Marcinie, czy nadal sypiasz z Karoliną Malinowską?

Marcin Tyszka: Już nie. (śmiech) Sypiałem z Karoliną, bo miałem dużo jej zdjęć, którymi wytapetowałem sypialnię. Ale nastąpił przesyt i nie umieszczam już swoich fotografii w domu. Zostało tylko jedno zdjęcie Anji Rubik, zrobione w Meksyku pięć lat temu. To wtedy tak naprawdę się zaprzyjaźniliśmy.

A Ty, Anju, z kim sypiasz?

Anja Rubik: Zgadnij! (śmiech) W mojej sypialni nie ma niestety zdjęć Marcina. Ale jest dużo sztuki, którą Marcin mi poleca. Ma zaprzyjaźnionego marszanda, który kolekcjonuje sztukę hiszpańską, i zaraził mnie tą pasją. W mojej sypialni wisi litografia Antoniego Tàpiesa kupiona dzięki Marcinowi. Więc mam w sypialni nie samego Tyszkę, ale sztukę, którą kupiłam dzięki jego radom. Poza tym ja nie muszę mieć zdjęć Marcina. Ja po prostu mam go w sercu.

Marcin: Aż zaniemówiłem z wrażenia. (śmiech)

Co sobie nawzajem dajecie?

Marcin: Kiedyś dostałem od Anki bransoletkę, ale ją zgubiłem i teraz mi głupio…

Anja: Dobrze, że się przyznałeś, bo myślałam, że ci się nie podoba… Tak naprawdę nie musimy się obdarowywać prezentami, bo w zasadzie wszystko mamy. Dajemy sobie coś cenniejszego – czas. I uwagę.

I to właśnie nazywa się przyjaźń...

Marcin: Nie dzwonimy do siebie po kilka razy dziennie, ale wiem, że kiedy dzieje się coś poważnego, mogę na Anię liczyć. Choć nasza przyjaźń nie miała łatwego początku.

Anja: Marcin zrobił mi pierwszą w moim życiu sesję okładkową… Okropną.

Marcin: Aniu, ty zawsze używasz takich mocnych słów…

Anja: Ale ona była okropna!

Marcin: Jednak to ja zrobiłem ci, Aniu, twoją pierwszą okładkę w życiu!

Anja: Tak, ale była naprawdę potworna. Ostrzegam cię: jeśli będziesz ją wyciągał i pokazywał ludziom, to cię uduszę!

Marcin: To była jedna z moich pierwszych okładek. Zrobiłem ją dla „Urody”. Ale ciesz się, kochana, bo parę innych modelek odesłałem do domu.

Widzę, że kto się lubi, ten się czubi?

Marcin: Coś w tym jest. Na początku to nie była przyjaźń, lecz znajomość z pracy. Oboje uczyliśmy się wtedy profesjonalizmu. To było dobrych kilkanaście lat temu.

Anja: Byłeś wtedy bardzo wyniosły i traktowałeś mnie jak dziecko. Pamiętam, jak się na ciebie obraziłam, bo nie zauważyłeś mnie na lotnisku i nie powiedziałeś mi „cześć”!

Marcin: Dobrze, że robimy ten wywiad, bo mogę dowiedzieć się ciekawych rzeczy. (śmiech) Ja cię pewnie po prostu nie zauważyłem.

Anja: A ja pomyślałam, że jesteś nie-złym bufonem...

Marcin: Swoją drogą… może jestem bufonem? (śmiech)

Oj, nie zanosiło się na to, że zostaniecie przyjaciółmi…

Marcin: To prawda. Zaczęliśmy się le-piej poznawać dopiero pięć lat temu, podczas wyjazdu do Meksyku. Polecieliśmy tam robić sesję do kalendarza D’Vision, do twojego, Aniu, ulubionego hotelu, w którym nie ma klimatyzacji. Czułem się tam fatalnie! Wszyscy liczyli na to, że zrobimy szybko zdjęcia i będziemy mogli sobie wypocząć na bajkowych plażach karaibskich. A ja, przyleciawszy tam, dowiedziałem się, że mam pracę w Paryżu – okładkę „Harper’s Bazaar” z Isabeli Fontaną, czyli inną top modelką. Wpadłem tam na kilka godzin, bo nie można Ani odmawiać. Leciałem do niej 20 godzin czterema samolotami. Na drugi dzień, bez snu, pracowałem z Anią, potem wracałem na lotnisko, cały w piasku, żeby lecieć całą noc, jakąś dziwną linią lotniczą, przez Ciudad de México do Paryża. W Paryżu wylądowałem o 9.30. O 10.00 zaczynała się sesja. Byłem kompletnie wyczerpany. Po sesji padłem i spałem dwa dni. Ale warto było. Bo Meksyk to był niesamowity wyjazd. Wszyscy się ze mnie śmiali, bo przez pięć godzin sesji strasznie się spiekłem na słońcu i chodziłem opatulony w jakieś chusty i posmarowany grubo kremem. Ania z Sashą (Sasha Knezević jest mężem Anji od 2011 roku – przyp. red.) mówili, że wyglądam jak gejsza. A ponieważ wtedy ważyłem z 10 kilogramów więcej, więc byłem taką otyłą gejszą.

