GALA: ”Rzeczy, o których śpiewam, są tak osobiste, że wstydziłabym się o nich opowiadać w języku polskim” – napisałaś we wstępie do nowej płyty. Skąd ten wstyd?

ANITA LIPNICKA: Musiałam się jakoś wytłumaczyć przed tymi, którzy oczekiwali, że po siedmiu latach współpracy w duecie z Johnem wreszcie zaśpiewam po polsku! Prawdziwy powód jest taki, że mam pewne plany dotyczące wydania tej płyty także poza granicami naszego kraju. Nagrywając materiał po polsku, nie miałabym na to szansy. Artystycznie znalazłam się w punkcie „teraz albo nigdy”, to był ostatni dzwonek, żeby zawalczyć o realizację niespełnionych dotąd marzeń. Przy okazji język obcy faktycznie dał mi pewną swobodę wyrazu, posłużył jako wdzięczny kamuflaż. Bo faktycznie jest tak, że to album bardzo osobisty, traktujący o związkach, tych małżeńskich i pozamałżeńskich, kochankach realnych i tych wyśnionych, o rozedrganiu wewnętrznym, niepokoju, jaki towarzyszy każdej miłości. Wyszło na to, że mężczyźni stali się moją inspiracją.

GALA: Dlaczego wróciłaś do mężczyzn swojego życia, zaczęłaś sobie ich przypominać?

ANITA LIPNICKA: Cały świat osadza się na związkach i namiętności. Za każdym, nawet największym wojownikiem, który wypowiadał krwawe wojny, zmieniał bieg historii, stoi kobieta, i na odwrót – za wielkimi kobietami stoją mężczyźni. To miłość w dużej mierze determinuje ich losy, inspiruje i niszczy, prowokuje i rozpala wyobraźnię. Jest wartością uniwersalną. Była, jest i będzie.

GALA: Jak kochasz?

ANITA LIPNICKA: Oczywiście „na zabój”! Jednak wszyscy wiemy, że uczucie ulega przeobrażeniom. W miarę upływającego czasu zmienia się faktura miłości, jej kolor, gęstość… Stan zakochania nie trwa wiecznie – i całe szczęście, bo gdyby tak było, umarlibyśmy z wyczerpania. Człowiek przecież wtedy nie je, nie śpi. Po kilku pierwszych latach euforii zaczyna się kolejna, trudniejsza faza. Wtedy sztuką staje się obopólna dbałość o jego utrzymanie, mimo burz, zakrętów, wątpliwości, pojawiających się pokus, które mogą cię zwieść, sprawić, że będziesz chciał odejść. Te pokusy testują nasz charakter i wystawiają na próby.

GALA: ,,John miał serdecznie dość mojego bezustannego stukania w klawiaturę, nieprzespanych nocy i dni w towarzystwie kobiety widma” – napisałaś również we wstępie. Wytrzymał?

ANITA LIPNICKA: Był dzielny. Podczas nagrań tej płyty całkowicie podporządkował swoje życie mojej sprawie. Zostawał z Polą, naszą córką, dbał o dom, kiedy ja znikałam na całe dnie z rzeczywistości. Twórczość wymaga skupienia, a żeby je osiągnąć, musisz się odłączyć, wyalienować. To bywa trudne. Gdy żyjesz w rodzinie, niełatwo o własną przestrzeń – zarówno tę w głowie, jak i w sensie czysto dosłownym. Muszą więc być jakieś ofiary. To był testowy moment w naszym związku. Żebym ja mogła się twórczo realizować, John musiał poświęcić mi kawałek swojego życia. Kolejny plan jest taki, że to on nagrywa płytę, a ja się temu poddaję. Kiedy w domu jest dwoje artystów plus dziecko, logistyka dnia staje się sprawą kluczową. Czas się zastraszająco kurczy i nie można sobie pozwolić na swobodne dryfowanie, są obowiązki. Realnie wyglądało to tak, że kompletując materiał na tę płytę, bez względu na to, jak daleko odpływałam do świata wyobraźni, to co rano, jak zwykle, odwoziłam Polę do przedszkola, potem zajmowałam się całym zestawem banalnych, życiowych drobiazgów, o godzinie 15 zabierałam córeczkę z powrotem do domu, by spędzić z nią resztę dnia i na końcu utulić do snu. Ten koniec dla mnie dopiero wyznaczał początek. Wtedy mogłam się zająć swoimi sprawami.

GALA: Zachowując się inaczej, skrzywdziłabyś Polę i Johna.

ANITA LIPNICKA: Rodzina jest jak łańcuch, który składa się z wielu tak samo ważnych ogniw. O każde musisz zadbać, czyścić je i polerować, żeby nic nie pękło. Najtrudniejsze jest zachowanie odpowiednich proporcji między tym, co „nasze” a tym, co „moje”. Z dzieckiem na jednej ręce, mieszając zupę drugą, nie potrafię wymyślać piosenek.

GALA: John wierzy w Ciebie?

