AREK LIPNICKI: Informujemy, że nasza rozmowa może być rejestrowana. Jeżeli nie wyrażają państwo zgody, zapraszamy na herbatę do hotelu...

...Pod Różą – jak za dawnych czasów – gdzie usłyszą państwo coś bardzo klimatycznego. Mogę tak się wyrazić o Waszej płycie?

AREK: A przesłuchałaś ją?

Tak.

AREK: I co, podobała ci się?

Tak, ale ja mogę nie być obiektywna, ponieważ od zawsze byłam fanką Mieczysława Fogga i ta płyta wypełniła mi lukę po nim. Skąd taki pomysł?

AREK: Zacznę od tej luki, bo ona faktycznie od dłuższego czasu pogłębiała się…

ANITA LIPNICKA: Wręcz czarną dziurą się stała!

AREK: I myślę, że słuchacze naprawdę stęsknili się za czymś oryginalnym, starym-nowym, zmęczyli się już dźwiękami typu „umcy, umcy”. A pomysł sam wziął się z totalnego przypadku. Kiedyś, w latach 90., kiedy jeszcze mieszkaliśmy z rodzicami w Piotrkowie Trybunalskim, kupiliśmy pierwszy odbiornik satelitarny. Wziąłem instrukcję i po kolei stroiłem kanały. Nagle na jakimś amerykańskim kanale trafiłem na koncert czterech stylowo ubranych facetów śpiewających na głosy w ścisłej harmonii. A do tego ryki, salwy śmiechu na widowni.

ANITA: To był męski chór.

AREK: Nazywał się Hudson Shad. Oni zresztą śpiewają do dzisiaj. A ja wtedy w tym naszym skromnym piotrkowskim mieszkanku totalnie wpadłem w ten klimat.

ANITA: A ja razem z nim. Arek od bardzo dawna miał marzenie, żeby założyć męski chór. I ja któregoś dnia, kiedy znowu marudził mi, że tak mu się ta muzyka podoba, wkurzyłam się i powiedziałam, że niech nie będzie frajerem i jeżeli ma marzenie, to niech je spełni. Byliśmy wtedy akurat u rodziców w Piotrkowie i mama, która przysłuchiwała się tej rozmowie, powiedziała: „To ja dam ogłoszenie do gazety, kogo potrzebujesz do tego zespołu”.

I jak ono brzmiało?

AREK: Mama napisała, że męski chór poszukuje barytona, tenora, basa. Ale co najśmieszniejsze, była to dokładna kopia metody sprzed 80 lat, kiedy to Harry Frommermann, bezrobotny aktor w Berlinie, dał ogłoszenie do gazety, że chce założyć taki męski chór. I prawie wiek później w dobie internetu, telewizji itd. nasza mama robi to samo. Pomyślałem sobie, że jeśli Harry’emu się udało, to może ta metoda sprawdzi się też nam. 

I sprawdziła się?

ANITA: Jeden członek zespołu został w ten sposób odkryty.

Ale było jakieś zainteresowanie?

ANITA: Oczywiście, było mnóstwo telefonów, dzwonili ludzie bardzo ciekawi i totalnie zwariowani. Byli też tacy, którzy zniżonym głosem mówili: „Dzień dobry, mam 60 lat i jestem znakomitym basem”.

AREK: Pozostali członkowie to byli kumple. Grzesiek Żołyniak, nasz baryton, polecił świetnych wokalistów z filharmonii, rewelacyjnego basa i tenora. No i to był strzał w dziesiątkę, bo Tomek Warmijak, czyli nasz pierwszy tenor, to wielki chłop, a Piotrek Widlarz – bas, jest drobnej budowy, więc już było ciekawie, taki zabawny dysonans między wyglądem a głosem.

A Ty, kim jesteś?

AREK: Ja jestem tenor wygłuptas, jedyny w tym zespole bez wykształcenia konserwatoryjnego. Jestem kabareciarzem, aktorem, na co dzień pracującym w Grupie Rafała Kmity, ojcem, mężem...

Czasami Romanem Giertychem...

AREK: Tak, bywałem Giertychem u Szymona Majewskiego. No i śpiewam drugim tenorem, takim trochę niższym głosem, ale często wydurniającym się na koncertach.

A Ty, Anito?

