teatru Polskiego, którego Seweryn już obsadził w jednej z dwóch głównych ról w spektaklu „Polacy” opartym na „Dziennikach” Gombrowicza oraz tekstach homilii i wystąpień publicznych kardynała Stefana Wyszyńskiego. „W »Wyobraźcie sobie…« pokazał na sobie, co aktor może osiągnąć pracą. Uważam to za akt odwagi, bo w Polsce panuje już zupełnie inna estetyka. Takie rzemiosło aktorskie od lat nie jest w cenie. Żeby organizować siebie w tak wielkiej przestrzeni, trzeba mieć wyobraźnię i dar, a my już w to zwątpiliśmy”.

„Do kultury wyższej, jeżeli ma ona nie umrzeć zupełnie, a dzięki której przetrwaliśmy nie tylko zabory, ale i komunizm, trzeba dokładać” – zauważa Daniel Olbrychski, któremu Andrzej Seweryn zaproponował rolę Wojewody w „Mazepie”, jednej z planowanych premier w Teatrze Polskim. „Jeśli znalazło się kogoś, kto ma charyzmę, talent, doświadczenie i wiedzę, i chce się tym podzielić, sejmik mazowiecki musi mu w tym pomóc. A nie wierzę politykom, kiedy mówią, że interesują się kulturą, ponieważ kultura przestała być im potrzebna”.

Dlaczego artysta o takiej pozycji w Europie decyduje się na powrót do kraju i objęcie teatru o świetnych tradycjach, ale o marginalnym dziś znaczeniu? „Kiedy o tym myślę, widzę Odysa, jak wraca na Itakę po wojnie trojańskiej” – twierdzi wieloletni przyjaciel Andrzeja Seweryna, aktor i reżyser Ryszard Peryt. „Pięknie mówi o tym Kawafis w wierszu »Itaka«: »Jeśli wyruszasz w podróż do Itaki, pragnij tego, by długie było wędrowanie, pełne przygód, pełne doświadczeń« (przekład Antoniego Libery – przyp. red). Bo ważna jest sama droga. Andrzej, wracając do Warszawy, do Itaki, do domu, wraca do czasu, w którym się »wszystko zaczęło« – jego świadome życie, kiedy tu robił maturę, studiował, dojrzewał, kiedy się kochał, rozpaczał, biesiadował i pracował. Kiedy siedział w więzieniu i wychodził na wolność... której wówczas nie było. To jest jego dom. Dojrzały człowiek odwiedza dom. To »koronacja«, a zarazem kontynuacja. Przytulenie bliskich, których już nie ma, przytulenie siebie samego. Tym bardziej jest to symboliczne, że to Teatr Polski. Po Troi Paryżu i Europie dociera do Itaki.

GRZECZNY CHŁOPAK

„Andrzej w czasach młodości? To był grzeczny chłopak” – zaświadcza Olgierd Łukaszewicz. „O szaleństwach à la bohema krakowska nie ma co mówić. Wiem to dobrze, bo skończyłem krakowską szkołę teatralną. Andrzej zawsze myślał kategoriami społecznymi: »Polska«, »Ojczyzna«. I to mu zostało”.

 

„Poznaliśmy się z Andrzejem w szkole teatralnej, po „Popiołach”, w których grałem w `abc roku, będąc po pierwszym roku studiów” – wspomina Daniel Olbrychski. „Kiedy po urlopie dziekańskim chciałem grzecznie wrócić do szkoły, moja grupa była już na roku trzecim, więc pokornie poszedłem na rok drugi. Tam zgromadzili się wybitnie zdolni ludzie: Piotr Fronczewski, Andrzej Nardelli, Maciej Englert. Chodziłem z nimi zaledwie parę miesięcy, bo potem za radą rektora Kreczmara wybrałem swoją drogę. W tej grupie zauważyłem zdolnego, chmurnego, ogromnie skupionego chłopca. Szykował wtedy jakiś piękny wiersz, zdaje się, że »Uspokojenie« Słowackiego. I widziałem, jak to próbował pod batutą profesora Wyrzykowskiego. Wtedy pomyślałem: »To na pewno będzie Ktoś«. I się nie pomyliłem”.

