Spotykamy się wcześnie rano, a w Pana teatrze praca wre. Wszyscy w dobrych humorach, dużo młodych ludzi. Gdzie tu koturnowość Andrzeja Seweryna, pana dyrektora, aktora Comédie-Française?

Ani Comédie-Française, ani ja, ani Teatr Polski nie jesteśmy koturnowi!

A paraliżująca przeszłość? Pan kroczy w korowodzie geniuszy, których ducha się tu czuje, jak Osterwa, Jaracz, Zelwerowicz, Łomnicki?

(śmiech) Nie paraliżuje mnie to. Niech pani popatrzy na ten portret mojego szefa – Arnolda Szyfmana. To on zbu-dował ten teatr równo 100 lat temu. Rozmawiałem z szefem dziś rano. Powiedział mi: „Staraj się dalej, chłopie, staraj”. (śmiech) Więc się staram. I stąd może ta dobra energia, o której pani mówi. Założyciel był pełen energii, to ja też ją mam. (śmiech)

Szyfman miał 27 lat, był studentem filozofii i nie miał nic. A jednak założył teatr...

No właśnie! I powiedział swojej ukochanej: „Ja ci zbuduję teatr w Warszawie”.

Zrobił to dla dziewczyny?

Oczywiście! Przyjechał do Warszawy z Krakowa i zrobił to, coś niezwykłego. Bo wiedział, jak to robić. Byli ludzie, którzy chcieli mu pomóc, i to ludzie z dużymi pieniędzmi. Postawili więc teatr w osiem miesięcy! Kamień węgielny został położony w kwietniu, a w styczniu była pierwsza premiera. To jest po prostu niebywałe!

I Pana to nie paraliżuje?

Szef daje mi siły.

Przed wojną publiczność nazywała Teatr Polski warszawską Comédie-Française. Bo tak jak Komedia Francuska jest „domem Moliera”, tak warszawską scenę na skarpie okrzyknięto swego czasu „domem Fredry”.

I dlatego gramy Fredrę teraz, gdy świętujemy 100-lecie teatru. Joanna Trzepiecińska, Jarosław Gajewski z charyzmatycznym Danielem Olbrychskim grają „Zemstę”, a ja towarzyszę im z radością w roli Rejenta. Wracając jeszcze do Comédie-Française: jest ona zupełnie innym teatrem, niż o niej myślimy. Nie gra wyłącznie sztuk autorów nieżyjących. Nie jest teatrem, którego aktorzy tak dużo zarabiają, że mogą sobie pozwolić nie pracować gdzie indziej...

Czy wprowadzi Pan tu, u siebie, w Teatrze Polskim, coś z tego, co zaobserwował Pan, grając w Paryżu?

Marzyłbym, żeby pewne elementy obecne w Comédie-Française mogły być tutaj zastosowane, ale podstawowa różnica między tymi dwoma teatrami jest taka, że teatr Comédie-Française jest jedynym teatrem we Francji, który ma stały zespół teatralny. Ludzie, którzy tam pracują, znają się jak łyse konie, rozwijają się wspólnie i mają wielką siłę. Nawet w bardzo nieudanych przedstawieniach widać, że zespół jest znakomity, że to zespół zróżnicowany, zdolny do naprawdę niezwykłych rzeczy. No i Comédie-Française jest postrzegana przez francuskich polityków jako dobro narodowe.

Jak często prezydent Nicolas Sarkozy wpadał na spektakle?

(śmiech) Wiem o jednej jego wizycie. Pewnie był ze dwa, trzy razy. Prezydent Chirac – nigdy. Chirac niestety bardzo lubił orkiestry dęte i mówił o tym otwarcie. (śmiech) Prezydent Mitterrand kiedyś przyszedł na moje przedstawienie do teatru Odéon. Grałem sztukę „Grand et petit” Botho Straussa w reżyserii Claude’a Régy. To jest taki tekst złożony z dziesięciu obrazów, ja brałem udział w dwóch, trzech. Jest tam poruszająca scena w sypialni – bez-senności pary małżeńskiej. I Mitterrand powiedział, że ta scena najbardziej mu się podobała...

A Carla Bruni bywała u Was częstym gościem?

