Mijają właśnie 22 lata od momentu, kiedy pojawiłaś się na scenie z Varius Manx, a 20 – od początku Twojej solowej kariery. Nie mogę uwierzyć, że to już tyle czasu...

ANITA: To nieprawdopodobne! Tyle się zdarzyło przez te lata. Mam wrażenie, że w moje jedno życie zmieściłam kilka żyć... I trudno mi się dziś odnieść do tamtej przeszłości, i znaleźć punkty zbieżne z osobą, którą wtedy byłam. Ostatnio segregowałam stare płyty CD – byłam ciekawa, które z moich ówczesnych fascynacji muzycznych przetrwały próbę czasu. Wyrzuciłam wszystko, zostawiłam jedynie albumy Sade i Simply Red. Widać, bardzo się zmieniłam przez te 20 lat.

A którą siebie wolisz?

Chyba jednak obecną, ale to raczej naturalne, jesteśmy najbardziej połączeni z wersją siebie tu i teraz. Jednak z drugiej strony czasem tęsknię do tamtej dziewczyny, którą kiedyś byłam. Nic mnie nie mogło zatrzymać, szłam przez życie jak burza. Nie miałam zbyt wielu obaw, skrupułów, ani wobec siebie, ani innych. Podejmowałam drastyczne decyzje, które dzisiaj kosztują mnie wiele emocji. Na przykład kiedy dwa lata temu rozstawałam się z moim zespołem, nie mogłam się pozbierać przez kilka tygodni. Dawniej podobne decyzje przychodziły mi z łatwością. Byłam pewniejsza siebie. Wiąże się to na pewno z tym, że mniej rzeczy musiałam brać pod uwagę. Na pewno inaczej patrzę na świat, odkąd zostałam mamą. Zmieniła się lista priorytetów, nie mogę już egoistycznie pruć przed siebie, bez oglądania się na innych.

Brakuje Ci tej swobody?

Często tak. Wtedy byłam zupełnie wolna. Brałam plecak i wyjeżdżałam, dokąd chciałam. A teraz muszę walczyć o każdą wolną chwilę dla siebie.

I właśnie z tęsknoty za tamtymi latami postanowiłaś zorganizować trasę koncertową „Na osi czasu”, którą podsumowujesz swoją 20-letnią karierę?

Nigdy wcześniej nie podejmowałam żadnych prób podsumowań, ale życie to na mnie wymusiło. Na moje koncerty zaczęli przychodzić ludzie z dziećmi, które mają na imię Anita. Opowiadali mi, że zakochiwali się przy moich piosenkach i dlatego postanowili tak nazwać córkę. Pomyślałam, że może warto się z nimi spotkać po latach. Ci ludzie mają pewnie podobne rozterki, co ja, podobne doświadczenia. I chociaż większość moich piosenek z tamtych lat wydaje mi się dziś naiwna i prosta, to przecież wtedy miały jakąś siłę, były ważne dla mnie i mojego pokolenia. Kiedy zaczęłam na próbach znów je śpiewać, poczułam, że stąpam po własnych śladach, odkrywam siebie od nowa. To było bardzo wzruszające. Zastanawiałam się też, jak uczcić mój jubileusz. Nie chciałam wydać płyty typu The Best Of, składanki starych numerów. Są mi tak odległe stylistycznie, niektórych nie mogę wręcz słuchać w oryginalnych wersjach. Musiałam do nich podejść z dzisiejszej perspektywy. Na trasę przygotowaliśmy je w zupełnie nowych, często zaskakujących aranżacjach. I z tej trasy powstanie wyjątkowa płyta koncertowa, która będzie uwieńczeniem tych 20 lat na scenie. Zapis chwili celebrującej moją przeszłość. A potem pójdę dalej i nie będę już do niej wracać.

To jeszcze zatrzymajmy się na chwilę. Co dziś odnajdujesz w swoich starych piosenkach?