Anja: I to jest właśnie to, za co uwielbiam Marcina! On ma bardzo duży dystans do siebie. Nasze rozmowy polegają głównie na tym, że sobie nawzajem docinamy.

Anju, a miewasz z Marcinem jakieś inne kłopoty na sesjach?

Anja: Oczywiście. (śmiech) Tyszka należy do fotografów, którzy dla zdjęcia zrobią wszystko. Jest uparty. Poza tym sprzeczamy się na sesjach, bo on uwielbia okropną muzykę. Na iPodzie ma jakieś przeboje z lat 90. Puszcza na przykład Iglesiasa na zmianę z Britney Spears. Naprawdę, Marcin, masz okropny gust muzyczny!

Marcin: A ty ciągle włączasz jakąś melodeklamację. Jak można pracować, kiedy jakaś pani przez 15 minut mówi monotonnie do rytmu? To jest nie do zniesienia!

Anja: A ty puszczasz jakiś kicz latynoski. Brrrr! (śmiech)

Psychologowie twierdzą, że decyzja, czy się z kimś zaprzyjaźnisz, czy nie, zapada w ciągu pierwszych 10 minut znajomości. Marcinie, pamiętasz te pierwsze 10 minut z Anją?

Marcin: Anka, kiedy ją poznałem, była zupełnie inną osobą. Była dzieckiem – miała 14 lat, ja miałem 21. To jest jednak duża różnica.

Anja: A ja pamiętam, że się Marcina po prostu bałam. Czułam przed nim respekt. Onieśmielał mnie. Był dla mnie „starszym panem”.

Marcinie, opisz tę 14-letnią Anję. Co sobie o niej myślałeś?

Marcin: To była po prostu bardzo ambitna dziewczynka, która chciała być modelką. Spotykaliśmy się w pracy co jakiś czas. Jedne sesje były fajniejsze, inne gorsze. Czułem, że jest świetna, ale nie wiedziałem, że osiągnie aż taki sukces. Anka wchodziła po tych szczeblach kariery coraz wyżej i wyżej, aż stała się gwiazdą. A ja też powoli zaczynałem robić swoje prace na takim poziomie, że mogłem wreszcie zaproponować jej coś takiego, co ją mogło interesować.

 

Więc od kiedy tak naprawdę zaczęła się Wasza przyjaźń?

Anja: Nasza przyjaźń zaczęła się w bardzo naturalny sposób. I myślę, że takie właśnie przyjaźnie są najważniejsze. Nie musieliśmy nad nią jakoś strasznie pracować, ale na pewno ją pielęgnujemy. Pielęgnujemy ją tak jak ty, Marcin, swoje kwiaty…

Marcin: A wiesz, że moje kwiaty ostatnio pielęgnuje Tata – bo ja ciągle wyjeżdżam. Dzięki mnie stał się specjalistą od tropikalnej botaniki i ostatnio nawet walczy z wełnowcem na strelicji!

Anja: Rozumiem, że to jakaś choroba kwiatów?

Marcin: Tak. Wymaga oprysków. Więc robi je dla relaksu. (śmiech) Ale wracając do naszych początków, to tak naprawdę tę naszą znajomość skonsolidował kontrakt z Apartem. Apart podpisał umowę z Anią, a ona chciała pracować ze mną. To było dla nas obojga bardzo kreatywne wyzwanie, bo to jednak jest bardzo intensywna, ciężka praca. Ale to także praca, w której mamy coś do powiedzenia, możemy dorzucić swoje wizje. Pewnie byłem zmorą ekipy Apartu, bo zawsze starałem się przeforsować nasze pomysły. Ale te sesje sprawiły, że się lepiej poznaliśmy i zaczęła rodzić się między nami przyjaźń. Myślę, że każda kobieta w tym kraju zazdrości Ani kontraktu z Apartem, bo to jest i pieniądz, i prestiż, i piękne zdjęcia. Kto nie chciałby reklamować brylantów? (śmiech)

