Aniu, kiedy urodziłaś Lenkę, miałaś 27 lat. Przed laty uznano by to za późne macierzyństwo. Dzisiaj, gdy kobiety nierzadko rodzą swoje pierwsze dziecko po czterdziestce, kryteria się zmieniły. 27 lat to dobra pora na macierzyństwo?

Bardzo dobra, bo z jednej strony ma się jeszcze siłę, energię i cierpliwość, a z drugiej to już taki etap życia, kiedy kobieta wie, czego chce i co jest dla niej najistotniejsze. Mogę więc śmiało mówić, że jestem dojrzałą mamą. Taką, która potra fi sobie ustalić priorytety. Ale czy istnieje idealny czas na macierzyństwo? Każda z nas ma swój zegar biologiczny. Bywa, że dziecko pojawi się za wcześnie albo za późno, najważniejsze jednak, by zawsze darzyć je miłością i tę miłość mu okazywać. Więc nie wydaje mi się, że powinnyśmy celować w jakiś konkretny, „odpowiedni” wiek, bo takiego chyba nie ma.

Jak przyjęłaś wiadomość, że jesteś w ciąży? Nie było Ci żal, że będziesz musiała zmienić tryb życia, porzucić atrakcje towarzyskie, wyjścia do klubów?

Nie należę do osób zabawowych. Jeśli impreza, to raczej domówka, i to w towarzystwie bliskich znajomych.W większym gronie nie czuję się swobodnie. Zatem ze zmianą trybu życia nie było problemów. Poza tym urodziło się nam cudowne dziecko, takie przytra a się raz na sto! Z Lenką nie ma żadnego kłopotu, można z nią pojechać wszędzie, lubi ludzi i jest ciekawa świata. Ma idealny charakter. W jakiejś mierze to nasza zasługa, bo nie zamknęliśmy się z nią w domu, nie stworzyliśmy jej hermetycznego, sterylnego świata, tylko zapraszaliśmy znajomych i sami z nią do nich wychodziliśmy. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Staraliśmy się Lenkę przyzwyczaić, że rodzice prowadzą aktywny tryb życia, sporo podróżują, bywają, uprawiają różne sporty, mają swoje pasje. I to się udało, bo polubiła taki styl. Jest też smakoszem, z czego się cieszymy, ponieważ sami lubimy próbować różnych potraw.

Czteroletnia dziewczynka smakoszem?

Jest niestandardowym dzieckiem. Na przykład jej ulubioną potrawą są mule. Jeśli zapyta się Lenkę, co chciałaby zjeść na obiad, odpowiedź brzmi: „Zupę tajską i mule”. A wracając do twojego pytania, ciąża to przełomowy moment. Bardzo się nią cieszyłam, ale też bałam, że mój świat się diametralnie zmieni. I tak się stało. Nie musiałam rezygnować ze wszystkich przyjemności, ale z niektórych – owszem. Chociażby z czerwonego wina, którego jestem miłośniczką. Konieczne też było dostosowanie rytmu pracy do nowej sytuacji, choć i tu miałam niezwykłe szczęście. Już będąc w ciąży, zostałam zaproszona na zdjęcia próbne do serialu TVN „Naznaczony”. Powiedziałam producentom, że jestem w trzecim miesiącu ciąży. Okazało się, że są gotowi dostosować scenariusz do mojegorosnącego brzuszka. Dzięki temu nie stało się tak, że nagle koniec, a ja zamykam się w domu. Lubię swoją pracę. Dzięki temu pewnie też ominęło mnie to, co nęka część kobiet, czyli depresja poporodowa. W moim wypadku to przejście było łagodne. Zdążyłam się powolutku wyciszyć i jednocześnie przygotować do roli mamy, pogodzić z myślą, że pojawi się mały człowiek, któremu trzeba się w stu procentach oddać. Wszystko się fajnie ułożyło.

Piotr, Twój życiowy partner, tata Lenki, zapewne też Ci w tym pomagał.

Tak. Miałam poczucie, że jestem bardzo kochana. Nie tylko przez niego – byłam w gronie osób, które mnie w pełni akceptują i też czekają na maluszka. Mój tata marzył o wnuczce, moje macoszki również. Niezmiernie ciepło przyjęły Lenusię. Mała szczególnie związana jest z obecną żoną taty Gabrysią. To ukochana babcia.