Tego nie wiem. Natomiast komunistyczni ministrowie bardzo często bywali. Comédie-Française ma opinię teatru raczej prawicowego, ale to oczywista bzdura. Chociaż niestety ma w swojej historii bardzo niesympatyczną kartę, a mianowicie wyrzucanie z zespołu aktorów żydowskiego pochodzenia w czasie okupacji.

Teatr zawsze był polityczny?

Tak, teatr jest zawsze polityczny. Teatr Polski wystosował do wszystkich klubów poselskich zaproszenie z okazji jubileuszu teatru. Niewielu przyszło, a przydałoby im się trochę kontaktu ze sztuką. Zobaczyliby siebie na scenie.

Chce Pan coś zmienić w mentalności polityków? Po co ich Pan zaprasza?

Są obywatelami mojego kraju! Ale gdybym odpowiedział, że chcę ich zmienić, to, po pierwsze, byłaby to nieprawda. Po drugie, wyszedłbym na idiotę, na jakiegoś zupełnie głupiego Don Kichota. Po trzecie, usłyszałbym śmiech polityków. A po czwarte, bym się zaczerwienił. Ja nie mam nic szczególnego do powiedzenia politykom. Autorzy, których gramy, mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia publiczności. Jeżeli na sali znajdą się politycy, to tym lepiej, ale nie są naszym uprzywilejowanym „targetem” – jak mówi dzisiejsza młodzież.

Francuzi umieją robić teatr dla przyjemności estetycznej, u nas zawsze musi być jakiś rodzaj zaangażowania w „sprawę polską”.

To prawda.

I Pan też to robi, bo czyż w „Irydionie” nie chciał Pan dotknąć tematu zemsty politycznej?

W tym spektaklu, wystawionym przez nas dokładnie 100 lat po swej premierze, w reżyserii Arnolda Szyfmana, która zainaugurowała istnienie Teatru Polskiego, rozważana jest kwestia, czy należy się mścić. A ta kwestia dotyczy w dużym stopniu każdego z nas, na każdym kroku, od rana do wieczora. Ale nawet gdybym wystawił „Antygonę”, to nie mówiłbym, że gramy to przedstawienie po to, by panowie Kaczyński, Tusk czy Macierewicz, czy jeszcze ktoś inny mnie usłyszeli. (śmiech)

Jest Pan teraz dyrektorem teatru, ale odegrał Pan bardzo dużo w... jakby to powiedzieć... w teatrze historii. Brał Pan udział w działaniach opozycyjnych w latach 1968–1989. Czytał potem Pan swoją teczkę. Dowiedział się Pan, kto na Pana donosił. Tu kwestia zemsty może być istotna.

Wiem, kto donosił. Ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Jak się reżyseruje, mając takie doświadczenia osobiste?

Trudno mi mówić o szczegółach, ale na pewno moja wrażliwość jest inna niż kogoś, kto czegoś takiego nie przeżył. Teatr jest jednak takim miejscem, gdzie ci, którzy czegoś nie przeżyli, mogą to grać. W teatrze nie ma żadnej sprawiedliwości. Ktoś, kto przeżył dramat śmierci córki, niekoniecznie musi zagrać lepiej niż ten, który tego nie przeżył. Niesprawiedliwość jest w sztuce jedną z nielicznych, ale pewną zasadą.

Na czym polega niesprawiedliwość teatru?

Niesprawiedliwość jest już na samym początku: wchodzi dwóch aktorów i jeden zwyczajnie wygląda na ciekawszego, a drugi na mniej ciekawego.

 

Nie tęskni Pan za Paryżem, za graniem we Francji?

Jeśli za czymś tęsknię, to za tym, jaką wagę przywiązuje państwo do teatru francuskiego. Dzisiaj podstawowa różnica między Polską a Francją polega na finansach. Dam przykład: w Paryżu w Comédie-Française o godzinie 8.00 przychodzi ekipa techniczna, która zdejmuje dekoracje z dnia poprzedniego i stawia dekoracje na godzinę 13.00 po to, żeby o godzinie 13.00 odbyła się próba generalna przedstawienia, które jest przygotowywane do premiery. O godzinie 17.00 ta dekoracja, wraz z ustawionymi światłami, zostaje zdjęta i w dwie i pół godziny zespół techniczny stawia następną dekorację, ustawia światło. Dzięki temu teatr może grać codziennie. Gdybym ja miał takie możliwości, grałbym częściej. Ale po to trzeba mieć pięć ekip maszynistów, a ja mam jedną.