Na pewno siebie z tamtych lat, tamtą wrażliwość, pewną naiwność. Czuję jednak, że rzeczy, o których śpiewałam, są wciąż aktualne. Proste, uniwersalne myśli, takie jak ta, że jeśli w coś mocno wierzymy, to na pewno się spełni.

Śpiewałaś wtedy: „Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń...”.Jakie to były marzenia?

Przede wszystkim od zawsze chciałam śpiewać. Pamiętam doskonale moment, kiedy odkryłam, jak magicznym przedmiotem jest dla mnie mikrofon. To się stało na gwiazdce zakładowej u mojego taty w pracy. Był św. Mikołaj, dostaliśmy paczki z pomarańczami i wyrobami czekoladopodobnymi, a w sali na scenie stał mikrofon. Jeśli któreś dziecko miało ochotę, mogło podejść i zaśpiewać. Podeszłam. I doznałam olśnienia. Nagle stałam się słyszalna! Przez większość mojego dzieciństwa bardzo cierpiałam, bo rodzice dużo pracowali, a ja z kluczem na szyi byłam ogonem mojego starszego brata. Niechcianym zresztą. Ciągle zapłakana, samotna, wiecznie zamęczałam brata, a on miał mnie serdecznie dość. Nauczyłam się wtedy wtapiać w tło, tak żeby ani on, ani jego koledzy mnie nie zauważali, karnie chodziłam z nimi po drzewach i biegałam po piwnicach. I oto po latach bycia cieniem stanęłam przed tym mikrofonem i wszystko w sekundę się odmieniło. Słychać mnie, więc jestem! Do dziś kocham mikrofon, bez niego mój głos wydaje mi się słaby (śmiech). Nie podśpiewuję w samochodzie czy pod prysznicem. Mikrofon to dla mnie zaczarowana furtka do innego świata. Z natury jestem wstydliwa, ciężko znoszę np. wyjście na scenę. Najpierw się boję, że nikt nie przyjdzie na koncert. Potem, kiedy orientuję się, że ludzie siedzą na widowni, ogarnia mnie strach, że muszę wyjść na scenę i coś im dać, bo przecież zapłacili za bilety. I kiedy już jestem zmuszona przed nimi stanąć, i dotykam mikrofonu, znika wszystko, co złe. I to jest ta magia.

 

A inne przełomowe momenty w Twoim życiu?

Kiedy miałam 15 lat, wyjechałam do Japonii na kontrakt jako modelka. Prze-szłam eliminacje, które trwały pół roku, i z czwórką innych dziewczyn pojechałyśmy tam do pracy. Chociaż modeling okazał się zupełnie nie dla mnie – nie mogłam znieść bycia traktowaną przedmiotowo – wróciłam stamtąd odmieniona. Siadłam w szkole wśród rówieśników, w tej samej ławce, ale byłam zupełnie inną osobą. Poczułam, że skoro dałam tam radę, to mogę wszystko! Ta myśl sprawiła, że w klasie maturalnej wyprowadziłam się z domu, przeniosłam do Łodzi, wynajęłam mieszkanie i mentalnie zaczęłam własne życie. Miałam ogromną wewnętrzną siłę i naprawdę wierzyłam, że wszystko mi się uda. Potem gdzieś po drodze życie mnie złamało i ta moc trochę osłabła. W miarę jak stawałam się starsza, uświadamiałam sobie, że nie można bez przerwy kroczyć po urwisku i balansować na linii ognia. Może życie po to nas zatrzymuje, byśmy przetrwali, nie zapadli się nagle gdzieś w przepaść?

Miałaś wtedy także inne, pozamuzyczne marzenia?