ANITA LIPNICKA: Bardziej niż ja sama. On od początku był przekonany, że stać mnie na nieokreślone „więcej”. Uparcie zachęcał, żebym komponowała, nie tylko pisała teksty do swoich piosenek, ufał mojej muzycznej intuicji, wyczuwał potencjał, którego ja z początku nie dostrzegałam. Nigdy nie byłam rakietą, która wie dokładnie, dokąd leci i po co. Nie mogłam zrzucić z siebie kompleksów, a John powtarzał: ,,Ty to masz, nawet o tym nie wiesz, że masz”.

GALA: ,,Zakochuję się w sobie przy tobie” – piszesz w jednej z piosenek. To mogłoby być o Was?

ANITA LIPNICKA: Tak. Takie zdanie pada w utworze ,,You change me” – ,,Zmieniasz mnie”. Chciałam napisać o sile, jaką może nam dawać miłość, o tym, że w najdoskonalszej postaci może zmieniać człowieka. John przyczynił się do tego, że dziś czuję się pewnie sama ze sobą. Wierzę w siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

GALA: Co powiedział John, kiedy usłyszał cała płytę?

ANITA LIPNICKA: ,,Gratuluję. Doszłaś do tego. Jesteś artystką”.

GALA: Decydując się na prace ,,solo”, chciałaś mu cos udowodnić?

 

ANITA LIPNICKA: Na pewno chciałam mu zaimponować oraz pokazać, że te lata spędzone przy nim nie poszły na marne. Że czegoś się od niego nauczyłam. Zawsze zazdrościłam mu tej swobody, artystycznej wolności, tego, że nie przejmuje się opinią innych na temat jego twórczości. On sam wie, kiedy napisał mocną piosenkę. Ja tego przekonania nabywam.

GALA: Jaka jest Pola, Wasza 3,5-letnia córka?

ANITA LIPNICKA: Mocna, jest indywidualistką. Nawet jej tego zazdroszczę, bo na pewno nie ma problemów z asertywnością, tak jak ja. ,,Little Miss No”, jak mówi na nią John, zawsze stawia na swoim. Jest bardzo żywotna, kreatywna, zainteresowana światem. Posiada cechy przywódcze! Narzuca rytm zabawy w grupie, jest liderką. My we troje – ja, Pola i John – jesteśmy wulkanami, często dosyć nerwowej, energii. Ja nawet zaczęłam chodzić na siłownię, żeby trochę jej ze mnie uszło. Przed urodzeniem Poli wyobrażaliśmy sobie z Johnem, że będziemy mieli córeczkę- aniołka, spokojną i słodką. Tymczasem przyszła do nas Pola, dziewczę waleczne i temperamentne.

GALA: Słucha Twoich piosenek?

ANITA LIPNICKA: Już je rozpoznaje. Ostatnio powiedziała: ,,Ładnie mama śpiewasz, fajne te twoje piosenki”. A teraz jest zafascynowana grą Johna na gitarze elektrycznej. Mamy pokój muzyczny i ona tam sobie wchodzi, kiedy chce. Próbuje swoich sił, na czym się da. Ostatnio na harmonijce ustnej.

GALA: Jeśli Twoja płyta zainteresuje kogoś za granica i dostaniesz propozycje, to wyjedziesz z Polski?

ANITA LIPNICKA: Tak.

GALA: I wyobrażasz sobie, że z małą Polą i Johnem budujesz swój nowy świat w innym miejscu?

ANITA LIPNICKA: Wyobrażam sobie. To się da zorganizować. Jeżeli coś się wyklaruje, jeżeli okaże się, że moja obecność jest niezbędna, by wydać i zaprezentować moją twórczość poza granicami naszego kraju, to jadę. Nie mam nic do stracenia. Rok spędzony w Londynie, bo o nim myślę, byłby dla całej naszej rodziny wartościowym doświadczeniem. Pola rozumie język angielski, bo to język jej ojca, nie czułaby się więc obco. John tęskni do swojego kraju, byłby szczęśliwy, gdyby mógł wrócić na jakiś czas do swoich. Poza tym trzeba podkreślić, że ja wcale nie zasadzam się na robienie jakiejś wielkiej światowej „kariery”, znam realia i własne możliwości. Nie chcę się też pchać do popowego świata, gdzie nie liczy się to, o czym śpiewasz, tylko jak wyglądasz. Po prostu marzy mi się jeszcze jakaś muzyczna przygoda. Tkwienie w bezpiecznej pozycji i odcinanie kuponów od tego, co do tej pory zrobiłam, to dla mnie śmierć artystyczna.

GALA: Znowu myślisz pod prąd. Skąd w Tobie ta przekora, upór, konsekwencja?