Olgierd Łukaszewicz po raz pierwszy zobaczył Andrzeja Seweryna podczas jego dyplomowego spektaklu „Trzy siostry” w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Ale dobrze poznali się później, w `ahi roku podczas realizacji „Ameryki” w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego w warszawskim Ateneum. Łukaszewicz grał głównego bohatera Karla Rossmana. Tuż za jego nazwiskiem w programie widniało nazwisko Seweryna. „Do dziś pamiętam, jak przed moim wyjściem na scenę Andrzej mi szepnął do ucha: »Musisz przemyśleć dobre rozłożenie sił«. Bardzo mi tą uwagą pomógł. Później z tym spektaklem podróżowaliśmy po świecie. Mamy wspólne zdjęcie z Florencji, gdy ściskamy jeden drugiego na znak radości, że oto jesteśmy za żelazną kurtyną. A Andrzej próbuje nawet wzorem cyrkowców utworzyć coś na kształt piramidy”.

Seweryn już wcześniej zakosztował Zachodu, choć jego smak był dla artysty gorzkawy. Kiedy z teatrem przyjechał na festiwal do Awinionu, miał tak mało pieniędzy, że gasił pragnienie, pijąc wodę z fontanny na Place de la Concorde.

„Po raz pierwszy zobaczyłem go w 1961 roku, co wyszło przypadkowo przy jakiejś, za przeproszeniem, wódce” – wspomina Ryszard Peryt. „Było to na konkursie teatrów harcerskich w Warszawie w dawnej głównej kwaterze ZHP (dziś mieści się tam m.in. Centralny Basen Artystyczny). Ja, wtedy czternastolatek, byłem dyrektorem cyrku harcerskiego »Cudaki«. Andrzej działał na Żoliborzu w drużynie »walterowców « Jacka Kuronia. Ich patronem był Walter Świerczewski. A ja w Zielonej Górze byłem w innej słynnej drużynie, polemicznej wobec »walterowców« – »Makusyny«. Nasz założyciel, Zbigniew Czarnuch, chciał, by coś pozytywnego kończyło się na »-syny«, a ponieważ patronował nam Kornel Makuszyński, powstała taka przewrotna nazwa. Ale tak naprawdę poznaliśmy się w 1966 roku, gdy zdawałem egzaminy na PWST. Studenci ze starszych lat opiekowali się wówczas młodszymi kolegami. Jakoś dobrze wpadliśmy na siebie z Andrzejem i od tamtego czasu nieprzerwanie trwa nasza przyjaźń”.

Ryszard Peryt jako student zamieszkał w słynnej Dziekance. Tam też przy alkoholu, bo jakżeby inaczej, dyskutowano i medytowano na temat teatru do białego rana. Grono było na ogół stałe. Prócz Andrzeja Seweryna należeli do niego m.in. Jerzy Sawka, Maciej Prus i Jerzy Grzegorzewski.

Andrzej Seweryn opowiadał później, że bardzo się zdziwił, gdy któregoś ranka obudził się w pokoju pełnym potłuczonego szkła: „Piliśmy rieslingi, dużo butelek. W pewnym momencie zdecydowaliśmy, że nie zostawimy żadnego szkła w całości. Budzimy się rano i nie możemy się ruszyć. Wszędzie porozbijane butelki, szklanki, szyby”.

„To były nasze biesiady. Alkohol był jedynie kontekstem zewnętrznym, chociaż sporo tego kontekstu było” – śmieje się Ryszard Peryt. „Raz nawet zdarzyło mi się, że niosłem Andrzeja na plecach do jego domu. Też byłem niezły, bo utknęliśmy w metalowej furtce przed jego domem”. Andrzej Seweryn mieszkał wówczas przy ulicy Suzina w Warszawie, w jednym pokoiku z mamą i siostrą. Mama po rozwodzie z ojcem (Andrzej miał wtedy 10 lat) wychowywała go samotnie.

ODA DO WOLNOŚCI

Przed Marcem '68 roku Andrzej Seweryn i Ryszard Peryt adorowali piękną studentkę reżyserii Małgorzatę Dziewulską (potem Peryt wraz z nią i grupą aktorów tworzyli teatr w Puławach). Adoracja doprowadziła ich do panieńskiego pokoiku Małgosi na Rozdrożu w Warszawie, gdzie wspólnie przygotowywali transparent w obronie „Dziadów”. „Rysowaliśmy na prześcieradle czarnym tuszem: Żądamy dalszych przedstawień »Dziadów«” – wspomina Ryszard Peryt. „Małgosia wniosła ten transparent do Narodowego schowany pod sweterkiem na biuście. Andrzej miał pilnować, żeby nic jej się nie stało, ja byłem odpowiedzialny za kijki, które wcześniej ukryłem za pomnikiem Nike (stał wtedy na placu Teatralnym). Kiedy kończył się spektakl, rozwinęliśmy ten transparent... i tak zaczęły się nasze «wydarzenia marcowe». A nasza sytuacja marcowo-towarzysko-miłosna znalazła swój fi nał w Pałacu... Mostowskich”.