Dużo pracujesz. Nie tylko grasz w teatrze i serialach, ale też występujesz w dubbingu, czytasz audiobooki, nagrałaś też płytę z kompozycjami Henryka Warsa i koncertujesz z zespołami. Piotr też jest zajętym aktorem. Kto się wtedy opiekuje Lenką?

Przyznam, że zorganizowanie naszego życia bywa trudne i generuje sporo nerwów. Nie zawsze można wszystko zaplanować i wtedy nasza precyzyjna logistyka szwankuje. Tym bardziej że w Warszawie nie mamy dziadków – mama Piotra mieszka w Kanadzie, moi rodzice na Śląsku. Przez pół roku moją wielką podporą była siostra, ale zdecydowała się na powrót do Krakowa. Teraz czeka mnie miesięczny wyjazd na zdjęcia do filmu, który kręcimy na Wyspach Kanaryjskich. Piotr w tym czasie gra w dwóch serialach. Takie długie rozstanie z dzieckiem jest dla mnie nie do zniesienia. Nie mogłabym nie widzieć Lenki przez miesiąc, bobym zwariowała. Na szczęście rodzice przyjadą z nią do mnie na dwa tygodnie. Jak widzisz, to wszystko jest trudne, ale próbujemy to pogodzić.

A co będzie, gdy córeczka pójdzie do szkoły?

No właśnie. Póki jest w przedszkolu, możemy ją ze sobą zabierać. Kiedy rozpocznie naukę, to już nie będzie możliwe. Pojawi się też inny problem: dowożenie na zajęcia pozalekcyjne. Gdy byłam dzieckiem, tata woził mnie na mnóstwo takich zajęć. Był m.in.: tenis, angielski, niemiecki, gra na pianinie. Chciałabym, by Lenka też miała taką możliwość. Już widzę, jak lubi tańczyć! Jak to wszystko zmieścić w czasie? Bo teraz, kiedy do 16.00 jest w przedszkolu, wiem, że jest bezpieczna, a ja mogę jakoś zagospodarować ten czas. Ale wierzę, że wszystko da się zorganizować.

A jaką jesteś mamą? Nadopiekuńczą, surową czy też racjonalistką?

 

Raczej racjonalistką. Nadopiekuńczą nie, co wyniosłam z domu. Mnie też nie chowano pod kloszem. Byłam dzieckiem z kluczem na szyi. Rodzice byli lekarzami, pracowali i dyżurowali, więc bywało, że z bratem musieliśmy sobie radzić sami. Teraz są inne czasy, boimy się o pociechy, bo czyha na nie mnóstwo niebezpieczeństw. Nie tylko takich jak porwania, ale i zagrożenia ze strony rówieśników. Dzieci są angażowane do subkultur, wciągane w narkotyki. Niebezpieczne są również gry komputerowe. Ostatnio w Japonii dzieci zabiły swojego kolegę, wierząc, że on jeszcze ma trzy życia… Z drugiej strony trudno je nadmiernie ograniczać. W domu nie mamy ani playstation, ani telekanałów dziecięcych. Celowo, ponieważ nie chcę, żeby Lenka cały czas spędzała przed komputerem czy telewizorem. Wymaga to jednak ode mnie większego zaangażowania, wymyślania zabaw.

Ale dzięki temu rozwijasz u Lenki wyobraźnię!

Rysujemy, tańczymy, śpiewamy. A przy okazji nawiązują się między nami bliższe relacje. Dużo rozmawiamy. Ja mam problemy z mówieniem o swoich emocjach, a nawet o bieżących przeżyciach, więc chciałabym, żeby Lenka się z tym nie zmagała. Ona jest moim oczkiem w głowie. Bez przerwy ją przytulam, mówię, że kocham, że jest dla mnie najważniejsza, ale też staram się od niej wymagać i być wobec niej konsekwentna. Piotr by się w tym miejscu roześmiał i podkreślił słowa „staram się” (śmiech). Ale myślę, że jakieś granice Lenka ma wyznaczone. Dbamy o to, żeby jadała z nami posiłki przy stole, a nie przy swoim stoliku, oglądając bajkę. Jedyne, czego nie udało nam się wyegzekwować, to sprzątanie po sobie. Nasza córka jest bałaganiarzem.