Chciałam podróżować, odkrywać nowe smaki, poznawać nowych ludzi. Nie czuję się przywiązana do korzeni, mogłabym mieszkać gdziekolwiek na świecie. Zawsze chciałam pisać, śpiewać i podróżować. Stąd moje ciągoty do nagrywania za granicą, międzynarodowe związki, przyjaźnie. Z tyłu głowy miałam od zawsze oczywiście marzenia o założeniu rodziny. Ale długo nie mogłam trafić na osobę, w przypadku której czułabym, że jest to możliwe. Także mój zawód nie pozwalał na życiową rutynę, byłam w ciągłym ruchu. Dlatego tyle czasu zajęło mi podjęcie decyzji o dziecku. Kiedy poznałam Johna Portera, wiedziałam, że będę miała z nim córkę i nazwę ją Pola Porter.

Podobno kiedy była mała, jej tata mówił o niej Little Miss No. Teraz, kiedy ma dziesięć lat, dalej pasuje do niej to określenie?

Oj, tak (śmiech). Często nie zdążę jeszcze dokończyć pytania, a już słyszę: „Nie, mamo!”. Pola na pewno nie idzie za tłumem. Jest mieszanką wybuchową naszych charakterów. Wciąż z trudem przychodzą jej takie słowa jak „przepraszam”.

Może wchodzi już w okres nastoletniego buntu?

Jeśli chodzi o Polcię, trwa on od urodzenia! Ale jest kochana, cudowna i nie zamieniłabym jej na żadną inną. Nie wiem, co bym dziś bez niej zrobiła. Czasami prowadzę ze sobą taką wewnętrzną walkę. Z jednej strony myślę: „Żeby to dziecko było wreszcie ułożone i opanowane”, a z drugiej – pytam: „Ale właściwie po co?”. Niech będzie taka, jaka jest. Nieprzewidywalna.

Jakie swoje cechy w niej odnajdujesz?

Szaleństwo, skłonność do ryzyka, np. tak jak ja sunie na nartach na krechę (śmiech). Lubimy razem jeździć na rolkach, łyżwach, pływać i oczywiście gadać. Szczególnie przed snem zdarzają nam się długie filozoficzne rozmowy. Aczkolwiek Pola jest teraz wkręcona w dziewczyńskie rzeczy, takie jak makijaż i lakiery do paznokci. I o tym już ze mną nie pogada, bo ja jestem pod tym względem mało babska. Często słyszę od córki: „Mamo, jak ty wyglądasz? Może kup sobie jakieś szpilki czy pomaluj na czerwono usta”. I daje mi za przykład mamy swoich koleżanek, które chodzą w sukienkach i na obcasach. A ja zawsze jestem w trampkach i dżinsach. No trudno (śmiech).

Jakie marzenia ma 41-letnia Anita?

Podobne jak 20-letnia! Tyle że teraz mam w sobie jeszcze więcej głodu podróży, na które czasu nie starcza. Chciałabym też wymyślić nowy sposób na siebie. Nie zajmować się wyłącznie muzyką, tylko poszukać innych możliwości. Może pomyślę o pisaniu...

Piszesz przecież piękne piosenki.

Dziękuję. Pisałam kiedyś felietony i wspomnienia z podróży na Facebooka i to sprawiało mi ogromną radość. Teraz brak mi motywacji, ale może kiedyś wrócę do tej myśli. Mam na przykład spisany cały proces mojej terapii. Po prostu musiałam wtedy pisać. To było bardzo fascynujące.

I jest w Tobie tyle odwagi, by się tym podzielić?

No właśnie nie. Chociaż wiem, że to świetny materiał. Ale znajduje się tam mnóstwo zbyt osobistych wątków, które bardzo łatwo wytropić, i to mnie blokuje. Ludzie w ogóle niechętnie przyznają się do terapii... Mówię o tym chociażby po to, aby zachęcić innych. Być może ktoś ma problem i się waha, nie potrafi samodzielnie znaleźć rozwiązania. Bardzo polecam terapię. Oczywiście kluczowe jest znalezienie odpowiedniego terapeuty, takiego, który pomoże, a nie zaszkodzi. Ja w końcu kogoś takiego znalazłam. I wiem z doświadczenia, że terapia pomaga. Było w moim życiu parę tak trudnych sytuacji, że potrzebowałam nie tyle pomocy, ile mądrego kompana podróży, czuwającego nade mną. Kogoś, kto by mnie trzymał za rękę i pomógł przejść przez ruchome piaski, których nie mogłam ominąć. Wiedziałam, że jeśli to będę robić sama, to albo zabraknie mi siły czy odwagi, albo zajmie mi to jakieś 120 lat!