Andrzeja Seweryna zwinięto tego samego dnia, Ryszarda – następnego. Do aresztu trafi ło wtedy wiele osób z ich kręgu, m.in. Bogusia Blajfer, narzeczona Andrzeja (później żona) i Sylwia, ukochana (później żona) Peryta, Adam Michnik, Jacek Kuroń. Cała grupa przyjaciół. A Sewerynowi w Pałacu Mostowskich wmawiano, że transparent wręczyli mu mężczyźni, którzy wysiedli z czarnych limuzyn.

 

„Andrzej to bardzo dzielny, szlachetny człowiek” – mówi Daniel Olbrychski. „W 1976 trzeba było podpisać list w obronie robotników. Andrzej zawsze angażował się w walkę o słuszne sprawy. Był odważny, rozrzucał ulotki i roznosił listy. Kiedy przyszedł z petycją do mojego mieszkania, które wtedy dzieliłem z Marylą Rodowicz, wiedząc, że inicjatorem listu jest KOR, podpisałem go bez wahania. To samo chciała zrobić Maryla. A Andrzej powiedział: »Zastanówcie się, czy to jest słuszne, żeby Maryla ryzykowała już do końca swoją karierę«. Jej nazwisko byłoby na tej liście bardzo pożądane, ale gdyby podpisała, miałaby szlaban w telewizji i radiu, co piosenkarkę by wykończyło. Aktor jakoś by sobie w tej sytuacji radził, ale dla niej, nawet tak popularnej, to byłby koniec. A nie było żartów. Ja z powodu podpisywania tych listów miałem już szlaban w telewizji. W całej Polsce odwoływano moje koncerty poezji romantycznej. Miałem kłopoty z przeżyciem. Więc w końcu obaj wytłumaczyliśmy jej, żeby tego nie robiła, bo najpewniej zniknie na długie lata z masowego odbioru. Ale to Andrzej ją uratował. Bardzo mnie to ujęło. Kiedy po latach mu to powiedziałem, zdziwił się. Nawet tego nie pamiętał, bo to było u niego odruchowe”.

PARYSKA PRZYGODA

Jak przyjaciele odbierają kolegę po latach? Czy się zmienił? Zawsze był niezwykle pracowity. Mówiono nawet, że jego pracowitość zahacza o obsesję. Na studiach słynął z gorliwości w wykonywaniu różnych zadań. Dziesięć razy dziennie ćwiczenia na rozluźnienie szczęki? Obowiązkowo. Skoro profesorowie tak każą! Na rytmice ciągle domagał się powtórek ćwiczeń, żeby lepiej je opanować. Perfekcjonista ceniący hierarchię. Bo ona porządkuje życie i daje poczucie bezpieczeństwa – nie jest samotny ten, kto ma mistrza. Dla niego byli to Janusz Warmiński, Jan Świderski, Jacek Woszczerowicz, Aleksander Bardini, Peter Brook.

Myślę, że Andrzej się uspokoił wewnętrznie” – uważa Ryszard Peryt. „Ale nie w sensie zastygnięcia. Może jest mniej zagoniony, bardziej skupiony na tym, czego nie widać. Zawsze był pracowity. Upiornie pracowity. Czasem mnie to wkurzało, że aż tyle można, że w tym jest jakaś choroba, ucieczka... w pracę. Ale z drugiej strony imponowało mi to. Andrzej miał kalendarzyk, w którym skrupulatnie wszystko notował, nawet podczas naszych rozmów. A kiedy już coś z tego zrealizował, znowu skrupulatnie wykreślał to, co wcześniej zanotował, tak, by to było nieczytelne. Podobnie było z egzemplarzami teatralnymi czy scenariuszami fi lmowymi. Miał upodobanie do zostawiania na piśmie śladów tego, co myśli, co ma do zrobienia czy przeczytania”. Etos pracy, coś, z czego lubimy czasem kpić, on traktuje bardzo serio. „Powiem jak kapral” – wyznał mi kiedyś w wywiadzie – „my tutaj, na Ziemi, jesteśmy po to, żeby harować i koniec”.

Kariera? Jaka kariera? „Ja jestem po prostu człowiekiem użytku publicznego. I wolę mówić o pracy, o codziennej harówie, o trudnościach i zwątpieniach niż o karierze” – twierdził. Do Francji wyjechał ze sztuką „Oni” Witkacego i tam zastał go stan wojenny. Właściwie nie znał wtedy języka.

