Anju, za Tobą kolejny rewelacyjny rok. Widziałam zdjęcia z premiery najnowszego numeru Twojego „25 Magazine” – były tam najważniejsze nazwiska w  branży: fotografowie, styliści, modelki, gwiazdy. Przyszli, bo to Twoi przyjaciele. A pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy przeprowadziłaś się do Nowego Jorku, mówiłaś mi, że trudno Ci się było przebić, bo Twój typ urody nie podobał się Annie Wintour. Twierdziła wtedy, że jesteś zbyt seksowna. Czy dzisiaj już Cię lubi?

Z Anną Wintour mam specyficzną relację. Rzeczywiście na początku była do mnie uprzedzona, ale dziś wiem, że ma dla mnie dużo szacunku i bardzo mnie lubi. Śledzi to, co robię, ma wszystkie wydania mojego „25 Magazine”. A ja przyjaźnię się z jej prawą ręką Markiem Holgate’em.

Dziś, na tym etapie Twojej kariery, jej sympatia właściwie już nie jest Ci do niczego potrzebna.

Nie, nie jest. (śmiech)

Ale 10 lat temu to było być albo nie być dla modelki. Ty zrobiłaś gigantyczną karierę w tej branży. Po drodze zyskując sobie uznanie wszystkich najlepszych fotografów, stylistów, projektantów.

Chociaż muszę przyznać, że na to, żeby zaskarbić sobie sympatię niektórych, długo czekałam. Na przykład z wybitnym fotografem Mariem Sorrentim zaczęłam współpracować dopiero jakieś półtora roku temu. Ale od tego czasu pracujemy razem bardzo regularnie i się przyjaźnimy.

Dzisiaj masz już taką pozycję, że to Ty możesz pomóc komuś zaistnieć. Jesteś wpływową osobą w tej branży. Masz własny magazyn modowy, dla którego pracują najlepsi fotografowie, modelki, styliści.

Myślę, że ja mogę pomóc bardziej młodemu projektantowi niż modelce, bo na karierę modelki wpływa jeszcze cała masa innych czynników. Chociaż jest taka modelka Hana, osobiście nawet jej nie poznałam, ale zobaczyłam jej zdjęcie, które bardzo mi się podobało, więc poleciłam ją Hediemu Slimane’owi do sesji. I w tej chwili idzie jej naprawdę nieźle. Marcin Tyszka też zrobił z nią ostatnio sesję do portugalskiego „Vogue’a”.

A jeśli chodzi o projektantów, to z pewnością sporo pomogłaś Anthony’emu Vaccarello. Magazyny takie jak „Vogue” czy „Harper’s Bazaar” nieraz zaliczały Cię do grona najlepiej ubranych na świecie gwiazd. Wyobrażam sobie, że jeśli założysz sukienkę od początkującego designera, to wiele osób dzięki temu zwraca na niego uwagę.

Rzeczywiście tak było z sukienką, którą zaprojektował dla mnie Anthony na Met Galę. Kreacja bardzo się podobała, ale nie spodziewałam się, że wywoła taki szum. Ale jak się już jest zaproszonym na Met Galę, czyli najważniejsze wydarzenie modowe na świecie, organizowane przez „Vogue’a” i Annę Wintour, to ona przydziela projektanta, z którym masz przyjść i który szyje ci suknię.

Nie miałam pojęcia, że Anna Wintour akceptuje to, w co kto się ubierze!

Oczywiście! Musi zaakceptować projekt kreacji, a nawet osobę towarzyszącą, z którą przychodzisz. Wtedy, kiedy założyłam sukienkę od Anthony’ego, mogłam sobie wybrać projektanta. I zadzwoniłam do niego. Ale wcześniej musiała pójść prośba do „Vogue’a” o akceptację, czy to może być ten projektant.

Musiałaś wysłać zdjęcie kreacji?

Nie, ale musiałam zgłosić kolor. Nie mogła być czarna. Więc zdecydowałam się na biel. Zrobiliśmy kilka projektów, jeden zaakceptowałam.

To był już Twój piąty bal z kolei. Zaproszenie na niego to takie bardzo namacalne potwierdzenie Twojej pozycji w świecie mody.

