Całe życie walczyła ze stereotypem pięknej blondynki. Aneta Kręglicka zamiast cieszyć się swoją urodą, za wszelką cenę próbowała wszystkim udowadniać, że jest mądra i kompetentna. Dzisiaj już tego nie robi. Zna swoją wartość.

Skończyłaś 51 lat, a wciąż wyglądasz tak, jakbyś miała ich dwadzieścia parę...

Nie nad ranem (śmiech)!

Czym się różni dzisiejsza Aneta od tamtej młodziutkiej, 20-letniej?

Wydaje mi się, że jestem wciąż tą samą dziewczyną. Zawsze byłam bardzo dojrzała. Nadal wyznaję te same wartości i zasady, które wyniosłam z domu. Na pewno dzięki doświadczeniom życiowym jestem silniejsza, bardziej bezkompromisowa. Mam więcej odwagi niż kiedyś. Byłabym już w stanie robić rzeczy, które dawniej do głowy by mi nie przyszły.

Co takiego na przykład?

Pamiętam, że nieraz dostawałam propozycje zagrania w filmie czy nagrania płyty, ale wtedy wydawały mi się one kompletnie nie dla mnie. A dzisiaj myślę, że przynajmniej bym je rozważyła. Wtedy wszystko odrzucałam z zasady, bo chciałam – zwłaszcza nosząc koronę – dowartościować siebie jako osobę...

Próbowałaś udowodnić, że jesteś również mądra, a nie tylko piękna?

Wtedy chciałam, żeby cały świat zapomniał o tym, że dostałam jakiś tytuł.

Bałaś się, że ludzie będą Cię oceniali przez pryzmat urody?

Właśnie tak! Sama nie uważałam się nigdy za piękną osobę. Jakieś poczucie swojej atrakcyjności na pewno miałam. Inaczej pewnie bym się nie odważyła wziąć udziału w konkursie piękności. Nie miałam jednak przeświadczenia, że jestem piękna.

Dzisiaj już je masz?

Uważam, że jak na swój wiek jestem kobietą atrakcyjną. Łatwiej mi przyjmować komplementy. Już nie robię się czerwona, nie zaprzeczam. Kiedyś się obruszałam, że jestem raczej mądra, a nie piękna.

Kiedyś mężczyźni chyba się Ciebie obawiali i nie prawili Ci komplementów?

Rzadko mieli odwagę, a jeśli już tak się stało, ja i tak odrzucałam komplementy. Jeżeli jednak mówił mi je facet, który mnie bardzo interesował, ulegałam.

Teraz masz podobno jeszcze większe powodzenie...

Kiedyś mnie irytowało, że ktoś zwraca uwagę na moją fizyczność. Dzisiaj mam więcej luzu i może on bardziej ośmiela. Już nie próbuję udowodnić, że mózg jest moją największą wartością. Mam dystans do wielu rzeczy. Z jednej strony wrzuciłam trochę na luz, z drugiej – w sprawach zasadniczych wciąż jestem tak twarda jak kiedyś...

Nadal wszystko w życiu jest dla Ciebie czarno-białe?

Nadal. Wiem, że z wiekiem świat powinien nabierać innych kolorów. Kierując się doświadczeniem, powinnam wiedzieć, że życie nie jest czarno-białe, a ja, kurczę, w dalszym ciągu pozostaję zerojedynkowa. Coś jest albo czarne, albo białe. Niejednokrotnie trudno mi z takim podejściem funkcjonować w biznesie. Może nie jestem jeszcze na tyle dojrzała, by mieć do życia właściwy dystans. Poczucie, że nie wszystko jest....

...aż takie istotne? Może to Ty do niektórych spraw przywiązujesz zbyt dużą wagę?

Mhm. Pod tym względem wcale się nie zmieniłam.

Mniej się stresujesz i mniej wszystkim przejmujesz niż kiedyś?

Pracą zdecydowanie mniej. Kiedyś harowałam. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mam życie tak poukładane, że jestem w stanie czasami usiąść na kanapie i nic nie robić. Oczywiście w dalszym ciągu muszę pracować i zarabiać pieniądze, ale nie robię już nic za wszelką cenę. Kiedyś byłam mniej asertywna w kwestiach zawodowych. Podejmowałam się projektów, które nie zawsze były dla mnie wartościowe, ale chciałam zarabiać pieniądze. Dzisiaj po prostu, jeśli nie odpowiada mi dany projekt lub ludzie, którzy są w niego zaangażowani, odrzucam go.

A w życiu osobistym też zmieniłaś podejście do wielu spraw?

Ciąża i bycie matką bardzo mnie wyciszyły i skupiłam się na rodzinie. Wydawało mi się wtedy nawet, że stałam się zupełnie innym człowiekiem. Narodziny syna przewartościowały moje życie, ale nie sprawiły, że przejmuję się mniej. Wręcz przeciwnie – bardziej niż kiedyś stresuję się naszym zdrowiem, przyszłością mojego syna, naszą przyszłością. Nie ukrywam, że dojrzałość niesie ze sobą różne niepokoje. Mam większą świadomość upływającego czasu. I nie chodzi wcale o naszą urodę, lecz o zdrowie nasze i starzejących się rodziców.