Podziwiam go za to, że zaczął się uczyć języka już jako człowiek dorosły i to z takim skutkiem!” – mówi Daniel Olbrychski. „Kiedy przed laty Andrzej pojawił się w Teatrze Ateneum i zaczął brawurowo grać rolę za rolą, wiedziałem, że wcześniej czy później na pewno spotkamy się przy czymś ważnym. I tak się stało. Tym czymś była ni mniej, ni więcej, tylko »Ziemia obiecana«”. Andrzej Seweryn z wielką atencją wyraża się o rolach kolegów w tym kultowym filmie, ale o sobie mówi, że zagrał tam jedynie „sympatyczną ciapę”. „A niech mówi, co chce” – śmieje się Daniel Olbrychski. „Stanowiliśmy tam nieskazitelny tercecik. Po latach to dopiero widać. I nie jest przypadkiem, że akurat tę naszą trójkę wypatrzyli reżyserzy na całym świecie. Paryż był wykładnikiem tej sytuacji. Stąd przecież wzięła się nasza paryska przygoda”.

Kiedy w 1993 roku Daniel Olbrychski wybrał się na wakacje do Francji, Zenon Jaskuła, wspaniały kolarz, wygrał właśnie jeden z etapów Tour de France. Wielka radość! A wieczorem w Awinionie Andrzej Seweryn grał Don Juana. „Wybrałem się na spektakl razem z żoną i byłem jeszcze bardziej wzruszony niż porannym sukcesem polskiego sportowca. Bo my, aktorzy, jesteśmy podobni do sportowców, którzy wiedząc, ile wysiłku kosztuje osiągnięcie sukcesu, doceniają wysiłek i sztukę rywala. Więc i my, aktorzy, mamy wobec siebie ten szczególny dar wzajemnego podziwu. Pomagaliśmy sobie z Andrzejem, będąc za granicą, przez wzajemną życzliwość. Cieszyliśmy się osiągnięciami kolegów. Ja sukcesami Wojtka Pszoniaka i Andrzeja, oni moimi”.

„Andrzej napomknął kiedyś o mnie Peterowi Brookowi. Sam grał już u niego w Paryżu” – wspomina Ryszard Peryt. „Było to tuż po premierze »Mahabharaty« i Brook zaprosił mnie do swojego teatru. Kiedy ja z kolei zostałem dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego – Sceny Opery i Baletu w Warszawie (lata 1996-97) i przygotowywałem na inaugurację odbudowanej po pożarze sceny drugą część »Dziadów« z muzyką Moniuszki, ściągnąłem z Paryża Andrzeja Seweryna, żeby zagrał Pielgrzyma. A on, zanim na scenie powiedział fragment wstępu, pochylił się i ucałował deski. Tak uczcił powrót na polską scenę”.

Teraz to Andrzej Seweryn zaprosił Ryszarda Peryta do Teatru Polskiego ze sztuką „Quem Quertis” (premiera w listopadzie), którą Ryszard napisał specjalnie z tej okazji. „To krótko mówiąc, metaforyczno-symboliczne streszczenie naszej przyjaźni”. A czy przetrwała przyjaźń „znakomitego terceciku” z „Ziemi obiecanej”? „Tak, oczywiście!” – z entuzjazmem przyznaje Daniel Olbrychski. „Spotkaliśmy się wszyscy niedawno, w święta Bożego Narodzenia, w pięknym, zacnym gronie u producenta Michała Kwiecińskiego. Był Andrzej Wajda, Wojtek Pszoniak, Andrzej Seweryn ze swoją obecną żoną i synem z tego małżeństwa. Była też Marysia, jego córka, i wiele innych osób”.

SZCZĘŚCIE TO OCZY

Kiedy Andrzej Seweryn wspomina swoje dawne życiowe role, w trzech z nich siebie nie lubi: „facet o jasno określonych poglądach”, „pseudoentuzjasta o słomianym zapale, który nie potrafi się skupić na tym, co najważniejsze” i „gwałtownik, który na agresję odpowiada agresją”. Jedyną ulubioną jest rola ojca, który – jak wyznał w jednym z wywiadów: „Mimo że uczynił swoim dzieciom trochę zła, stara się im to wynagrodzić i bardzo je kocha. Tego człowieka lubię i myślę, że dzieci też go lubią”.