ANITA LIPNICKA: To, co się dzieje obecnie na naszym rynku muzycznym, zupełnie mnie nie inspiruje. Żadna nagroda w tym kraju ani występ na znanym festiwalu telewizyjnym nie leży w zasięgu moich ambicji. Ja już to wszystko zrobiłam, byłam kiedyś bardzo sławną osobą, posmakowałam popularności, której miałam serdecznie dość. To nie było moje, czułam się jak przypadkowa bohaterka nie swojej bajki. Odchodząc od Varius Manx, na własne życzenie wydelegowałam się ze świecznika w bardziej zacienione miejsce. Wielu ludzi pukało się wtedy w głowę: „Dlaczego rezygnujesz? To czysta głupota”. Ja zrobiłam to dla siebie. Nagrałam solową płytę, która odniosła wielki komercyjny sukces, wtedy już nikt nie miał żadnych pytań. Potem powstały kolejne dwie i znowu doszłam do ściany. Poczułam jakąś pustkę, wiedziałam, że sama więcej cudów nie dokonam. Zaczęłam szukać kogoś, z kim będę mogła odkryć całkiem nowe muzyczne obszary. Szukałam jakiś czas, aż wreszcie trafiłam na Johna. Wtedy też pukali się w głowę – „Ona z nim? To będzie jakaś porażka!”. Tymczasem powstały „Nieprzyzwoite piosenki” i zamknęły wszystkim usta – 100 tys. sprzedanych egzemplarzy. W sumie nagraliśmy w duecie trzy płyty i zagraliśmy setki koncertów. I znów przyszła pora przemian, powrót do działalności solowej. Kiedy oznajmiłam, że chcę nagrywać po angielsku, to usłyszałam: ,,Po co? Powinnaś nagrać hitową płytę w języku polskim. Ludzie na to czekają”. Sęk w tym, że ja już dawno wyrosłam z tego, co „powinnam”. Interesuje mnie wyłącznie to, co ja mam ochotę zrobić. Z własnym życiem i karierą.

GALA: Dojrzałaś.

ANITA LIPNICKA: Dochodzenie do dojrzałości to żmudny proces eliminacji wszystkiego, co nie jest zgodne z tobą, polega bardziej na odrzucaniu niż akceptowaniu propozycji, które życie ci niesie w ofercie. Tak się składa, że przez ostatnie lata głównie odrzucam – sytuacje, zdarzenia, przedmioty, ludzi – wszystko, co wprowadza zamęt, zaburza mój spokój. Zawężam drogę, po której idę, skupiam się na coraz bardziej ograniczonym obszarze widzenia. Nie zatańczę na lodzie, nie ugotuję niczego w telewizji śniadaniowej, czy nie zdradzę tajników mojego życia erotycznego. Jestem ciosana z innego drzewa – uważam, że na dobrą sławę trzeba sobie zapracować. Chciałabym być pamiętana za moją twórczość. Tania popularność mnie nie interesuje.

GALA: Ale Ty przeżyłaś już to, czego teraz chcesz uniknąć. Kiedy jako 19-latka zaczęłaś śpiewać z Varius Manx.

 

ANITA LIPNICKA: To był obłęd! Sukces piosenki „Zanim zrozumiesz” zbiegł się w czasie z moją maturą. Było mi wstyd, nie wiedziałam, gdzie mam się w szkole chować, czułam się bardzo nieswojo wobec moich znajomych. Uczucie tej dziwnej „niewygody” w relacjach z innymi spowodowanej moją popularnością towarzyszy mi, choć w mniejszym stopniu, do dzisiaj. Znana twarz przeszkadza w nawiązywaniu prawdziwych znajomości. Potem zazdrościłam tym, którzy mogli studiować, mieszkali w akademikach. Brakowało mi tego czasu eksperymentów, obijania się gdzieś między dzieciństwem a dorosłością. Szukania siebie i nawiązywania przyjaźni, które często okazują się najważniejszymi w życiu. To wszystko zostało mi odebrane.

GALA: Kim jesteś dzisiaj?

ANITA LIPNICKA: Jestem matką, to przede wszystkim. Bywam artystką, co w końcu mogę o sobie powiedzieć – długo uważałam, że nie zasługuję na określenie siebie tym mianem. Staram się być dobrą partnerką, przyjaciółką. Z tym chyba idzie mi najmarniej…

GALA: Swojej płycie dałaś tytuł: ,,Hard Land Of Wonder”, czyli ,,Surowa kraina cudowności”. Gdzie jest ta kraina?

ANITA LIPNICKA: To miłość. Ona jest taką krainą. Zachwyca i staje ością w gardle.

GALA: Śpiewasz: ,,Tracisz mnie. Nic nie możesz z tym zrobić. Tracisz mnie. Jestem w połowie drogi...”. A Ty gdzie jesteś?

ANITA LIPNICKA: Nie wiem (cisza). Kto to może wiedzieć? Mam nadzieję, że nie jest to moment z piosenki. Bycie razem to takie żywe stworzenie, które czasami choruje, a czasami jest urokiem świata. I choć naprawdę trudno mi ocenić, gdzie na tej drodze stoimy z Johnem, to chcę wierzyć, że jeszcze długo będziemy razem nią podążać. Że nie zatrzymamy się w połowie.