Anja: Masz rację, sesja dla Apartu, którą robiliśmy w Australii, była trudna. Bo pogoda była okropna: tylko burze i ulewy. Ale na przekór wszystkiemu od tego czasu zaczął się nasz bardzo fajny kontakt. I jest jeszcze jedna rzecz, bardzo ważna, którą zyskaliśmy dzięki kontraktowi z Apartem. Otóż nieoczekiwanie bardzo zaprzyjaźnili się nasi rodzice.

Marcin: Tak! Wyswataliśmy ich podczas ostatniej sesji w Barcelonie! Moi rodzice mówią po hiszpańsku, więc liczyliśmy na to, że pokażą miasto rodzicom Ani. Mama się cieszyła, że w końcu spędzimy razem trochę czasu, a rodzice Anki z nią. A tam było 40 stopni, robiliśmy zdjęcia w jakimś pałacu bez wentylacji. Anka w zimowych wieczorowych sukniach, Sasha w smokingu, cały mokry. Ja byłem prawie nieprzytomny. Po prostu hardcore! Kończyliśmy zdjęcia o 22.00, przepoceni, a rodzice non stop imprezowali razem. Oni mieli superwakacje. A my padaliśmy. (śmiech) I tak się do siebie zbliżyli, że teraz ja nie muszę rozmawiać z Anką, bo dzwoni do mnie moja mama i mówi: „Słuchaj, dzwoniła Ewa, mama Ani, Anka jest tu i tu. I Ania jej powiedziała, że podobno w Paryżu byłeś brzydko ubrany”. (śmiech) Więc Anka nawet nie musi mi takich rzeczy mówić, wystarczy, że wspomni swojej mamie. (śmiech) Nasi rodzice teraz umawiają się na wspólne wakacje.

Anja: Uważam, że jego rodzice są niesamowici! Są starsi od moich, a mają tyle energii! To wpływa bardzo pozytywnie na moich rodziców. I jedni, i drudzy są w trochę podobnej sytuacji: chwalą się nawzajem swoimi dziećmi i przeżywają, jeśli wydarzy się coś złego. Nasze mamy wiedzą, przez co przechodzimy.

Chyba i jedni, i drudzy są z Was dumni?

Marcin: Na pewno. Teraz mama nauczyła się korzystać z internetu, umie pisać maile, bo zapisała się na uniwersytet trzeciego wieku i jest studentką. No i nieustannie mnie zaskakuje, bo na przykład wysyła mi zaproszenie na Facebooka. Natomiast mama Ani pisze do mnie maile: „Tylko nie mów Ance, ale to i tamto…”.

Anja: No nie, czego ja się dowiaduję!

Więc spotkaliście się tak naprawdę i zaprzyjaźniliście już jako ukształtowane osoby.

Marcin: Tak. Anka bardzo się zmienia. Jest inną osobą, niż była lata temu. Ania po prostu z supermodelki staje się ikoną, osobowością. Otworzyła swój „25 Magazine”, który jest fantastyczny, bardzo kreatywny i dla którego pracują najlepsi ludzie na świecie. Ale to był ryzykowny krok. Nie jest to takie łatwe, bo ludzie ze świata mody niekoniecznie chcą patrzeć na modelkę jako na swoją konkurencję. Więc decydując się na to, zaryzykowała dość dużo. Nagle przestała być osobą zabukowaną do sesji, tylko tą, która sama bukuje. Rozumiem ją dobrze, bo miałem taki moment, kiedy byłem fotografem mody, a jeszcze pracowałem w telewizji, w „5-10-15”. Chodziłem na castingi do reklam i zazwyczaj wszystkie wygrywałem. (śmiech) Robiłem prawie wszystkie kampanie w tym kraju: byłem twarzą pizzy Bambola, Chio Chips, Sony. I nagle, kiedy zacząłem fotografować, musiałem zdecydować, czy jestem z tej strony barykady, czy z tamtej. Bo nie możesz robić zdjęć i jednocześnie uczestniczyć w castingu jako aktor.

Miałeś, Marcinie, trudne momenty, w których Anja Ci pomogła? Przyjaźń często wymaga takiej chwili prawdy.