 

Dzieci ma troje: Marię – po hebrajsku znaczy „księżniczka wód” (lat 36], z drugiego związku z Krystyną Jandą), Yanna – co oznacza „Bóg daje” (26 lat, z trzeciego małżeństwa z Laurence), który jest dziś profesorem języka francuskiego na Sorbonie w Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Maksymiliana – po łacinie „największy” (21 lat, z Mireille Maalouf, czwartą żoną od 1988 roku, Libanką z pochodzenia).

W książce Teresy Wilniewczyc „Andrzej Seweryn” aktor podaje definicję szczęścia: „Szczęście to oczy, które patrzą na ciebie spokojnie, z wdzięcznością, bez agresji, a ty oddajesz temu spojrzeniu to samo. To dotyczy dzieci, kobiet, mężczyzn. Szczęście jest w oczach, w spojrzeniu. Tylko tyle i aż tyle”. A pytany o marzenia, odpowiada: „Marzy mi się taka chwila. Normalne popołudnie ze wszystkimi moimi dziećmi i wnuczkami. W Krakowie na Kazimierzu w moim ulubionym hotelu, Rubinsteinie się spotkać”. Zdaje się, że ta chwila jest coraz bliżej. Na razie w 2008 roku udało się artyście zagrać w Teatrze Polonia w spektaklu razem z córką! „Dowód” spotkał się ze znakomitym przyjęciem!

Niedawno mama Andrzeja Seweryna – jest w świetnej formie! – obchodziła 85. urodziny. Na prośbę Andrzeja Ryszard Peryt zamówił w jej intencji mszę świętą w kościółku św. Benona na Nowym Mieście w Warszawie. Obaj przyjaciele, Andrzej i Ryszard, służyli do mszy. Była rodzina, a później uroczysty obiad w restauracji nieopodal Teatru Polskiego.

„Andrzej stał się bardziej ciepły i troskliwy” – zauważa Ryszard Peryt. „Nazwałbym to symbolicznym rozkwitnięciem osobowości. Stał się czuły, wrażliwy na biedę, na drugiego człowieka. To widać w jego aktorstwie, które się wspaniale rozwinęło. To sztuk-mistrzostwo, jakby powiedział Norwid. Jest już tak dojrzałym artystą, że można mu zaufać i iść za nim albo razem z nim”.

Widać, że trzy lata spędzone u Petera Brooka nie poszły na marne. Nad dziewięciogodzinnym przedstawieniem „Mahabharaty” 25 osób z 18 krajów pracowało przez dziesięć miesięcy po dziewięć godzin dziennie. Aktorzy zaczynali o dziewiątej – rytmiką, śpiewem albo ćwiczeniami fi zycznymi, walkami w najróżniejszych stylach, na miecze, noże, dzidy, kung-fu. Po południu była praca z tekstem. Kiedy Andrzej Seweryn wracał wieczorem do domu, padał ze zmęczenia. „To była nauka wspólnego patrzenia, totalnego porozumiewania się, przekazywania energii – opowiadał później. – W pracy było bardzo ciężko. Wysokie piętra, bez windy. W zimie woda zamarzała w toaletach. Żeby wytrzymać, starałem się dużo jeść”.

Brook był i jest nadal niezwykle ważną postacią w jego życiu. Był nawet świadkiem na jednym ze ślubów aktora (Andrzej Seweryn związek małżeński zawierał czterokrotnie) w Nowym Jorku. „Nauczył mnie pokory” – wyznał mi kiedyś w wywiadzie. Nawiasem mówiąc, dziś u Brooka gra już syn Andrzeja Maksymilian. DOM POLSKI Podczas trzydziestoletniego pobytu we Francji aktor nigdy nie odciął się od Polski. Na ile pozwalało mu życie zawodowe, grał w teatrze i filmie. Jednak jego decyzja o objęciu dyrekcji Teatru Polskiego w Warszawie zaskoczyła wszystkich. A plany ma ambitne, zakrojone zachodnim obyczajem na trzy lata. Tylko że ten teatr nie ma dziś dobrej marki. To „obiekt muzealny”, „rodzaj mogiły”– mówi o nim środowisko. Czy wybitny aktor zdoła reanimować trupa, wydźwignąć go z zapaści? „Wierzę, że mu się uda” – zapewnia Olgierd Łukaszewicz, aktor Teatru Polskiego, którego Seweryn już obsadził w jednej z dwóch głównych ról w spektaklu „Polacy” opartym na „Dziennikach” Gombrowicza oraz tekstach homilii i wystąpień publicznych kardynała Stefana Wyszyńskiego. „W »Wyobraźcie sobie…« pokazał na sobie, co aktor może osiągnąć