Na pewno. Wcześniej byłam tam między innymi z Matthew Williamsonem i z Balmain.

W tym roku też miałaś suknię od Anthony’ego Vaccarello. Suknię z tej samej kolekcji założyła też Gisele Bündchen. Dzięki Tobie ludzie zaczęli kojarzyć nazwisko tego projektanta. Stał się modny.

Rzeczywiście. Ta sytuacja uświadomiła mi, że faktycznie mogę komuś pomóc zaistnieć.

Masz jeszcze jakieś cele, które możesz osiągnąć jako modelka? Czy Ty właściwie już w tej branży możesz tylko utrzymywać poziom, bo wyżej już się nie da wejść?

Najtrudniejsze jest właśnie utrzymać ten poziom, żeby ciągle pracować z tymi samymi najlepszymi osobami w branży. Chociaż rzeczywiście nie muszę już nic nikomu udowadniać. Jestem teraz w dosyć wygodnej sytuacji, bo wszyscy mnie znają. Ale oczywiście mam jeszcze kilka pomysłów, kilka projektów, które chciałabym zrealizować.

Swoją pozycję osiągnęłaś bez żadnych koneksji. Nie miałaś znanego chłopaka czy narzeczonego milionera, słynnego fotografa czy szefa agencji modelek, którzy by Ci pomogli.

Ja mam taki charakter, że lubię być Zosią Samosią. (śmiech) Jasne, znany albo wpływowy chłopak wiele może pomóc w karierze. Ale jak widać, można też osiągnąć to samo samodzielnie. Ja od początku miałam swoją strategię. Nieraz już mówiłam, jak przyszłam do mojej agencji z listą osób, z którymi chcę pracować. Teraz jest internet i wszystko na wyciągnięcie ręki, ale wtedy my się dopiero z moją agentką Lucyną Szymańską uczyłyśmy wszystkiego. Lucyna dała mi megastart, a potem rozwijała się razem ze mną. Jak zaczęłam pracować w modelingu, poza nią nikt we mnie nie wierzył. Teraz łatwiej jest kolejnym dziewczynom w agencji, bo przetarłam szlaki. Ale kosztowało mnie to wiele pracy. Bardzo uważnie obserwowałam ten biznes. Dużo czytałam, interesowałam się tym światem: jakie są koneksje, gdzie, do kogo, w jaki sposób dotrzeć, i takie plany agencji przekazywałam. I oni musieli mi pomóc, musieli mi otworzyć drzwi do jednej osoby, bo wiedziałam, że przez tę osobę dotrę do kolejnej. Ale na początku pamiętam, że agenci w Nowym Jorku pukali się w głowę. Mówili mi: „Słuchaj, dziewczyno, ciesz się z tego, co masz, i się uspokój”. A ja cały czas powtarzałam, że wiem, że mogę lepiej, że stać mnie na więcej. Miałam wyznaczone cele i dochodziłam do nich małymi krokami. I powoli każdy z nich osiągałam. Chociaż nigdy prostą drogą, zawsze w moim przypadku jest walka i zawsze pod górkę, ale jakoś docieram tam, gdzie sobie zamierzyłam, prędzej czy później. Po drodze przekonując do siebie kolejne osoby, które kiedyś były na nie, ale teraz muszą ze mną pracować. (śmiech)

Wygląda na to, że lubisz stawiać sobie wyzwania.

Lubię się pchać w takie sytuacje mniej wygodne, gdzie czuję, że muszę nad sobą popracować. Takim wyzwaniem jest też dla mnie „Project Runway”. Wcześniej nie prowadziłam przecież żadnego programu. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, i to jeszcze w języku polskim, na polskim rynku, gdzie – zdaję sobie sprawę – będę teraz wystawiona na ocenę.

A w Polsce jest straszna internetowa machina hejterskich komentarzy, tego nigdzie indziej na świecie nie ma.

Więc wiedziałam, że wchodzę na bardzo śliski grunt, ale jednak stwierdziłam, że jak nie zaryzykuję, to będę tego żałować. Wolę coś zrobić i potem tego żałować, niż żałować, że tego nie zrobiłam. Traktuję to jako kolejne doświadczenie. Na początku na planie cała ekipa traktowała mnie bardzo delikatnie. Słyszałam: „No fajnie, Anja, ładnie”. Ale naciskałam ich, żeby szczerze powiedzieli, jak jest, bo jak mam się czegoś nauczyć, jeśli mi nikt nie powie, że robię coś źle?