Zatem repertuar Teatru Polskiego rozbija się o maszynistów?

Dlaczego od dwóch lat nie gram „Cyda”? Bo nie mam wyciągów, które podnosiłyby sufit dekoracji.

Nie żal Panu tego, że teraz Pana energia idzie w zajmowanie się ekipami maszynistów? Nie chciałby Pan wrócić do czasów, kiedy tylko Pan grał?

Ale ja nadal gram! Hamma w „Końcówce”, Arnolfa w „Szkole żon”, Prospera w „Burzy”, w monodramie „Szekspir Forever!”, Rejenta w „Zemście”, a już przygotowuję „Króla Leara”. Wyreżyserowałem też „Irydiona”. Jeżeli pani uważa, że ja się tutaj nie wyrażam artystycznie...

Nie, ja zapytałam inaczej: czy nie szkoda talentu na zajmowanie się innymi sprawami?

On się nie skarży!

A te inne sprawy nie zabierają Panu energii, która powinna być skierowana tylko na granie?

Gdybym był tylko aktorem, byłbym rzeczywiście mniej zmęczony. Problemy są, to oczywiste. Ale problemy się rozwiązuje. Lub omija. Czasami trzeba się z nimi zderzyć. I to jest normalne. Niczego innego nie oczekiwałem.

Czy zarządzanie teatrem coś Panu daje?

Daje mi poczucie autentycznej odpowiedzialności.

Jest taka teoria, która mówi, że jesteśmy tacy, mamy taką energię, jaką wnoszą do zespołu szefowie, liderzy. To oni narzucają „ducha”, jaki przenika całą instytucję.

O to, jakiego ja „ducha” tchnąłem w ludzi związanych z tym teatrem, trzeba pytać moich pracowników. Mam nadzieję, że jesteśmy ludźmi z klasą, ludźmi, który mają kindersztubę, jak to się kiedyś nazywało. Że wydajemy się ludźmi poważnymi, ale nie jakimiś smutasami, którzy mendzą, zawracają innym głowę i męczą ich swoimi przekonaniami. Że jesteśmy ludźmi otwartymi.

Brzmi pięknie, ale jak to konkretnie wygląda? Naprawdę nie mendzicie?

W Polskim odbywają się fora dyskusyjne, w czasie których dochodzi do dyskusji, do których pretekst daje przedstawienie. Zaczęło się od dyskusji Adama Michnika z ks. prof. Alfredem Wierzbickim na temat „Dwie Polski”. Był u nas prezydent Kwaśniewski, który dyskutował ze Staszkiem Tymem na temat „Demokracja a szyderstwo” przy okazji „Wieczoru Trzech Króli”. Był pan premier Mazowiecki i dyskutował na temat „Honor a polityka” przy okazji „Cyda”. Panowie Śpiewak i Smolar dyskutowali na temat przebaczenia przy okazji „Hekabe”. Prof. Magdalena Środa z marszałkiem Markiem Jurkiem dyskutowali na temat „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” przy okazji „Szkoły żon”. Ks. prof. Wierzbicki z prof. Mikołejką spierali się o „Religię w teatrze” przy okazji „Zwiastowania”. Siergieja Kowaliowa zaprosiliśmy z Moskwy, żeby dyskutował z redaktorem Michnikiem, ponieważ zrobiliśmy przedstawienie „Niepokorni.ru”, które było hołdem złożonym przez nas opozycji rosyjskiej. Mało?

Więc tu jest ta polityczność teatru. I udaje się Panu zaprosić ludzi, którzy nie powinni się spotkać.

No, udało się w dwóch, trzech przypadkach.

Nie polała się krew? (śmiech)

Nigdy! W Polskim?! U nas dyskusja na temat „Pycha władzy” między panem premierem Józefem Tejchmą a panem marszałkiem Stefanem Niesiołowskim odbywała się na najwyższym poziomie.