Jak zmieniło Cię macierzyństwo?

Na pewno uwrażliwiło na cierpienie innych, szczególnie dzieci. Staram się zajmować IPO – Interwencyjną Placówką Opiekuńczą w Otwocku, mówić o niej, skłaniać ludzi, by przekazywali jeden procent podatku na rzecz tej placówki. Do pomocy namawiam również firmy kosmetyczne i inne, z którymi współpracuję, a one szykują dla IPO wyprawki, pościel. Działam też na rzecz fundacji Akogo i Spełnionych Marzeń, zaangażowałam się w walkę z rakiem szyjki macicy. Wraz z pojawieniem się Lenki na świecie moje priorytety się trochę zmieniły. Uświadomiłam sobie, jak krótkie jest życie. Moja mama zmarła, gdy miałam osiem lat. Trudno mi sobie wyobrazić, by Lenka znalazła się w podobnej sytuacji… Staram się dbać o zdrowie, kontrolować, robić cytologię, badać piersi. Nie zaniedbywać podstawowych spraw.

Na pewno bardzo odczuwałaś brak mamy, ale miałaś chyba szczęście, bo widzę, jak ciepło mówisz o swoich macoszkach.

Tata ma niezwykłe szczęście do kobiet. Z obiema macoszkami mam znakomite relacje. Z pierwszą rzadko, niestety, się widujemy, bo przeprowadziła się w Bieszczady. Ma tam domek, konia, psa i kota. Prowadzi życie bieszczadzkie, jeździ konno, delektuje się przyrodą, czyta książki. Fantastyczna emerytura! Z drugą macoszką Gabrysią, obecną żoną taty, również świetnie się rozumiemy. To ciepła, rodzinna osoba, a Lenusia jest dla niej ukochaną wnuczką.

Myślisz, Aniu, o powiększeniu rodziny?

Oczywiście, że tak – jeśli udaje nam się powoływać na świat tak piękne dzieci jak nasza córka, nie można poprzestać na jednym (śmiech).

Powiedziałaś, że miesiąc bez Lenki byłby dla Ciebie nie do przeżycia. Nie dziwię się, dziecko codziennie jest inne. Dużo byś straciła.

Ona mnie ciągle zaskakuje. Ostatnio wprawiła mnie w zdumienie tym, jak pięknie jeździ na nartach. Pojechaliśmy w tym roku całą rodziną na narty do Włoch. Lenka wcześniej przez parę dni uczyła się jazdy na deskach w Wiśle. Rodzice dzwonili, że chyba nic z tej nauki nie będzie, bo ona nie bardzo potrafi na tych nartach ustać i instruktor musi ją podtrzymywać. Po czym instruktor się zmienił i to było to! Zaczęła tak pięknie jeździć, że wprawiła nas w podziw. Większość tras pokonała razem z nami, zjeżdżała ze wszystkich górek. Dla zakochanej w swojej córce mamusi to było wielkie wydarzenie! Cieszę się, że udaje mi się ją zarażać naszymi pasjami.

Jaką kobietą według Ciebie powinna być w przyszłości Lenka?

Na pewno nie będę starała się jej narzucać tego, kim powinna być. Ale mam nadzieję, że dorastając z nami i obserwując, jakimi jesteśmy ludźmi, jak się kochamy, przyjaźnimy, jaką wartość stanowi dla nas miłość, wyrośnie na człowieka, który będzie wrażliwy na innych, sam umiejący kochać i współczuć. Na tym mi chyba najbardziej zależy. Jeśli będzie kochała, sama też będzie kochana. A ponieważ jest niezwykle pogodna i zaraża swoim entuzjazmem cały świat, myślę, że z akceptacją ludzi nie będzie miała problemu. Już w tej chwili widać, że świat kupuje na „dzień dobry” tę wciąż uśmiechniętą buzię. Więc o to się nie boję. Chciałabym, żeby była wrażliwym i szczęśliwym człowiekiem.