ANITA: Początkowo miało mnie w ogóle nie być na tej płycie. Miałam zainwestować w nagranie i stać z tyłu.

AREK: Jak się okazało, udział Anity w projekcie był świetnym pomysłem. Odkryliśmy, że jej barwa idealnie pasuje do całości, że jej głos pięknie wkomponował się w nasze. Poza tym dawne męskie chóry też śpiewały gościnnie z jakąś gwiazdą, np. Hanką Ordonówną.

ANITA: Ja jestem właśnie Hanką Ordonówną w tym układzie. Poza tym zawsze mieliśmy ochotę zrobić coś razem.

Często zmieniasz facetów: John, Arek... Masz jeszcze jakichś uzdolnionych kuzynów?

ANITA: Gdyby się tak pogrzebało, to pewnie by się jeszcze niejeden utalentowany krewny znalazł.

Długo powstawała ta płyta?

AREK: Oj tak, długo, kilka lat. To było jak wielka epopeja: zmienialiśmy studia, coś nam zawsze nie pasowało, byliśmy bardzo wymagającym zespołem (śmiech).

ANITA: A najciekawsze jest to, że kończąc tę płytę, wylądowaliśmy na strychu u kumpla z czasów licealnych z Piotrkowa. Otworzył studio z kolegami z dzieciństwa. A na potrzeby naszej produkcji musieli na szybko wymyślić jego nazwę.

AREK: Ponieważ studio mieści się na poddaszu, nazwali je po prostu Studio na Strychu.

Strych, stara muzyka... Sentymentalni jesteście.

ANITA: Tak, ale przecież co chwila ktoś się bierze za te starocie. Jednak odgrzanie starego kotleta nie wystarczy, trzeba zrobić nowy kotlet według starej receptury.

AREK: Piosenki z lat 30., czyli z tego okresu najbardziej płodnego twórczo, są po prostu uniwersalne, choć mówią językiem Tuwima, Warsa czy Drabika. Tylko nie wystarczy wziąć te piosenki, napisać aranż i lecieć dalej. One są jak wymagające kochanki: trzeba w nie zainwestować, dobrze potraktować, dopieścić, żeby się odwdzięczyły pięknymi wrażeniami.

Dlaczego tęsknimy za tamtymi czasami?

ANITA: Tęskni się za romantyzmem. Teraz żyjemy w czasach instant, wszystko musi być na teraz, na już. Niby mamy wszystkie narzędzia do komunikacji, a jesteśmy coraz dalej od siebie.

AREK: Miłość przez internet, staliśmy się anonimowi, rozdzieleni od siebie.

ANITA: Tęsknimy za prawdziwymi facetami, za kobietami, które się rumienią, za Agnieszką, Maryśką, Stachem.

 

AREK: „Nim pryśnie urok tych chwil, zanim rozdzielą nas setki mil, kilka chwil, póki czas, zatańczyć jeszcze raz” – jak jest w naszej piosence, to ważne, bo za chwilę może nas po prostu już nie być…

A jakim byliście rodzeństwem?

AREK: W czasach przedszkolno-szkolnych trzyletnia różnica między nami była widoczna i rodzice mieli przerąbane z nami. Kłótnie o klocki i o wpływy.

ANITA: Prawda jest taka, że mój brat był terrorystą. Zamykał mnie w toalecie, barykadował, bo się wstydził przed kolegami, że ma taką siostrę. Ja za nim biegałam, wymyślałam różne preteksty, żeby na przerwie do niego podejść. A on: „Widział cię ktoś? Nie wchodź do mnie na górę”. Ale kiedy poszliśmy do liceum, wszystko się zmieniło, ta różnica wieku zrobiła się idealna. Ja zaczęłam się interesować starszymi chłopcami, bardzo lubiłam kolegów brata, a brat moje koleżanki. I od tamtej pory zaprzyjaźniliśmy się.

Swataliście się na zmianę?

ANITA: Tak, były takie pomysły i próby, ale nic z tego nie wyszło, mieliśmy za to wspólną grupę przyjaciół. A że pochodzimy z Piotrkowa, gdzie za naszych czasów było jedno kino i jeden teatr, to wiadomo było, gdzie to życie się toczy. Arek był zaangażowany w grupę teatralną, ja natomiast miałam zespół muzyczny.