Czyli spektakl jest punktem wyjścia do rozmowy o nas, o tym, co się dzieje dzisiaj. Pan ściąga ludzi, którzy budują naszą świadomość, którzy byli lub są aktorami w teatrze historii.

Zapraszam ludzi, którzy coś konkretnego zrobili, aby nasz kraj się zmieniał.

Wszystkim nam się wydaje, że Teatr Polski jest teatrem straszliwie mieszczańskim, nie rewolucyjnym.

I bardzo dobrze! To komuna wymyśliła, że pojęcie mieszczaństwa jest pojęciem negatywnym. Nie dla mnie! Cały teatr od XVI do XX wieku robili mieszczanie. Nie chłopi, nie robotnicy! To mieszczanie pomagali sztuce. Dzisiaj ci mieszczanie to polska klasa średnia. I świetnie, że jest! I cieszę się, że do nas przychodzi! A w ogóle o co pani chodzi z tą rewolucją?! Nie zna pani rewolucjonistów w kapciach? Dziś nie ma prawdziwych rewolucjonistów. Dziś nie opłaca się niszczyć. Lepiej budować.

Jest Pan przeciwnikiem tych klasowych etykietek?

Oczywiście! A dlaczego chłop czy robotnik musi być postacią z gruntu pozytywną, a bogaty negatywną? To jest rozumowanie komunistyczne, które nam wbito do głowy. To jest rozumowanie łatwe, bardzo chwytliwe. Dziś nie problemy klasowe są problemem, lecz nadmierna konsumpcja. Ludzie chcą być zbyt często wyłącznie konsumentami. Zbyt często.

Ale można być konsumentem teatru!

Proszę pani! Teatr jest dziś sztuką marginesową, niszową. Jak my możemy się porównywać z Dodą, Gogą, Bibą, Babą?! Tam są te tysiące, miliony ludzi. (śmiech) To oni dziś wszystkich interesują.

Oj, coś mi się zdaje, że Pan kokietuje...

Tak pani uważa?

Nie żal Panu, że mniej osób Pana słucha niż Dody?

Myślę, że nie ma co żałować, że Dodę oglądają tysiące ludzi, bo jeżeli mają na to ochotę, to niech oglądają. I mam nadzieję, że w jakimś sensie z tego korzystają. Natomiast my, ludzie teatru, powinniśmy po prostu i zwyczajnie skupić się na tym, żeby zwabiać widza jakością tego, co robimy. Uważam, że dobry produkt znajdzie dobrego widza. Co to w ogóle za problem, że ktoś idzie na Stadion Narodowy, ogląda koncert Madonny, a potem przychodzi do teatru zobaczyć „Irydiona”?! Gdyby taki ktoś przyszedł, tobym go przywitał z otwartymi ramionami!

A nie boi się Pan określenia „zramolały teatr”?

Zapraszam widza na „Irydiona”, na „Szkołę żon”, „Parady” i „Zwiastowanie”! Na „Zemstę”, „Listy na wyczerpanym papierze”, na „Karnawał, czyli pierwsza żona Adama” – ostatnią sztukę Mrożka, czy wreszcie na „Quo vadis”! Bardzo proszę przyjść i sprawdzić, czy jesteśmy zramolali.

Ale nie jesteście tak nowocześni jak Jarzyna, Augustynowicz, Kleczewska, Warlikowski.

Jesteśmy nowocześni, bo nie robimy tego, co wszyscy. To my jesteśmy awangardą! Są w teatrze teraz tematy „na fali”, modne. Na przykład homoseksualizm albo pozycja kobiety w społeczeństwie. Ale o sytuacji kobiet Molier pisał 400 lat temu! My nie potrzebujemy naszych współczesnych dramaturgów, którzy mówią o tym, jak to panowie gwałcą panie, tata śpi ze swoją córką, a brat gwałci siostrę na rogu i tak dalej, żeby mówić o problemach kobiet. Molier mówi o nich w „Szkole żon” w sposób dojrzalszy, niż wielu współczesnych pisarzy. A jak pięknie i mądrze pisze Szekspir o kobietach? Proszę sobie przypomnieć monolog Julii z „Romea i Julii”!

W takim razie, jakie są dzisiaj tematy „do załatwienia” w teatrze?

