GALA: Odbierała Pani Wiktora w pieknej, długiej sukni z odkrytymi ramionami. Jak sie Pani w niej czuła?

ANITA WERNER: Jak kobieta (śmiech). Moi przyjaciele, którzy znają mnie od lat, kiedyś mówili, że na co dzień ubieram się jak skaut. Przesadzają, choć rzadko chodzę w spódnicach, sukienkach. Jeżeli nie muszę być w garniturze, wkładam dżinsy i T-shirt. Moja świętej pamięci Mama chciała mnie widzieć w bardzo kobiecych ubraniach, zawsze mi powtarzała: „Jesteś dziewczyną, chodź w spódnicy”. A ja stale mówiłam: „Mamo, chodzę w tym, w czym jest mi wygodnie, a wygodnie jest mi w spodniach”. Nie wyobrażam sobie, że na co dzień biegam w szpilkach. To nie jest moja osobowość.

GALA: Kobiecość to według Pani...

ANITA WERNER: Coś, co się widzi i czuje, ale ciężko to zdefiniować. Coś, co ma się pod skórą, w uśmiechu, głosie, w duszy. Ciepło, które miesza się z seksapilem. Na pewno nie szpilki, sukienka czy kostiumik z małą torebeczką. Nie muszę wkładać falbaniastych krótkich spódnic, by poczuć się kobietą.

GALA: Do tej pory, nawet na wielkich galach, pokazywała się Pani w garniturach albo wąskich dżinsach i białej bluzce. Ta długa suknia to jakaś zmiana w Pani?

ANITA WERNER: Może kobieta po trzydziestce potrzebuje zmiany (śmiech). Włożenie kolejny raz garnituru byłoby już nudne. Ta sukienka była taką potrzebą chwili. Klasyczna, prosta, nie wyzywająca. Dałam się namówić.

GALA: Ale to nie znaczy, że zacznie Pani na co dzień nosić sukienki i prowadzić w nich „Fakty”?

ANITA WERNER: To znaczy tylko tyle, że odbierałam Wiktora w wieczorowej sukience. Na co dzień nic to nie zmienia w moim życiu. Ani też nie znaczy, że cokolwiek w moim życiu się zmieniło. Ja też się nie zmieniłam.

GALA: Zbigniew Hołdys powiedział o Pani: „Kobieta smukła i piękna. O głosie tak zmysłowym, że mogłaby grać zamiast Sharon Stone w większości jej filmów”. Ja doskonale wyobrażam sobie Panią w „Nagim instynkcie”.

ANITA WERNER: O nie!

GALA: W słynnej scenie przesłuchania...

ANITA WERNER: Pani Alino, proszę mnie nie prowokować, bo za chwilę będę musiała powiedzieć, że w przeciwieństwie do bohaterki „Nagiego instynktu” noszę bieliznę (śmiech), więc nie mogłabym zagrać w tej scenie. Perwersyjna morderczyni ze sztyletem, manipulująca mężczyznami... W mojej głowie to się nie mieści, w filmie tak (śmiech).

GALA: Ale w bohaterce filmu była też fascynująca tajemnica. Myślę, że w Pani tez jest.

ANITA WERNER: Tajemnica...? Mam w sobie duży dystans, trudno się otwieram. Jestem ostrożna, nie zaprzyjaźniam się szybko. Ale jeżeli już się do kogoś zbliżę, to jestem wtedy totalnie szczera. Niczego nie udaję, nie ukrywam.

GALA: Miała Pani 17 lat, kiedy zagrała z Bogusławem Linda w „Słodko-gorzkim”. Gdyby teraz pojawiła się jakaś interesująca propozycja filmowa, powiedziałaby Pani: „A czemu nie”?

ANITA WERNER: Nie, bo to jest moja przeszłość, incydentalna historia, która jest defi nitywnie zamknięta. To była wspaniała przygoda nastolatki wybranej z castingu, amatorki, co było widać na ekranie. Nigdy, nawet jako mała dziewczynka, nie marzyłam, żeby być aktorką.

GALA: Kiedy po raz pierwszy zobaczyła Pani w sobie piękną kobietę?

ANITA WERNER: Nie pamiętam, to nie był żaden przełomowy moment. Nie podkradałam mamie szminek, nie przebierałam się w jej sukienki. W szkole byłam typem kumpelki. Siedziałam w ostatniej ławce z chłopakami. Wolałam z nimi grać w piłkę, niż z koleżankami rozmawiać o lalkach. Miałam jedną przyjaciółkę, ale zdecydowanie lepiej czułam się w męskim towarzystwie. Później mi to zostało. W facetach odpowiada mi taki męski konkret. Nie prowadzę rozważań na temat kosmetyków, zabiegów pielęgnacyjnych czy narzeczonych.

GALA: Nie zdarzają się Pani babskie spotkania?