Czyli jednak nie jesteś z przemijaniem pogodzona?

Upływający czas powoduje, że coraz częściej mówimy o chorobach. To mnie rzeczywiście niepokoi.

Nie chcę, by ktoś pomyślał, że jesteś raczej smutną i poważną osobą, bo wiem, że masz ogromne poczucie humoru i można się z Tobą świetnie bawić. Potrafisz nawet zrobić szpagat na środku ulicy!

Z tym szpagatem to przesada. Robię go tylko na wąskich nieuczęszczanych uliczkach, bo nie ma we mnie ani trochę potrzeby zaistnienia przed większą publicznością.

Ty rozkwitasz tylko przy najbliższych.

Rozkwitam między ludźmi, których dobrze znam i z którymi się dobrze czuję. Nie muszę się odkrywać przed obcymi. Nie chcę też nikomu udowadniać, że jestem fajna.

Czy w domu dla swoich mężczyzn jesteś królową?

W domu jestem kierownikiem wycieczki, osobą, która zarządza. Sama do tego doprowadziłam. Gdybym miała inny charakter, pewnie te role by się podzieliły, ale ja muszę wszystko kontrolować. Natomiast jeśli chodzi o to moje „gwiazdorzenie”, często sobie z tego po prostu żartujemy. W domu rzadko jestem gwiazdą, nie zachowuję się jak celebrytka.

Ostatnio pojawiłaś się z synem na jednym z pokazów mody. On ma ochotę wejść do tego świata?

Jego znajomi od czasu do czasu chodzą na takie pokazy, więc Aleksander stwierdził, że też chciałby raz w takim wydarzeniu uczestniczyć. Zrobił to, myślę, z dziecięcej ciekawości. Natomiast był zaskoczony takim zainteresowaniem mediów. Pięćdziesiątka wielu kobietom kojarzy się z końcem kobiecości. Są przekonane, że już nic fajnego ich nie spotka, że ich czas się skończył.

Ty masz zupełnie inne odczucia?

Kompletnie. Teraz właśnie mam ochotę podróżować, bawić się...

Bardziej niż kiedyś?

Zdecydowanie. Nigdy nie byłam imprezowiczką i teraz też nią nie jestem, ale naprawdę z dużą przyjemnością celebruję wyjścia na imprezy, kolację czy do klubu. Jest we mnie taka potrzeba, by...

...korzystać z każdej chwili i okazji do zabawy?

Niewiele osób o tym wie, ale ja wcale nie miałam łatwego życia. Spotkały mnie różne przykre sytuacje, więc mam już dosyć trosk. Chcę wreszcie przyjemnie żyć.

Co znaczy dla Ciebie „przyjemnie żyć”?

Podróżować. Jeździć do miejsc, które lubię, znajdować na to czas. Marzę, by na kilka miesięcy wyjechać gdzieś w świat. Wynająć dom w jakimś pięknym miejscu, zacząć tam pisać, trochę pobyć sama ze sobą. Nigdy na to nie miałam czasu. Dzisiaj pozycja zawodowa pozwala mi na taką swobodę. Może więc kiedy mój syn wyjedzie na studia za granicę, to albo z mężem, albo sama ruszę w świat.

Dokąd najchętniej byś się wybrała?

Albo południe Włoch, albo Toskania. Tam są bardzo fajne domy, na które byłoby mnie stać. Ale też bardzo intryguje mnie Azja...

No tak, Azja jest ostatnio bardzo modna (śmiech). Skoro zaczęłyśmy już mówić o modzie... Do tej pory byłaś muzą projektantów, teraz sama zajęłaś się projektowaniem. Cieszę się, że dostałam od firmy Badura taką propozycję. Nie tylko jestem ambasadorką ich produktów, ale też uczestniczę w procesie tworzenia. Lubię się uczyć nowych rzeczy. Mam satysfakcję, kiedy moje pomysły się podobają.

Czujesz dumę z tej współpracy?

Wiesz, ja nigdy nie jestem w 100 procentach zadowolona z siebie i zawsze uważam, że mogłabym zrobić coś lepiej. To moje pierwsze kroki jako projektantki. To bardzo dobrze poprowadzony projekt, na razie ma bardzo dobre wyniki.

Ciągle jesteś z siebie trochę niezadowolona, zamiast powiedzieć: „Jestem naprawdę dobra, moje życie jest piękne”, doszukujesz się dziury w całym?

Zawsze znajduję sobie w życiu jakiś cel – zazwyczaj taki, którego nie osiąga się łatwo. To sprawia, że ciągle jestem w drodze na szczyt... A w trakcie, wiadomo, napotykam różne przeciwności.

Kto Cię najbardziej mobilizuje do osiągania celów?

Sama siebie mobilizuję, chociaż oczywiście bliscy też mnie wspierają.