Teraz oboje mieszkacie w Warszawie, tak?

ANITA: Tak, Arek mieszka w centrum, ja na Ochocie, nasze dzieci bawią się razem. Arek ma dwóch synów: ośmiolatka i trzylatka, a moja Pola ma sześć lat. Jego starszy synek z moją córką kłócą się i przyjaźnią tak jak my kiedyś. A wracając do liceum – to był dla mnie ciężki okres. Byłam wtedy mroczną dziewczyną, miałam włosy obcięte na zero i nosiłam glany. Natomiast Arek od początku miał tendencje do pajacowania. A kabareciarzem został nie bez przyczyny, bo na każdym zdjęciu od dzieciństwa do teraz nie ma normalnego Arka, zawsze ma minę pajaca. Szybko związał się z Grupą Rafała Kmity w Krakowie. Przez chwilę nawet ja byłam w tej grupie, bo mnie też wkręcił. I o mały włos nie zdałabym w liceum z klasy do klasy, bo ciągle jeździłam do Krakowa.

Czyli Arek świetnie sprawdza się na wszystkich nudnych rodzinnych uroczystościach.

ANITA: Oj tak, błaznował od początku. Potem to ja już chciałam zamknąć go w łazience ze wstydu, ale Arek taki jest i już. W dzieciństwie byłam skazana na jego towarzystwo, bo rodzice pracowali chyba na trzech etatach, żeby związać koniec z końcem. Dlatego faktycznie starałam się, jak mogłam, żeby być zaakceptowana przez niego i jego kumpli. I tak mi zostało, nadal jestem taką dziewczyną z gangu.

Jaką Anita była siostrą?

AREK: Na początku bardzo natrętną i płaczliwą, a później zaczęli interesować się nią moi koledzy i to było dla mnie dziwne. Byli adoratorzy, pierwsze miłości, randki.

ANITA: No tak, pamiętam, jak poszłam na studniówkę z twoim kolegą z klasy.

AREK: Właśnie. Byłem także proszony o różne swatające czynności, ale również mogłem Anitę ochronić przed kilkoma kolegami, którzy mi się nie podobali.

Pogoniłeś ich?

AREK: Delikatnie mówiąc – zniechęciłem.

ANITA: To ja nic o tym nie wiem.

Liczyłaś się z jego zdaniem?

ANITA: Bardzo! Mój starszy brat zawsze wiedział wszystko najlepiej.

Na początku to Arek grał pierwsze skrzypce, ale w końcu to Anita była tą pierwszą, znaną, rozpoznawalną. Miałeś z tym jakiś problem?

AREK: Nie, Anita wybrała taki zawód, gdzie musi być rozpoznawalna. Ja w swoim kręgu kabaretowo-teatralnym czuję się dobrze.

ANITA: Pamiętam ten moment w czwartej klasie liceum, za czasów Varius Manx, kiedy byłam megapopularna i nas to strasznie wkurzało. Pamiętasz, Arek, nasz wyjazd do Zakopanego, kiedy nie mogłam przejść przez Krupówki, bo ciągle ktoś mnie zaczepiał, chciał dotknąć?

AREK: Jasne, ile miałaś wtedy lat?

ANITA: 19.

AREK: I ta popularność pojawiła się tak szybko i była ogromna.

ANITA: To nie było fajne. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. I jeszcze za tą popularnością nie szła prawie żadna zmiana statusu materialnego. Nadal jeździłam na próby do Łodzi pekaesem, a przez te pierwsze lata popularności odłożyłam tylko na kolorowy telewizor. Kupiłam go tylko dlatego, że mama się na niego uparła, bo sąsiedzi już mieli. Ale dzięki temu jest płyta Voice Bandu. Wszystkie naczynia są połączone...

Dobrze się bawiliście przy nagrywaniu tej płyty?

AREK: „Zabawa” polegała na tym, że kiedyś na przykład Anita przez dziewięć godzin w 35-stopniowym upale nagrywała wokale na strychu bez klimatyzacji. Po prostu ubaw po pachy, ale tak na serio...

ANITA: Czyli na pewno nie będzie na serio, jak Arek tak mówi.

AREK: Bawiliśmy się świetnie też na mrozie. Dużo pizzy zjedliśmy przy okazji. Byliśmy w siódmym niebie...