ANITA WERNER: Zdarzają się, ale moje przyjaciółki to kobiety silne, niezależne, samodzielne, zdecydowane. I bardzo pracowite.

GALA: Trochę taki męski typ?

ANITA WERNER: Źle mi brzmi ten męski typ. One nie noszą wyciągniętych swetrów, glanów i bezkształtnych spodni. To piękne dziewczyny, bardzo atrakcyjne. Tyle tylko, że mają też tę pociągającą cechę, że wiedzą, czego chcą, i dążą do swoich celów. Nie wiszą na męskim ramieniu. A do tego nie zatracają kobiecości.

GALA: Wkurza się Pani, kiedy słyszy o sobie, że jest Pani zimna?

ANITA WERNER: Nie, bo tak mówią ci, którzy mnie nie znają. Pamiętam, jak kiedyś koledzy z miesięcznika „Maxim” stworzyli „Subiektywny ranking prezenterek telewizyjnych”. O mnie napisali: „Zimna jak luksusowa lodówka, jak narzeczona Klossa”. Bardzo się z tego uśmiałam, w tamtym kontekście to było miłe. Bliski mi mężczyzna powiedział mi kiedyś, że jak pierwszy raz zobaczył mnie w „Faktach”, to poszedł włożyć dres, bo mu się zrobiło zimno. Zawsze tłumaczyłam, że ja nie jestem w studiu po to, żeby się wdzięczyć, tylko żeby dobrze wykonać swoją robotę. Być z ludźmi profesjonalnie blisko. Ten mój zawodowy wizerunek ma się nijak do mnie prywatnej.

GALA: Co Pani lubi w prywatnej Anicie?

 

ANITA WERNER: Gdybym była swoją przyjaciółką, to lubiłabym opiekuńczość i ciepło. Jestem dla bliskich jak karetka pogotowia ratunkowego. Kiedy trzeba, przyjeżdżam na sygnale i ratuję. Potrafię wysłuchać, dodać otuchy. Staram się pamiętać o rzeczach ważnych dla osób dla mnie ważnych. Życie nauczyło mnie, że czas jest najlepszym prezentem, jaki można dać drugiej osobie. Bardzo dobrze wiem, że czas nie jest nieograniczony. Kiedyś się kończy... Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak kruche jest życie do momentu, kiedy sami nie doświadczą jakiejś tragedii. Własnej choroby albo utraty kogoś bliskiego...

GALA: Wydaje nam się, że tragedie są gdzieś obok...

ANITA WERNER: Na innej planecie, że nas nie dotyczą. Współczujemy ludziom chorym, wyobrażamy sobie, że wiemy, jak to jest. Ale kompletnie nie wiemy, jak to jest, póki tego nie doświadczymy.

GALA: Przeżyła Pani ciężką chorobę mamy, jej śmierć, ciężką chorobę ojca...

ANITA WERNER: Choroba Taty trwa już siedem lat. Tata wymaga stałej rehabilitacji, ale dajemy radę. Takie jest życie. Mój Tata, kiedy dochodził do siebie po trzecim, najcięższym udarze mózgu, powiedział: „Taka jest statystyka. Kogoś musi trafić”. Był bardzo dzielny. Podziwiam Tatę za ogromną siłę wewnętrzną i poczucie humoru, które na szczęście mu nie zgasło. W najtrudniejszych sytuacjach trzeba po prostu organizować życie tak, żeby wszystko działało.

GALA: A emocje? Co z nimi zrobić?

ANITA WERNER: Oczywiście, że są. Zdarzało mi się krzyczeć, płakać. Wcale się tego nie wstydzę. To ludzkie. Teraz wiem, że najlepiej mi robi na emocje pójście na dwie godziny na siłownię. Wtedy zapominam o wszystkim, co mnie stresuje. Bo mam emocje tak jak wszyscy wokół, choć czasami odnoszę wrażenie, że ludzie patrzą na mnie, jakbym była z innej planety. Myślą: „Pani z telewizji”, a ja mam takie same problemy, jak niektórzy z nich. Mierzę się z takimi samymi chorobami. Mam takie same zmartwienia i stresy związane ze zdrowiem moich rodziców. Już teraz jednego z nich...

GALA: Zaskoczyła Panią własna siła?

ANITA WERNER: Wypróbowałam ją po prostu. Już wiem, że w najcięższych sytuacjach potrafię działać. Jak taran prę do przodu. Jeżeli odbijam się od drzwi, to wchodzę oknem. Niemożliwe staje się możliwe. Taka byłam podczas choroby Mamy, Taty. Kiedy napotykałam jakiś mur, to tak długo w niego uderzałam, aż się rozbił. I dopiero wtedy wypływały emocje. Zdarzało się, że na koniec dnia jechałam samochodem i płakałam.