Wie pani, o bolesnych sprawach dobrze mówi TVN czy TVP. (śmiech) Ja uważam, że poważnym tematem jest wrażliwość ludzka – o wrażliwości ludzkiej trzeba mówić. Przypominać dziesięć przykazań. Mówić o pięknie. Mówić innym językiem niż ci, którzy dziś wychodzą na ulicę. Pokazywać, że – przeciwnie, niż twierdzą mass media – ludzie są również piękni, że istnieją wartości. Ja już jestem zmęczony tym, że ciągle słyszę, że nie ma honoru, nie ma wierności, nie ma płci, nie ma Boga, nie ma nic. Nieprawda! To jest po prostu pogląd niektórych z nas, ale są również inne poglądy na temat życia, historii, seksu, miłości, narodu!

 

Czuję się jak na kazaniu.

I bardzo dobrze! Bardzo się cieszę!

To się chyba nazywa misja, ewangelizowanie.

Jeżeli mówię o tym, że honor istnieje, to jest ewangelizacja?! Jeżeli mówię o tym, że istnieją w ogóle wartości w życiu – to jestem już kaznodzieją? Ale proszę bardzo! Proszę mnie nazwać kaznodzieją!

To może: głos wołającego na puszczy...

To, że ktoś mnie nie słucha, nie znaczy, że nie istnieję. Istnieję i istnieje pewna grupa podobnych do mnie ludzi. Którzy czytają książki, słuchają radia i analizują to, co się dzieje. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że świat się zmienia. Następują pewne procesy światowe powodujące atomizację stosunków międzyludzkich. Rodzina przestaje być punktem odniesienia. Pogłębiają się przepaści międzypokoleniowe, ale ja z moimi dziećmi mam doskonały kontakt, podobnie z młodzieżą, z którą pracuję w teatrze.

Ale przyzna Pan, że pewien etos się skończył.

Koniec etosu zależy od nas. Jak chcesz komuś pomagać, to kto ci przeszkadza pomagać? Kto ci przeszkadza wziąć od Kuronia tę troskę o innych? Jesteśmy wolnym krajem, każdy z nas jest wolny i ma prawo dokonywać wyborów. Skoro ktoś dokonuje wyboru i nie pomaga, to niech nie mówi, że się skończył etos. To tylko on przestał go realizować! Sam etos jako model przecież istnieje od dwóch tysięcy lat.

Więc Pan nie jest obrażony?

Za co ja mam się obrażać? I na kogo?

Należy Pan do elity, która się obraziła na społeczeństwo. Bo społeczeństwo wybrało popkulturę.

Ja się nie obrażam. Ja robię swoje. Wojtek Młynarski jest mędrcem, który nas tego nauczył. Koniec, kropka. Mamy robić swoje, wierzyć w to, że to ma sens, a co z tego wyniknie, to już nie od nas zależy. U Czechowa jest właśnie takie zdanie: trzeba pracować, trzeba pracować, a co będzie potem, to zobaczymy.

À propos pracy: co właściwie sprawiło, że osiągnął Pan tak wiele w życiu? Czy to pracowitość, łut szczęścia, czy wybujała ambicja?

Pewnie to wszystko razem.

Co w Pana charakterze sprawiło, że tak wysoko Pan zaszedł?

Może chłopskie pochodzenie. (śmiech) Poza tym spotkałem na mojej drodze wspaniałych ludzi: Jacka Kuronia, Annę Radziwiłł, Andrzeja Wajdę, Janusza Warmińskiego... I coś pani powiem: to inni tworzyli moją rzeczywistość, ja dałem się nieść.

Był Pan w dobrym miejscu, w dobrym czasie?

Było we mnie zawsze pragnienie odkrycia czegoś nowego. Tak było w zawodzie we Francji, tak jest teraz w Teatrze Polskim.

Ludzi często do przodu pcha rywalizacja. Chcą coś komuś udowodnić.

Nie, nie. To nie mój przypadek.

To kto odpalił ten zapłon bomby o nazwie „Andrzej Seweryn”?

Naprawdę nie wiem... Może ja sam?

Dlaczego Pan tak pruje do przodu?

Ponieważ to ma sens.

A cena za to? Pot i łzy?

Ceny są różne... Oczywiście nie wszystko poszło zgodnie z planem. Ale komu w życiu udaje się przeżyć je tak, jak sobie zaplanował?