Marcin: Ja w ogóle staram się nikogo o nic nie prosić w sprawach zawodowych. Anka zawsze sama wychodziła z inicjatywą. Mówiła: „To, co robisz, jest genialne, ktoś tam musi to zobaczyć”. A ma przecież do czynienia z wieloma talentami.

Bywają na poziomie osobistym takie momenty, kiedy chcesz do niej zadzwonić i pogadać?

Marcin: Ja tego nie oczekuję. Wychowałem się sam, jestem jedynakiem. Nie należę do osób, które potrzebują się zwierzać. W tym świecie w ogóle te relacje są trochę inne i przyjaźnie wyglądają inaczej. Każdy lata po świecie, dziś jesteś na Tahiti, jutro w Australii. Musisz dawać innym dużo przestrzeni, bo wiesz, że każdy ma wiele stresów. Ale wydaje mi się, że gdyby była taka sytuacja, że naprawdę potrzebowałbym pomocy, na pewno użyłaby wszystkich swoich kontaktów.

A kiedy Ty pomogłeś Anji?

Marcin: Na przykład zorganizowałem jej wakacje, bo akurat w tym jestem dobry. (śmiech) Mógłbym otworzyć swoje biuro podróży. Poza tym jak Ania otwierała swój „25 Magazine” i nikt nie wiedział, co to będzie, kiedy poprosiła mnie, żebym z nią pracował, to w ogóle się nie zastanawiałem. Zostałem w Paryżu, zmobilizowałem wszystkich swoich znajomych. I zrobiliśmy niesamowite rzeczy. To był megasukces.

Anja: To prawda, ale przyjaźń według mnie polega także na tym, że mówię Marcinowi trudne rzeczy. Bo nikt inny mu tego nie powie. Czuję się odpowiedzialna za jego sesje, nawet jeśli nie są to sesje ze mną. Myślę, że to bardzo istotny element naszej przyjaźni. Ja sama pochwały słyszę na co dzień, a wolę się czasem czegoś nauczyć dzięki konstruktywnej krytyce.

Marcin: No i jak już skrytykujesz i napiszesz w mailu: „To jest okropne” ze 100 wykrzyknikami, to ja później chodzę przez tydzień i zastanawiam się, że może faktycznie Ania ma rację, tylko… o które zdjęcia chodzi? (śmiech) Ania jest bowiem osobą, która pisze najkrótsze maile na świecie i czasem trudno nadążyć za jej skrótami myślowymi.

Anja: Oczywiście, że mam rację! (śmiech)

Czego się, Marcinie, uczysz od Anji?

Marcin: Pokonywania swoich ograniczeń. Strasznie boję się Stanów. Mogę lecieć do Paryża, Londynu, Bombaju, ale Nowego Jorku unikam.

Anja: Ciągnę go do Ameryki za uszy! Zobaczysz, kiedyś sama cię wsadzę do samolotu! Jeśli jesteś królem w Nowym Jorku, jesteś królem na całym świecie.

Marcin: To jeszcze przede mną. Psychicznie blokują mnie Stany. Paryż i Londyn znam już 20 lat. Mam tam swoich znajomych, ulubione knajpy, ulubiony hotel, gdzie traktują mnie jak w domu. Poza tym ja strasznie nie lubię amerykańskiej kultury. Nie lubię tego, że tam po pięciu minutach wszyscy są twoimi best friends, uśmiechają się i nigdy nie powiedzą ci szczerze, co myślą. Wolę już krnąbrnych i aroganckich Francuzów.

Anja: Ale wyzwania są konieczne. Nie można stać w miejscu!

Marcin: Nowy Jork to taka otchłań, którą muszę oswoić. I na to trzeba się przygotować – poza tym trudno rzucić Europę, gdzie non stop mam zlecenia dla coraz większych klientów. Ale oficjalnie obiecuję, że w tym roku się do NYC wybiorę. Nawet konsul w ambasadzie amerykańskiej się śmiał, gdy odbierałem wizę dla VIP-ów po pół roku – że nie spieszy mi się do ich kraju.

 

Przyjaźń trzeba pielęgnować. Trochę jak kwiaty. Marcinie, do jakiego kwiatu porównałbyś Anję?

Anja: Pewnie porównasz mnie do orchidei albo narcyza. (śmiech)

Marcin: Tak. Ty jesteś jak orchidea. Chłodna perfekcja. I trudna.

Anja: Jak to trudna?!