Pojawiły się takie plotki, że producenci kazali Ci się zapisać do logopedy.

Rozmawiałam z Edwardem Miszczakiem na ten temat. Że mam akcent, że słychać, jakbym sepleniła, i zastanawialiśmy się nad tym. Ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że to będzie dziwne. Wszyscy mnie znają taką, jaka jestem, z „Top Model”, z wywiadów i nagle przyjdę do programu i zacznę całkowicie inaczej mówić? Przecież nie jestem prezenterką telewizyjną, nie zamierzam prowadzić wiadomości. (śmiech) Poza tym od tego, jak wypadnę, nie zależy moja kariera modelki.

 

Lubisz siebie oglądać, na ekranie, na zdjęciach?

Jeśli chodzi o sesje, to czasem się sobie podobam, czasem nie. W telewizji nie lubię patrzeć na siebie, jak mówię, bo wydaje mi się, że mam wtedy dziwną mimikę. Zdaję się na moich rodziców i po „Dzień Dobry TVN” dzwonię i pytam, jak wypadło. Jeśli kiepsko, to oglądam, sprawdzam, co pokręciłam. (śmiech) A „Project Runway”? Bardzo jestem ciekawa, jak to wszystko zmontują, więc będę oglądać. Dawniej częściej oglądałam wywiady z sobą, ale bardziej pod kątem analizy, co robię dobrze, co źle, czy powtarzam jakieś słowa. Na co dzień proszę Lucynę i przyjaciół, żeby zwracali mi uwagę, jeśli za często powtarzam jakieś słowo. Kiedyś analizowałam też, jak się zachowuję przed kamerą. Ale przestałam to robić, żeby nie wpaść w samoobsesję i nie zatracić naturalności.

Jesteś prymuską, wiesz? (śmiech)

Chyba tak. (śmiech) Nawet jakbym chciała się nie pojawić, zawalić, źle wyglądać, zabalować, to nie umiem. (śmiech) To nie jestem ja. Z jednej strony to jest dobre, ale z drugiej próbuję z tym walczyć. Dzisiaj nawet o tym rozmawiałam z Sashą, że to chyba dlatego, że moje życie jest szalone i dalekie od jakiegokolwiek poukładania, bo nigdy nie wiem, gdzie będę za  tydzień, więc potrzebuję takiego zorganizowania. Muszę mieć poczucie, że kontroluję sytuację. Jak w szachach analizuję kilka ruchów na przód. I może też dlatego pcham się w takie sytuacje, w których się czuję niepewnie i kiedy je już opanuję, to mi daje satysfakcję. Na przykład w te wakacje skakałam z 16-metrowej skały. Pół godziny walczyłam ze sobą, żeby skoczyć. Bardzo się bałam i jednocześnie byłam na siebie strasznie zła, że się boję. Oczywiście skoczyłam.

Żeby funkcjonować na takim poziomie jak Ty, musisz traktować swój organizm jak sportowiec. Dbać o siebie, ćwiczyć, pilnować diety i  wzmacniać wytrzymałość. Często przecież spędzasz całe dnie w samolocie albo na planie, a to jest jednak duże fizyczne obciążenie.

Nie jestem na jakiejś drastycznej diecie, ale odżywiam się bardzo zdrowo. Pół roku temu przeszłam na całkowity wegetarianizm, zero ryb, zero mięsa. Po prostu słucham swojego ciała. I oczywiście jeśli mam na coś ochotę, to to jem, a jeśli odrzuca mnie od ryb czy mięsa, to znaczy, że powinnam przestać. I to się sprawdza, bo świetnie się czuję. Jestem w bardzo dobrej formie. Dużo ćwiczę. Znam już wszystkich w moim fitness clubie. (śmiech) Ale ćwiczę nie tylko dla wyglądu fizycznego. Po treningu zupełnie inaczej funkcjonuję psychicznie. Te dwie godziny na siłowni to dla mnie całkowity relaks.