GALA: Po śmierci mamy ma Pani takie poczucie, że może zabrakło czasu na powiedzenie czegoś ważnego?

ANITA WERNER: O tym nic nie powiem. Pożegnałam się z Mamą w dniu moich 30. urodzin... Za wcześnie. To tyle na ten temat.

GALA: Zdecydowała się Pani na niezwykłą sesję zdjęciową do albumu „Pier(w)si w Polsce”.

ANITA WERNER: Zrobiłam to, by opowiedzieć historię choroby mojej Mamy. Historię, która, mam nadzieję, będzie z jednej strony przestrogą dla wielu kobiet, a z drugiej zachętą, żeby się badać. To był dla mnie sposób na rozliczenie się z Jej chorobą. A poza tym dochód ze sprzedaży albumu pomoże ratować życie wielu kobietom.

GALA: Mama coś zaniedbała? Jej historia nie musiała się tak skończyć?

ANITA WERNER: Nie, niczego nie zaniedbała. Sama znalazła guza w piersi, bardzo szybko Ją zoperowano, była pod stałą opieką lekarzy. Nagle, po niecałym roku, zaczęła mieć bardzo złe wyniki. Okazało się, że ma przerzuty do mózgu, kości i wątroby. Od tego momentu to już było powolne umieranie. Trwało trzy miesiące, z dnia na dzień było coraz gorzej. Pamiętam, jak odwiedziłam Ją w szpitalu i powiedziała: „Zobacz, ile tu jest młodych dziewczyn. Anitka, błagam cię, badaj się”. Te słowa wryły mi się w pamięć. Rak jest chorobą, która odziera człowieka z godności i człowieczeństwa. Patrzyłam na to, jak potrafi zmaltretować... Może dzięki historii mojej Mamy kilka kobiet pójdzie do lekarza i uratuje swoje zdrowie.

GALA: Nadal wiele osób bardzo boi się raka, myśli, że znaczy śmierć.

ANITA WERNER: A to nie musi być wyrok śmierci. Tylko nie wolno dać się zaskoczyć. Poznałam w klinice, gdzie leczyła się Mama, kobietę, która po wyleczeniu z raka została mamą, urodziła zdrowe dziecko.

GALA: Widzi Pani siebie za ileś lat z mężem, dziećmi?

ANITA WERNER: Nie zastanawiam się nad tym. Nie mam projekcji, że mieszkam w białym domku, mam męża, psa i dzieci. To też nie jest moja osobowość. Ale czuję, że najpiękniejszą rzeczą, jaka może spotkać kobietę, jest bycie mamą. Nie chcę, by mnie to ominęło.

GALA: Teraz jest Pani singielką? Ani słowa o moim prywatnym życiu (śmiech). Jest mi dobrze, i tyle. Zobaczymy, co przyniesie życie.

ANITA WERNER: Nie wyprzedza Pani czasu? Mój Tata ma taką nieznośną cechę planowania wszystkiego i strasznie mnie tym irytuje (śmiech). Dzwoni do mnie w czwartek i pyta, o której ma być gotowy w piątek następnego tygodnia, bo jedziemy do Łodzi. Mówię: „Tato, jest jeszcze siedem dni. Nie pytaj mnie, o której przyjadę, bo ja nawet nie wiem, czy my w ogóle pojedziemy”. A tata musi mieć wszystko zorganizowane. Ja żyję z dnia na dzień. Pakuję się godzinę przed wyjazdem. Owszem, zastanawiam się nad tym, co ma się zdarzyć następnego dnia, ale nie nad tym, co będzie kiedyś. To nie ma sensu. Dzień katastrofy smoleńskiej też był takim dniem, w którym to sobie mocno uświadomiłam.

GALA: Była Pani wtedy w pracy?

 

ANITA WERNER: Tak i od rana myślałam o pracy, działałam. Kolegium, burza mózgów, podział obowiązków. Zero emocji. Takie nakręcenie trzymało mnie do południa. A później przyszedł dół. Znałam bliżej kilka osób, które zginęły. Pomyślałam: „Ludzie wychodzą z domu i nie wracają. Zostawiają wszystko, jakby mieli być z powrotem za kilka godzin”. Jutra może nie być.

GALA: Gra Pani jeszcze na pianinie? Skończyła Pani szkołę muzyczną w klasie fortepianu.

ANITA WERNER: Dawno już nie grałam. Ostatnio byłam u znajomych i coś zagrałam. Przypomniałam sobie, jak zawzięcie kiedyś ćwiczyłam. Raz coś mi nie wyszło, zezłościłam się i uderzyłam w klawiaturę tak, że złamałam młoteczek, który stuka w strunę. A to był zabytkowy fortepian mojej babci. Było mi wstyd, ale to pokazuje też mój charakter. Zawsze byłam strasznie ambitna i uparta. Tak już mają zodiakalne Barany.