Marcin: Wymagasz skupienia, profesjonalizmu. Dlatego pracujesz z największymi tego świata. Kiedy opowiadasz historie o swojej codzienności, to mi szczęka opada. To, że na twojej imprezie na Halloween bawi się prywatnie Beyoncé z Kanye Westem, przebrana za pszczołę – to robi na mnie wrażenie. Gdybyś była tylko ładną twarzą, na pewno nikt by się z tobą tak nie przyjaźnił. I oczywiście, choć mnie na tę imprezę zaprosiłaś – nie przyjechałem…

Anja: Bo była w NY, więc znowu zdezerterowałeś! Ale ja myślę, że wymieniłeś orchidee, bo jak wiadomo, kolekcjonujesz je i uwielbiasz. I wiadomo, że uwielbiasz też mnie… (śmiech) I muszę ci powiedzieć, że bardzo mi tą wiedzą imponujesz. Moja mama, która jest lekarzem weterynarii, też uwielbia botanikę, zna wszystkie łacińskie nazwy kwiatów i drzew. A ja jestem w tym kompletną nogą. Myślę, że dobrze mieć pasję oprócz pracy, bo to bardzo rozwija człowieka.

Czy Ty, Anju, masz jakąś swoją ukrytą pasję?

Anja: Moją ogromną pasją jest nurkowanie. Nurkuję od 15. roku życia, więc mam za sobą sporą liczbę zejść pod wodę. Pasjonuję się też rekinami.

Rekinami finansjery?

Anja: (śmiech) Nie, prawdziwymi rekinami, które – jak zawsze żartuję – mają bardzo zły PR. I trzeba to zmienić.

Marcin: Zakażesz oglądania filmu „Szczęki”? (śmiech)

Anja: Tak. (śmiech) A tak serio, jest bardzo dużo mitów na ich temat. Prawda, to są niebezpieczne zwierzęta, ale jednak to my wchodzimy do ich środowiska, prowokujemy je. Przestają być niebezpieczne, gdy przestrzega się pewnych reguł. Często wyjeżdżam na nurkowanie z rekinami, oczywiście w specjalnych miejscach i o specjalnych porach. Ostatnio byłam na Malediwach. Warunki do nurkowania są tam dość ciężkie, bo prąd jest bardzo silny. Ale widziałam tam, jak rekiny leżą z otwartymi szczękami, do których wpływają małe rybki i czyszczą im zęby, tak jak ptaszki krokodylom.

I Ty, taka krucha, pływałaś między nimi?!

Anja: Do paszczy nie wpływałam, ale obserwowałam cały ten proces. (śmiech) Miałam też szczęście widzieć rekina wielorybiego. To największy z rekinów, jakie istnieją. Żarłacza białego jeszcze nie widziałam, ale rekiny młoty owszem.

Co Cię w tych rekinach pociąga?

Anja: Są niesamowicie eleganckimi zwierzętami. Poza tym, kiedy jesteś w ich pobliżu, masz taki nieprawdopodobny skok adrenaliny, bo wiesz, że wszystko może się zdarzyć. Pozostaję w wodzie na ich warunkach: to ja jestem ich gościem. Mnie to bardzo kręci. Rekiny są wytworne i silne. To jedne z najstarszych zwierząt na naszej planecie. Ostatnio po sesji Apartu, która odbyła się w Australii,  zostałam kilka tygodni dłużej, żeby ponurkować. Pojechaliśmy razem z Sashą na wyspę przy rafie koralowej i tam poznaliśmy ekipę, która pracuje dla austriackiej edycji „National Geographic”. „Podczepiliśmy się” do tej wyprawy. To było jedno z moich najpiękniejszych nurkowań w słynnym Cod Hole.

A co Ty, Marcinie, myślisz o słabości Anji do rekinów?

Marcin: Moim zdaniem, Aniu, oszalałaś! To takie niebezpieczne. Nie chcę o tym słuchać! Ja stanowczo lepiej się czuję na ziemi. A z rekinów… wybieram żółwie. (śmiech) Myślę, że moje życie daje mi wystarczająco dużo adrenaliny. Poza tym dostaję klaustrofobii, nawet gdy wsadzę pod wodę głowę z rurką. Jak ja byłem na Malediwach, non stop lało, więc siedziałem po kolana w wodzie z maską i rurką, i karmiłem młode rybki. Dla mnie to było aż za dużo adrenaliny!