Bardzo profesjonalne podejście. W końcu Twoim narzędziem pracy jest ciało. Musisz o nie dbać.

Muszę szczególnie dbać o siebie, gdy tej pracy jest bardzo dużo. Wtedy ważne, by mieć wystarczająco dużo snu, być w formie. Bo każdego dnia od 9 rano do 23 jestem na planie zdjęciowym. Ale ja bardzo lubię to, co robię, więc nie są dla mnie jakieś wyrzeczenia. Zresztą jakbym nie pracowała jako modelka, to też bym ćwiczyła i też bym się zdrowo odżywiała. Bo to jest po prostu mój styl życia, a nie wymóg pracy.

A kosmetyki? Dziś jesteś zupełnie bez makijażu. Twoja cera jest świetlista, wyglądasz na bardzo wypoczętą, mimo że wiem, że ze względu na „Project Runway” cały czas jesteś w rozjazdach między Warszawą a Nowym Jorkiem.

Będziesz się śmiała, ale ja używam bardzo podstawowych kosmetyków. Ale też tych z górnej półki. Korzystam z nieinwazyjnych zabiegów, takich jak Zaffiro, Intraceuticals, Endermolift. Uwielbiam krem Dermosan, uważam, że jest lepszy od najdroższych kosmetyków na świecie. Dobry na wszystko, stosuję go na każdy problem z cerą. Żel ze świetlika – pod oczy. Krem Nivea jest dla mnie też mistrzem. Jak widzisz, Dermosan dobry na wszystko, Nivea dobry na wszystko. (śmiech) Przywożę sobie tony kosmetyków z Polski. Ostatnio mój ukochany lekarz z Częstochowy, laryngolog, do którego chodzę zawsze, jak jestem w Polsce, powiedział mi, że mam przed spaniem zaparzać sobie zieloną miętę z dziurawcem i łyżeczką spirytusu – na dobry sen i odporność.

Podobno jak jesteś w Polsce na dłużej, to wizyta u lekarza jest punktem obowiązkowym w Twoim harmonogramie?

Tak, mam ogromne zaufanie do polskich lekarzy. Tomografię robię regularnie, bo mam tendencję do migren. Oprócz tego badam krew raz do roku. Profilaktyczne badania jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Więc się badam, chociaż ostatni po zmianie diety naprawdę jestem w świetnej formie i czuję się rewelacyjnie.

Sportowcy często mówią, że w sezonie, kiedy te treningi są bardzo intensywne, są bardzo zmęczeni. Ty też tak masz?

U mnie takie najbardziej intensywne momenty to zazwyczaj lipiec i grudzień. Półtora miesiąca przed końcem każdego sezonu jest niesamowicie intensywne, bardzo dużo pracy, bardzo dużo latania, codziennie inni ludzie, inna ekipa. A ja muszę codziennie dobrze wyglądać. I przede wszystkim być w dobrym nastroju. Nikt nie chce wysłuchiwać jakiejś modelki, która mówi, że boli ją głowa, dzisiaj się źle czuje i nie ma humoru. Nikogo to nie interesuje.

A Ty codziennie od nowa musisz udowodnić, że jesteś najlepsza.

Dokładnie. I to bywa wykańczające. (śmiech) A przecież obok toczy się jeszcze normalne życie. Różne mniejsze i  większe niepowodzenia w pracy czy w  życiu prywatnym. Ale to nie może wpływać na moje zachowanie na sesji. Więc musiałam wypracować w sobie taki mechanizm, żeby samej umieć sobie z tym radzić. Ale oczywiście bywa, że mam dość. Kiedy czuję, że jestem wykończona psychicznie czy fizycznie, decyduję się odrzucić jakieś propozycje. Więc o tyle mam lepiej niż sportowcy. Bo oni nie mogą odmówić wyjścia na boisko. Ja mogę zdecydować, że gdzieś nie polecę, bo jestem zmęczona. Zresztą to lepsze wyjście, niż gdybym miała się pojawić w  kiepskiej formie na sesji, bo wtedy w środowisko może pójść hasło, że Anja wygląda źle, że jest zmęczona.

A to wbrew pozorom małe środowisko i wieści szybko się rozchodzą.