Dyrektorowanie i kierowanie swoim życiem – widzi Pan podobieństwa?

Mam nadzieję, że nie! (śmiech) Mam nadzieję, że w życiu prywatnym nie zachowuję się jak dyrektor. Nie mam twardej ręki.

Co Panu wyszło w zarządzaniu swoim życiem? Co Pana zaskoczyło, a co Pan zaplanował?

Wszystko mi się udało, przede wszystkim w moim życiu prywatnym. Jestem szczęśliwy i jest fantastycznie.

A ma Pan odwagę przyznać się do słabości?

Tak. Ale to jest taka intymna sfera spraw, o których myśli się o północy, samotnie, w hotelu, przy palącej się lampce, z kieliszkiem dobrego wina w ręku...

Często ta lampka pali się u Pana?

Nie, nie mam na to czasu. Wstaję rano i muszę pracować bardzo intensywnie, więc pracuję intensywnie cały dzień. I dlatego wieczorem zwykle padam ze zmęczenia.

Z dzieci może być Pan dumny. Wiemy, że Pana córka Maria świetnie sobie radzi jako aktorka i zarządzająca Och-Teatrem. Pana synowie także zaczynają robić kariery w świecie artystycznym.

Marysia fantastycznie zagrała teraz w „Konstelacjach”. Jestem pod wrażeniem, jak bardzo jest pracowita, jak dokładnie realizuje swoje plany. Natomiast moi synowie na początku nie chcieli być artystami. Przez pewien czas szukali swojej drogi. W przeciwieństwie do mnie. Bo ja od początku byłem zaprogramowany na aktorstwo. (śmiech) Ale u nich bardzo imponują-ce jest to, jakich dokonali zwrotów. Yann studiuje w łódzkiej szkole filmowej, będzie operatorem, a Maksymilian skończył szkołę aktorską w Londynie, Guildhall School. Yann – mój starszy syn, z którym występujemy w waszej sesji zdjęciowej – zawsze świetnie się uczył. Skończył prestiżowe liceum imienia Henryka IV w Paryżu, jedną ze szkół, które kształcą francuskie elity. Potem studiował literaturę na Sorbonie, zdobył tam podwójne magisterium. Fascynowało go uczenie języka francuskiego, ale jednak ten bakcyl teatru cały czas w nim tkwił. Nagle w wieku lat 29 zdecydował się zdawać na wydział operatorski do łódzkiej szkoły filmowej. Ku mojemu zaskoczeniu dostał się. Jest bardzo skrupulatnym, oddanym nauce, zafascynowanym sztuką operatorską studentem. Wiele poświęca szkole.

Czyli trójka dzieci idzie w sztukę?

Tak. Nie odwodziłem ich od tego.

Będzie Pan z nimi grał?

Jak Bóg da. Maximilien mówi w trzech językach. Nie wiem, w którym kraju będzie chciał grać.

Rozmawiacie ze sobą na temat aktorstwa?

O, tak.

„Tato, to jest nie do zagrania”. „Synu, to powinno być tak i tak...”?

Nie. Aż tak się nie wtrącam.

Jest Pan dumny z dzieci?

Bycie dumnym z kogoś to podszywanie się pod jego sukces. „Jestem dumny z tego, że Małysz zdobył złoty medal”... To jest jakieś zupełne wariactwo! Albo: „Wygraliśmy mecz z Anglią”... Przecież to nie „myśmy”, tylko chłopaki biegały i wygrały! Moje dzieci to, co mają, zawdzięczają sobie. Swojej ciężkiej pracy. Same sobie to wypracowały.

Bardzo Pan chroni swoją prywatność. Ale przecież jest coś takiego, jak bezwstydność aktora? Aktor jest wystawiony na widok publiczny. Jak się żyje z takim rodzajem bezwstydności?

Teraz, odkąd jestem dyrektorem, golę się częściej.

A więc częściej się zagląda w lustro, Panie Andrzeju?

My, aktorzy, w lustro patrzymy zawsze.

Patrzy Pan w oczy temu facetowi i...?

Nie muszę patrzeć mu w oczy, znam go na wylot.

To jest fajny facet?

Jest o czym z nim pogadać...