Anja: Mnie ciągnie do natury, a ty jesteś rozpuszczony, lubisz swoje wygody, więc cię to kompletnie nie kręci. (śmiech)

Marcin: Wcale nie! Kiedyś chciałem sobie udowodnić, jaki jestem twardy, i wybrałem się na trzymiesięczną wyprawę po Afryce Zachodniej – Gambia, Ghana, Wybrzeże Kości Słoniowej, Nigeria. Ale rzeczywiście, dość szybko zacząłem odliczać dni, kiedy będę mógł wrócić do Europy (śmiech).

Marcinie, co dla Ciebie jest trudne w relacji z Anją? Czy ona ma naturę rekina?

Marcin: (śmiech) Nie widzę niczego takiego. Ania podobnie jak ja żyje w ogromnym napięciu, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby w pracy kiedykolwiek zachowała się nieprofesjonalnie. Nigdy nie dała poznać po sobie podczas sesji, że jest zmęczona. Myślę, że Sasha ją bardzo dobrze tonuje. Ma takie pozytywne podejście do życia, takie bardzo na luzie. Jest przeciwieństwem Anki. Zresztą kiedy się poznali, wiele osób myślało, że to niedobrze, bo Sasha to taki…

…niebieski ptak?

Marcin: Tak, taki playboy Nowego Jorku, za którym wszystkie kobiety szaleją. Ja już słyszałem o nim od innych koleżanek modelek.

Anja: Dopiero teraz mi o tym mówisz?!

Marcin: To chyba dobrze, że teraz ci to mówię. (śmiech) On rzeczywiście ma w sobie coś niesamowitego, jest po prostu atrakcyjnym, fajnym facetem, takim do życia. Ale okazało się, że Polki górą, bo jak poznał Ankę, to się bardzo ustatkował.

Anja: Na pewno bardzo mnie zmienił związek z Sashą. On ma na mnie pozytywny wpływ. Sasha chce latać, a ja go ściągam na ziemię, i na odwrót, on mnie trochę unosi. Uczymy się od siebie nawzajem. Jest dla mnie bardzo ważny.

A czy Marcin jest zazdrosny o Sashę?

Anja: Jest między nimi konkurencja o uwagę przy stole. (śmiech) Ale Sasha bardzo lubi Tyszkę i wydaje mi się, że się przyjaźnią. Strasznie sobie nawzajem dokuczają. (śmiech)

Tak jak Wy. Podobno zabieracie sobie ubrania?

Anja: Marcin ma koszulę, którą mu chyba kiedyś ukradnę. To Gucci sprzed wielu sezonów. Uwielbiam ją. Podobno przynosi ci ona, Marcin, szczęście. Ale dopiero odkąd ja zaczęłam cię w niej podziwiać!

Marcin: To Gucci sprzed 20 lat! Anka, kiedy ją widzi, umiera z zazdrości, proponuje wszystko, co można za nią. Ale mam w niej największe powodzenie, więc nigdy jej nie oddam!

 

Świat mody ciągle się zmienia. Gdzie szukacie czegoś trwałego?

Marcin: To na pewno rodzina, rodzice. Dlatego bardzo się cieszę, że mogę teraz zabierać ich w podróże i pokazywać im ten mój „highlife’owy” świat. (śmiech) Zabierać mamę na pokazy do Paryża. Szczerze mówiąc, niewielu ludzi zna mnie takiego, jakim jestem. Może na co dzień bywam kolorowy, ale tak naprawdę jestem bardzo zamknięty w sobie. Dostęp do mnie, do środka, ma niewiele osób. Moje zachowanie w Paryżu czy Madrycie jest zupełnie inne niż w Warszawie, gdzie mnie rozpoznają na ulicy. Tam jestem po prostu fotografem mody. Ale mogę uczciwie powiedzieć, że stałe w moim życiu są przyjaźnie. Jednym z moich najlepszych przyjaciół jest bardzo znany paryski dziennikarz. Poznałem go 18 lat temu. Nie rozmawiamy ze sobą codziennie, nie wysyłamy sobie SMS-ów, ale kiedy dzwonię do niego i mówię: „Jestem w Paryżu, mam kiepski dzień”, on odpowiada: „Dobra, spotykamy się w takim razie tu i tu”. A jak jest za późno, to idziemy na stację benzynową, kupujemy butelkę wina i siadamy gdzieś na ulicy i gadamy. On chyba wie o mnie najwięcej ze wszystkich. To taka osoba, która kiedy dzwonisz, nie pyta, dlaczego długo się nie odzywałeś, tylko mówi: „OK, dzisiaj mam kolację, ale widzimy się o 1.00 w nocy w parku”. Taką osobą na pewno jest też Dawid (Woliński – przyp. red.). Rozmawiamy od wielkiego dzwonu, ale w bardzo ważnych momentach naszego życia zawsze jesteśmy przy sobie. Wiem o nim więcej, niż on sam, więc nawet kiedy mówi, że wszystko jest super, od razu wiem, że mi coś ściemnia. Anka też wie, że może mi w takich sprawach zaufać.