Dokładnie. I potem trudno to sprostować. Pamiętam, jak o jednej z top modelek poszła plotka, że fatalnie wygląda w tym sezonie. I nagle wszystkie opcje pracy jej skasowano. Spotkałyśmy się wtedy przypadkiem w którymś hotelu i wyglądała rewelacyjnie, była w idealnej formie, ale plotka już poszła i sezon do niczego.

Pamiętam, jak prawie dziewięć lat temu spotkałam Cię po raz pierwszy w Nowym Jorku. Robiłam z Tobą wywiad i to, co mnie najbardziej zdziwiło – widać miałam w głowie stereotyp modelki – to to, że od razu rzucało się w oczy, że masz coś do powiedzenia, Twoja inteligencja. Nie było przy tym w Tobie ani odrobiny gwiazdorstwa. Skromna, bardzo bystra dziewczyna. Dlatego potem wcale się nie zdziwiłam, że tak daleko zaszłaś.

Jak spojrzysz na te wszystkie top modelki, które zaliczają się do grona ikon modelingu, to żadna z tych dziewczyn nie jest głupia. Wszystkie są niezwykle inteligentne. Naomi, Cindy, Gisele – one wszystkie stworzyły siebie same. Bogaty czy sławny narzeczony ci nie pomoże, jeśli nie masz w sobie determinacji. Nie przekupi Anny Wintour, żeby dała cię na okładkę „Vogue’a”, ani Stevena Meisela, żeby zrobił ci zdjęcia.

Tobie zdarzały się trudne momenty, kiedy byłaś już znana i już ta kariera się dobrze toczyła?

To jest taki biznes, w którym nigdy nie możesz spocząć na laurach. Codziennie musisz potwierdzać swoją pozycję. Zawsze, nawet jak jest wspaniale, musisz spodziewać się kopniaka z drugiej strony. I ja tak mam cały czas. W jednej kwestii dzieją się genialne rzeczy, podpisuję świetny kontrakt, a w drugiej dowiaduję się, że inny kontrakt nie wypali. Ciągła huśtawka. Poprzedni miesiąc pod tym względem był okropny. Codziennie mia-łam fantastyczne wieści dotyczące pracy czy mojego magazynu i bardzo złe wieści. I to jest chyba najtrudniejsze w tym biznesie – nie zwariować. Bo tego samego dnia jesteś i na topie, i na dnie.

Zapamiętałam z tego naszego pierwszego wywiadu, jak powiedziałaś, że jesteś pechowcem. Brzmi absurdalnie, patrząc na to, co osiągnęłaś.

Dawniej nazywałam to pechem... Bo było we mnie dużo pesymizmu. Jak coś nie wychodziło – a tak jak ci mówiłam, w tej pracy jednego dnia jesteś na topie i na dnie – to uznawałam, że to pech. Uczyłam się zmieniać to moje podejście do życia. Musiałam sobie przetłumaczyć, że w tym zawodzie jest wiele czynników kompletnie ode mnie niezależnych. Poza tym jestem spod znaku Bliźniąt i pewnie przez to mam wszystko w życiu podwójnie – dwa zdania na jeden temat, łatwo popadam ze skrajności w skrajność. Kiedy czytałam biografię Nergala, okazało się, że on ma tak samo. I zamiast z tym walczyć, zaczął się tym bawić. Ja zrobiłam to samo.

 

Pamiętam też, jak mi opowiadałaś tych kilka lat temu o swoich talizmanach. Że mama zawiozła Cię do energoterapeuty, który wykonał dla Ciebie specjalny wisiorek, który miał odwrócić pecha.

(śmiech) Rzeczywiście! Miałam masę talizmanów, pierścionek, naszyjnik, ten wisiorek. I tu znowu się odzywa mój charakter – bo z jednej strony nie jestem przesądna i wierzę, że tylko ja mam wpływ na swoje życie, a z drugiej strony uwielbiam chodzić do wróżek. Na przykład mam taką jedną, do której chodzę w Belgradzie. Polkę z pochodzenia. Świetna kobieta.

Sprawdza się to, co Ci mówią wróżki?