 

W jakich momentach taka pomoc okazała się niezbędna?

Byłam w drugim miesiącu ciąży i nagle przez telefon dowiedziałam się, że zmarł mój tata. Mama bardzo źle to zniosła. A ja nie byłam w stanie ani przeżywać żałoby po tacie, ani cieszyć się z ciąży, bo musiałam się skupić na chorej mamie, która potrzebowała mojej pomocy. Przestałam sobie radzić z tą sytuacją. Musiałam chronić samą siebie. I gdybym nie poszła po pomoc do terapeuty, nie wiem, czy by mi się to udało. Kolejny raz potrzebowałam takiego wsparcia, kiedy rozstawałam się z ojcem mojego dziecka. Nie potrafiłam sama rozwikłać tej sytuacji, ułożyć jej w głowie, nie wiedziałam, jak ją wytłumaczyć światu.

Dlaczego musiałaś tłumaczyć?

Bałam się zderzenia z rzeczywistością. Byliśmy bardzo wyidealizowaną medialnie parą. O ile każdy normalny człowiek może się rozwieść bez konsekwencji, w naszym wypadku odbywało się to na oczach publiczności. Zwłaszcza że ciągle jeszcze ze sobą pracowaliśmy. Okazało się to bardzo trudne dla nas obojga. I włożyliśmy mnóstwo starań, by się z tego podnieść.

Udało się?

Tak. Dziś oboje jesteśmy pewni, że podjęliśmy słuszną decyzję. Pola też dobrze odnalazła się w tej sytuacji. Ma dwoje kochających ją rodziców, dwa domy, w których czuje się dobrze i bezpiecznie. Często chodzimy we trójkę na ważne dla Poli imprezy czy do restauracji. Mogę powiedzieć, że dziś jesteśmy z Johnem przyjaciółmi, do tego stopnia, że konsultujemy ze sobą nasze sercowe sprawy (śmiech). Bliskość między nami jest nie do zdarcia, mocnych związków nie da się rozerwać do końca. Nasza relacja zatoczyła koło. Zaczęła się od przyjaźni i na niej skończyła. Zrobiliśmy razem mnóstwo cudownej muzyki, przeżyliśmy bardzo intensywny czas. I ta intensywność nas chyba pożarła. Brak granic między pracą i domem może być dla związku zabójczy. Poza tym dwoje artystów w domu to też nie za ciekawa sprawa. Ciągła walka o swoje miejsce, przestrzeń dla siebie. A tworzenie to bardzo samotniczy proces, wymagający dużo przestrzeni w sensie i fizycznym, i psychicznym.

Teraz masz jej więcej?

Też nie (śmiech). Znów wszystko u mnie wywraca się do góry nogami! Wiele się dzieje i zawodowo, i prywatnie. No i z tym pisaniem ciężko – brak czasu totalny. Zazwyczaj jest tak, że jeśli już siadam, żeby popracować, to nagle wstawiam pranie albo rozmrażam lodówkę... Co chwila jakaś udręka, np. że podłoga w kuchni się odkształciła, dziś też przyjechałam na wywiad z wielką kratką prysznicową w bagażniku, którą właśnie odebrałam od stolarza. Dom na wsi się wykańcza, jest tyle spraw do ogarnięcia...

Raczej nie tak pracuje artysta...