Anja: Ja też mam trwałe relacje w tym zmiennym świecie mody, choć trudno się ze mną przyjaźnić ze względu na moje podróże i napięty grafik. Ale mam trzy przyjaciółki – takie od serca. Jedna jest fotografką, druga makijażystką, a trzecia – nauczycielką jogi i kompletnie nie interesują się modą. W dzieciństwie przez to, że moi rodzice często wyjeżdżali, nie miałam jednej bliskiej przyjaciółki. Zresztą nigdy nie miałam za dużo koleżanek, bo nie lubię obgadywania. To strata czasu. Zawsze więcej przebywałam z chłopakami niż z dziewczynami. A w wieku 15 lat wyjechałam do Paryża. Mam tam jednego znajomego, z którym do tej pory się przyjaźnię. Czyli to już 15 lat! Poza tym jestem jak Marcin, dosyć skryta. Ale uważam się za osobę bardzo lojalną, jeżeli już się z kimś przyjaźnię, to jest to prawdziwa przyjaźń.

Szukam innych Waszych wspólnych cech. Oboje jesteście obywatelami świata…

Marcin: Dla mnie wyjazdy do innych krajów to tak, jakbym otwierał szufladkę. Siedzę sobie w niej, a gdy wyjeżdżam, zamykam ją i otwieram szufladkę pod tytułem „Paryż”. Po czym po pół roku wracam do Madrytu i wydaje mi się, że w tej szufladce wszystko będzie leżało tak, jak to zostawiłem, ale tam już są zmiany. Hiszpanie robią straszne problemy: „Dlaczego nie dzwoniłeś, nie pisałeś?”. A ja nie piszę maili, nie składam życzeń urodzinowych, nie cierpię takich rzeczy.

Straciliście wielu przyjaciół przez sukces?

Marcin: Tak, bo jest megazawiść. U Ani fajne jest to, że ona tego kompletnie nie ma. Anka w ogóle nie jest zawistna. Jest natomiast chorobliwie ambitna. Ona nie ma w sobie tej chorej polskiej zawiści: „tobie zabiorę, żeby się lepiej poczuć”. Ja tego też nie mam. Kiedy ktoś odnosi sukces, myślę, że to super, że ja też tak chcę. Ale to po prostu mobilizuje mnie do trzy razy cięższej pracy, a nie do podstawiania komuś nogi.

Anja: Myślę, że mnie i Marcina zbliżyło to, że oboje wiemy, ile kosztuje sukces. Sukces powoduje, że nagle pojawiają się ludzie, którzy chcą być moimi przyjaciółmi z niezbyt szczerych powodów. I trzeba się nauczyć to zauważać i jakoś sobie z tym radzić. To jest dla mnie spory problem. Sukces to dobry sprawdzian, czy ktoś jest naprawdę twoim przyjacielem. Bo często wyzwala u innych kompleksy. Poza tym ludzie czasem obawiają się podejść i zaprzyjaźnić, czy choćby tylko porozmawiać. Sukces w moim przypadku wywołuje u mężczyzn ogromny strach. (śmiech) Mężczyźni bardzo się mnie boją.

Marcin: Poza mną i Sashą!

Anja: Skoro już rozmawiamy o cenie za sukces, to i ja, i Marcin wiemy dobrze, że w naszym zawodzie są wzloty i upadki. Chciałabym lepiej sobie z tym radzić. Moja kariera rozwija się bardzo dobrze, więc nie powinnam na to narzekać, ale zawsze są jakieś małe niepowodzenia, które wyprowadzają mnie z równowagi. Chciałabym nie koncentrować się na nich, a bardziej na tej pozytywnej stronie. Poza tym, mimo że zostałam wychowana za granicą, jestem Polką. A Polacy mają jednak takie pesymistyczne podejście: szklanka zawsze jest do połowy pusta, a nie do połowy pełna. Zawsze łatwiej dostrzegamy te złe rzeczy, niż te dobre. Nad tym też pracuję.

Marcin: Myślę, że w tym przypadku również Sasha ciężko pracuje nad tobą, bo z pewnością na niego najpierw spadają wszystkie twoje stresy. Ale dla Sashy szklanka nie jest pełna do połowy. Ona zawsze jest peeeełna!