Sporo rzeczy. Jedna mi powiedziała jakiś czas temu, że jest wokół mnie coś małego, nie dziecko, ale jakby dziecko. A teraz wpadłam na to, że chodziło o Charliego, psa, którego dostałam od Sashy na urodziny.

W tym roku skończyłaś 30 lat. To taki przełom. Wyznaczyłaś sobie już cele na kolejne lata?

Z jednej strony mam gdzieś tam zarys przyszłości, wiem, co chciałabym zrobić. Ale to nie jest tak, że zakładam, że jak będę miała 32 lata, to muszę to i to osiągnąć. Ale oczywiście planuję cele zawodowe. Że w następnym sezonie chciałabym zrobić takie i takie kampanie, że chcę, żeby mój „25 Magazine” coraz lepiej sobie radził na rynku. Chciałabym też mieć rodzinę. Sasha już naciska. Nawet dziś o tym rozmawialiśmy.

Namawia Cię na dzieci?

Bardzo by chciał mieć dziecko. Dwa lata temu i rok temu spytał, czy nie uważam, że to dobry moment. Ale za każdym razem godzi się, że jeszcze nie teraz.

Wyobrażasz sobie siebie jako mamę?

Wiele osób w moim biznesie decyduje się nie mieć dzieci i żałuje tej decyzji bliżej pięćdziesiątki, bo czują się samotne. Wiele osób uważa też, że nie lubię dzieci, co jest nieprawdą, bo mam 12-letniego chrześniaka, którego uwielbiam. (śmiech) Chciałabym mieć dzieci. Gdyby się okazało, że nie mogę mieć dzieci, to pewnie potraktowałabym to jako znak i bym zaadoptowała. Chyba nie zdecydowałabym się na in vitro. Chociaż teraz łatwo mi to mówić, ale nie wiem tak naprawdę, jak bym zareagowała na taką informację.

W tej branży jesteś z pewnością narażona na  różne pokusy. Codziennie spotykasz tylu niesamowitych ludzi. Mężczyźni są Tobą zafascynowani, adorują Cię, uwodzą...

Są takie sytuacje, bo rzeczywiście poznaję wiele niezwykłych osób. I jakieś tam zaintrygowanie czy zafascynowanie nimi pojawia się też z mojej strony. Ale takie  sytuacje trzeba na spokojnie w domu przemyśleć, rozważyć i jakoś sobie z nimi poradzić. W naszych rękach zostaje, co z taką fascynacją zrobimy, bo Sasha też przecież pracuje w tej branży. My z Sashą ufamy sobie, nie dzwonimy do siebie 500 razy dziennie, nie sprawdzamy, co drugie akurat robi. Dopóki się kochamy i dobrze nam razem, jesteśmy razem.

Mija trzeci rok od Waszego ślubu. Podoba Ci się bycie mężatką?

Teraz już tak. (śmiech) Ale pierwszy rok był dziwny. Nagle poczuliśmy, że ten ślub jednak zmienia coś w życiu. Że to jest takie poważne zobowiązanie. I to nas trochę nie chcę powiedzieć, że przytłaczało, ale ta świadomość nie była tak całkiem komfortowa.

Mieliście kryzys pierwszego roku małżeństwa?

Nie nazwałabym tego kryzysem. Po prostu musieliśmy dać sobie trochę przestrzeni i jakoś tak naturalnie te niepokoje się rozwiały. Teraz się z tego śmiejemy, że tak dziwnie zareagowaliśmy na ślub. Sasha – oprócz tego, że się kochamy – daje mi w życiu dużo radości i wsparcie. Wiem, że mogę na niego liczyć i mu ufać. To jest dla mnie najważniejsze.

I jak tak patrzysz dziś na swoją obrączkę, to co sobie myślisz?

Nie zawsze ją noszę, bo na sesjach muszę ją zdejmować. Ale bardzo uważam, żeby jej nie zgubić. Raz prawie ją zgubiłam. Na pokazie Kanyego Westa włożyłam ją do torebki na backstage’u, był tłok, ktoś ją kopnął i ona się otworzyła, a obrączka gdzieś poleciała. Miałam wszystkich ochroniarzy z tej imprezy na czworakach, bo szukali mojej obrączki. To był widok! Ale znaleźli! To też był jakiś znak. (śmiech)