Co chwila jakieś przyziemne sprawy mnie zatrzymują. Tak mija dzień za dniem, a ja nawet nie dotykam gitary. Dlatego zaczęliśmy z kolegami z zespołu wyjeżdżać i wtedy pracujemy. Nagle zrozumiałam, dlaczego moje koleżanki z pracy odpadają z tego biegu i znikają na lata. I ktoś się dziwi, dlaczego ona od siedmiu lat nie nagrała płyty. No, nie nagrała, bo życie ją pochłonęło, bo się w tym czasie rozwodziła albo zakochiwała na nowo, albo dzieci jej się urodziły nowe. Gdy się ma 20 lat, to wszystko jest możliwe, potem staje się nieco trudniejsze.

Twój najnowszy singiel „Ptasiek” po miesiącu od premiery stał się przebojem. Mówisz, że to piosenka o ludziach, którzy swoją obecnością zmieniają nasze życie. Opowiedz, proszę, o swoich ptaśkach.

Na pewno pierwszym i najważniejszym był mój tata. W tej piosence śpiewam: „Wierzyłeś zawsze w to, co dobre, pierwsze i czyste. Zabrakło drogi sercu bliskiej, wybrałeś ciszę...”. Tata był idealistą, bezinteresownie pomagał innym, po przyjacielsku i społecznie. Wszyscy go lubili, nikogo nigdy nie uraził, na nikogo nie podniósł głosu, był bardzo łagodnym człowiekiem. Myślę, że takie osoby przepadają w życiu, nie mają siły, żeby się przebić. Moja mama zawsze z nim walczyła, bo w tym pomaganiu innym zapominał o sobie, a nawet rodzinie. Był dobry i łagodny, we współczesnym świecie te cechy postrzegane są jako wady.

Jesteś do niego podobna?

Wiele osób twierdzi, że tak, ale gdyby tak było, chyba nie dałabym rady. Jestem mieszanką moich rodziców. Tato bujał w obłokach, najchętniej cały czas spędzałby na grzybach, na rybach i wąchając poziomki. A mama była siłaczką, pchała ten wózek do przodu za siebie i za tatę. Pamiętam, że nocami dorabiała, robiąc swetry na drutach, po całym domu fruwały pyłki z wełny. We mnie z jednej strony jest ogromna tęsknota za przyrodą i samotnością. Najchętniej mieszkałabym na odległej wyspie typu Hydra, gdzie czas się zatrzymał, i uprawiałabym oliwki. Chciałabym powolnie smakować życie, jeść pyszne rzeczy, pić wspaniałe wino, siedzieć w słońcu i nie ścigać się z niczym. I to mam po tacie. Ale z drugiej strony zaraz odzywa się we mnie mama... Kurczę, nie mogę nic nie robić, siedzieć tak bezczynnie. Muszę działać, biec do miasta, załatwiać, organizować. Ten wewnętrzny konflikt jest czasami nie do zniesienia.

Kto jeszcze był dla Ciebie ptaśkiem?

Kiedy mieszkałam w rodzinnym Piotrkowie Trybunalskim, poznałam Patryka. Był hipisem z długimi włosami, w zamszowych butach i kurtce, w której chodził cały rok. To była przelotna znajomość, nie wiem, czym on się zajmował, po prostu pojawiał się nagle i znikał. On mnie natchnął, że można żyć trochę na marginesie rzeczywistości, nie trzeba wszystkiego brać na poważnie. Nie wiem, czy Patryk dał sobie radę w dorosłości. Życie zazwyczaj nie obchodzi się łagodnie z ludźmi, którzy chcą być ptakami..

Czy kiedy za chwilę staniesz na scenie i znów zaśpiewasz piosenkę „Wszystko się może zdarzyć”, zrobisz to z wiarą, że to prawda?

Myślę, że tak. Mam prozaiczne pragnienia, żeby w następnym roku wydać nową płytę i żeby to była moja najlepsza płyta. Uważam, że istnieje jedno uniwersalne marzenie, aby to, co najlepsze, było jeszcze przed nami. Chciałabym też, by moje życie prywatne pomyślnie się układało, by nie zabrakło w nim miłości. Bo miłość jest tlenem, daje nam napęd do życia.