Marcinie, mówisz otwarcie, ile zawdzięczasz Anji. To chyba dobra podwalina przyjaźni, bo ludzie raczej nie lubią przyznawać się do tego, jak wiele zawdzięczają innym.

Marcin: Koło fortuny tak się toczy, że raz ty pomagasz, raz inni tobie. Dlatego gdy sam widzę, że ktoś ma talent, chętnie podam pomocną dłoń . Kiedy zaczynałem z 19 lat temu w Hiszpanii, robiłem sesję dla „Ragazzy”, małego pisemka dla nastolatek. Byłem bardzo podniecony, bo to moje pierwsze sesje w Madrycie. I nagle okazało się, że naczelna tej „Ragazzy” odeszła i po dwóch miesiącach została naczelną hiszpańskiego „Vogue’a”. Wydawałoby się, że to niemożliwe, ale ją wzięto. I po pół roku zacząłem pracować dla „Vogue’a”.

Tak sobie myślę, że dla wielu osób ta Wasza ciężka praca brzmi jak permanentna balanga.

Marcin: To jest ciężka praca. I stres. Nigdy nie wiesz, gdzie kto się znajdzie za pół roku. To uczy pokory i szacunku. Nigdy nie możesz spocząć na laurach i zachowywać się, jakbyś był bogiem. Jest milion ludzi, którzy chcą cię z tego poziomu strącić. Ania ma tak samo, albo jeszcze mocniej, bo ona wie, że na jej miejsce znajdzie się tysiąc modelek, które dadzą się pokroić, żeby robić to, co ona. Jesteś tu, gdzie jesteś, zapraszają cię na supergale, latasz pierwszą klasą, mieszkasz w najpiękniejszym hotelu, ale tylko dlatego, że jesteś tu, gdzie jesteś. A jak cię tam nie będzie, to już nikt cię nie zaprosi.

Anja: Moja pozycja w modzie jest dość silna i nie sądzę, abym tak z dnia na dzień zniknęła. Chociaż nigdy nie wiadomo...

Marcin: Gdy mam za dużo tej niepewności i stresów „wielkiego świata”, wracam do Warszawy i pracuję przy „Top Model. Zostań modelką”. To jest superczas, gdy mogę spać przez miesiąc w swoim domu, swoim łóżku, to megaluksus. Poza tym te wszystkie osoby ze świata mody, które wydają się takie dziwne i powierzchowne, też są ludźmi. Często bardzo nieszczęśliwymi i samotnymi.

Jesteście dziećmi sukcesu, naszym „towarem eksportowym”. Czym jest ten Wasz sukces?

Marcin: Mój sukces sprawił, że poczułem się wolnym człowiekiem. Sukcesem jest też to, że zawsze mogę żyć w zgodzie z samym sobą, w 100 procentach. I to jakoś popłaca. Chociaż wiele kontaktów spaliłem, bo nie jestem dyplomatą i mówię to, co myślę. Wiele osób mnie nie trawi, ale jest też duża grupa ludzi, którzy mi zaufali, uwierzyli we mnie. Sukces to jest też taki spokój. Mam teraz 37 lat i jestem kowalem własnego losu.

Anja: A ja za swój sukces uważam to, że się zmieniam wewnętrznie. Zauważyłam, że ostatnio mój stosunek do pracy, stresu, konkurencji się zmienia. Idę w kierunku większego spokoju wewnętrznego, większej pewności siebie, wiary w swoje decyzje. Jestem zodiakalnym Bliźniakiem, więc wciąż walczę ze sobą, mam zawsze dwie opinie na jeden temat. Lubię coś, ale i nie lubię, chcę coś zrobić i nie chcę. Cały czas walczę z tą moją trudną naturą. A teraz widzę, że zaczynam się bardziej tym bawić, niż walczyć z tym. Myślę, że w ogóle siła człowieka bierze się z samoakceptacji.

To na koniec powiedzcie, jaka jest Wasza definicja przyjaźni?

Marcin: Przyjaźń? To bardzo proste: kiedy na myśl o danym człowieku po prostu się uśmiechasz.

Ania: I my tak mamy! Nie mogę się nie uśmiechać, kiedy patrzę na ciebie, Marcin... (śmiech)

Marcin: Najgorsze jest to, że Anka zazwyczaj nie śmieje się „ze mną”, tylko „ze mnie”!!!