Jesteś swoim najbardziej surowym krytykiem?

Najsurowszym, jaki istnieje. Wszystko, co robię, chcę robić dobrze. Bardzo chciałabym się zmienić, być beztroska, ale chyba już mi się to nie uda.

A pracujesz nad sobą?

Niekoniecznie... W ogóle nie pracuję (śmiech).

Dlaczego nie pracujesz nad rozwojem cech, które by Ci ułatwiły życie?

To jedyna rzecz, na którą jestem za stara (śmiech).

Na pracę nad sobą?

Tak, na zmianę natury, podejścia do życia. Poza tym nie potrafię się komuś zwierzać, dlatego chodzenie do psychoanalityków jest nie dla mnie. Zdaję sobie sprawę z moich słabości i z błędów, które popełniam. Przyznaję, że one mnie ograniczają, męczą. Sama nie potrafię sobie z nimi poradzić, ale też nie umiem przepracować ich z kimś obcym. Taka patowa sytuacja.

Dobrze, pogadajmy w takim razie o czymś innym. Co trzeba zrobić, żeby wyglądać tak pięknie jak Ty?

Zaręczam, że poza cesarskim cięciem nie miałam żadnych innych cięć (śmiech)!

Nie miałaś żadnych cięć, ważysz 53 kilogramy, nie masz zmarszczek. Jak Ty to robisz?

Co drugi dzień uprawiam sport przez dwie godziny. Biegnę przez 45 minut, a później ćwiczę, najczęściej z trenerem, albo idę na jogę, stretching, aerobik. Bardzo tego pilnuję. Poza tym nie jem mięsa i prawie nie jem węglowodanów... To znaczy, wczoraj zjadłam kubełek czekoladowych lodów, zdarza mi się.

Dzisiaj zjadłyśmy pizzę – uroczyście to oświadczam!

Dzisiaj zjadłyśmy pizzę, dwa dni temu zjadłam pizzę...

Ale teraz przez tydzień nie będziesz już nic jadła?

Nie, ja lubię jeść! Śniadania jem zawsze, tyle że są małe: jajko sadzone, chrupkie pieczywo, pomidor.

Pewnie za to nie jesz kolacji?

Rzeczywiście, kolacji nie jadam. Najwyżej jakieś jabłko.

A na obiad... sałata?

Na obiad jem sałatę i rybę. Ale sałata jest olbrzymia, jak dla pułku wojska. Ryba z dużą sałatą, na kolację jabłko – raz na jakiś czas kubełek lodów i raz na jakiś czas pizza (śmiech). Nie jem dużo, ale nie jem też mało! Trzy posiłki dziennie – nie pięć jak wszyscy teraz zalecają.

Wypijasz trzy litry wody dziennie?

Nie, niestety nie piję dużo wody. Zaczynam dzień od kubka gorącej wody z cytryną. Później ten kubek cały czas zalewam wrzątkiem i przez cały dzień sobie popijam.

Musisz mieć też dobre geny...

Mam dobre geny. Korzystam również z zabiegów medycyny estetycznej, głównie z mezoterapii. Chodzę na różnego rodzaju nieinwazyjne zabiegi do kliniki Marii Noszczyk. Jestem jej stałą pacjentką. Od lat dbam o włosy u Leszka Czajki. Kładę się spać o 23, czasami nawet o 22, i śpię osiem godzin. Po prostu muszę się wyspać. Prowadzę higieniczny tryb życia, ale niczego sobie nie odmawiam.

À propos urody, o której teraz rozmawiamy – czy Ty jako piękna kobieta masz poczucie, że uroda pomaga czy przeszkadza w życiu?

Kiedyś uważałam, że przeszkadza. Dzisiaj myślę inaczej, ale nadal nie umiem jej wykorzystywać. Idę na spotkanie biznesowe i zapominam, że jestem kobietą. Nie stosuję żadnych trików, żeby przekonać do siebie rozmówcę. Zawsze jestem zimną blondynką (śmiech).

A ja Cię odbieram jako bardzo ciepłą osobę, w dodatku lojalną w przyjaźni.

Taka jestem, nie lubię gierek, udawania, okłamywania. Zarówno w życiu, jak i w biznesie unikam nieszczerych ludzi. I jeszcze jedno: jeżeli ktoś mnie odrzuca, to zupełnie nie zabiegam o jego aprobatę czy zmianę zdania. Przyjmuję to z honorem i mówię: „Do widzenia”. Jestem dokładnie tą samą dziewczyną co 30 lat temu, tylko nabrałam pewności siebie. Wiem, jakim jestem człowiekiem, wiem, na czym się znam, wiem, co jest dla mnie ważne. Lubię siebie, chociaż nie jestem doskonała. Wiem też, że naprawdę w każdym wieku mogą się zdarzyć rzeczy nieprawdopodobne. Uważam, że wszystko jeszcze przede mną.

Trzeba być kreatorem własnej rzeczywistości?

Na pewno trzeba nad nią pracować. W końcu wszystko w życiu zależy od nas.