Czy bywasz święta?

(śmiech) Oczywiście!

Święta czy świętoszkowata?

Bywam świętą matką Polką. Aczkolwiek coraz częściej się przeciwko temu buntuję.

W jaki sposób?

W naszym kraju kobieta, rodząc dziecko, przestaje być kobietą, a staje się matką. Coraz częściej czuję przeciwko temu wewnętrzny bunt. Oczywiście kocham swoją córę nad życie, ale nie wyobrażam sobie, bym była tylko i wyłącznie matką.

Właściwie dlaczego tak jest?

My, kobiety, same sobie to robimy. Ja niestety też się do tego dokładam, opowiadając w wywiadach, jak to fantastycznie godzę życie prywatne z zawodowym. Oczywiście te dwa światy da się ze sobą godzić, ale to wcale nie jest łatwe i często bywa powodem frustracji. Chciałabym być supermenką, supermatką i superpracownikiem i czasami przedstawiam się w takim właśnie świetle. Ale to myślenie życzeniowe. I tak tworzy się świętoszkowaty obraz mój. (śmiech) Niepotrzebnie kreuję się na ideał matki Polki, a nie jestem ideałem. I nigdy nie będę.

To poproszę o spowiedź świętoszkowatej Ani.

Moje grzechy? Bywam podenerwowana, niecierpliwa, poirytowana, bo często głową jestem jeszcze w pracy, a fizycznie już w domu. W takich emocjach czasem zapominam, że powinnam je zostawić przed drzwiami. Wtedy potrafię poirytowanym głosem zwrócić się do córki, ale natychmiast tego żałuję. Na szczęście nigdy nie podniosłam ręki na moje dziecko. Ona nie wie, co to jest klaps. Bardzo świadomie brałam udział w kampanii „Kocham. Nie biję”. Są sposoby na to, żeby przekonać dziecko do tego, by na przykład posprzątało, nie oszukiwało. Nie karą cielesną, ale rozmową. Czasem bywa to piekielnie trudne i trwa godzinami. (śmiech) Ale w końcu się udaje.

Przy tym zawrotnym tempie życia chcemy wszystko bardzo szybko osiągnąć.

Otóż to. Doba jest zbyt krótka. Brakuje czasu na rozmowę, na spokojne zjedzenie śniadania. Niedawno przyłapałam się na tym, że zaczynają trząść mi się ręce, bo muszę wychodzić do pracy i znowu jestem spóźniona. Ostatnio wszędzie jestem spóźniona. I mam wyrzuty sumienia. Jak wiele kobiet w Polsce jestem w dużej mierze zbudowana z wyrzutów sumienia. W niczym nie jestem tak dobra, jak chciałabym być. Choć to pewnie pokłosie mojego perfekcjonizmu, bo w istocie całkiem przyzwoicie sobie ze wszystkim radzę. Tak więc, jak widać, świętą nie jestem!

Może tego nie da się łączyć?

To się da łączyć, tylko nie da się we wszystkim być idealnym. Trzeba pracować nad sobą, żeby to sobie uświadomić i dać przyzwolenie na to, żeby nie być perfekcyjnym.

Jest takie określenie – „wystarczająco dobra matka”.

Warto być „wystarczająco dobrą matką”, matką na miarę swoich możliwości. Zdarza mi się być dla Lenki zbyt wyrozumiałą i mało konsekwentną. To wynika często z tego, że nie mam czasu, muszę się śpieszyć do pracy, więc machnę ręką i stwierdzam, że nie będziemy stały w sklepie, aż ona wybierze jedną rzecz spośród wielu. Bywam niekonsekwentna. (śmiech) I ona to potem oczywiście wykorzystuje.

A co lubicie robić razem?

Lubimy czytać książki. Jedna bajka wieczorem to minimum. Mam całkiem niezłą znajomość literatury dziecięcej i wiele bajek czy wierszyków znam już na pamięć. Natomiast w pracy nadrabiam czytanie książek dla dorosłych. Oczywiście myślę o nagrywaniu audiobooków. (śmiech) Ostatnio czytałam świetny niemiecki kryminał „Zimowy morderca”. Do tej pory znałam głównie szwedzką literaturę sensacyjną i oczywiście cykl Marka Krajewskiego, ale okazuje się, że niemiecka literatura kryminalna, której wcześniej nie znałam, jest na wysokim poziomie. Oczywiście z Lenką nie ograniczamy naszego czasu tylko do czytania. Moja córa lubi sport, fantastycznie jeździ na nartach. Spędziłyśmy razem cudowną zimę, bo wyjątkowo miałam kilka wolnych weekendów. Dla nas, aktorów, to rzadkość. Odbyłam więc z moją córeczką podróż sentymentalną do Szczyrku. Wjeżdżałyśmy na górę tak zwanymi wyciągami górniczymi. Byłyśmy też we Włoszech z paczką znajomych.

A dlaczego to była podróż sentymentalna?

W Szczyrku uczyłam się jeździć na nartach z moim starszym bratem i kuzynem. Pamiętam, jak strasznie chciałam im dorównać – bo oni jeżdżą fantastycznie – i jeździć tak dobrze jak oni. Pałętałam się za nimi i byłam takim piątym kołem u wozu. (śmiech) A teraz mam frajdę, bo widzę, jakie postępy robi moja córa, jaką przyjemność sprawia jej szusowanie po stokach. Ona też lubi prędkość, tak jak ja. Świetnie także jeździ na rowerze, dwa razy w tygodniu gra w tenisa. Prawda jest taka, że trochę egoistycznie wybieram sporty, których uczę Lenkę, są to bowiem te dyscypliny, które sama uprawiam. (śmiech) Z myślą o tym, że kiedyś, w przyszłości, będziemy mogły uprawiać je razem. Ja pokochałam sport dzięki moim rodzicom, którzy dbali o to, bym trenowała. Po śmierci mojej mamy nie przerwałam treningów. Tata, mimo natłoku obowiązków, znajdował czas dla mnie. A nie było to łatwe, bo pracował jako lekarz w szpitalu i jednocześnie był dyrektorem ZOZ-u. To właśnie on woził mnie z Mikołowa do Katowic na korty Baildonu, gdzie uczyłam się grać w tenisa. Staram się to samo dać mojej córeczce. Dzięki temu, że uprawiam sport, miałam okazję spotkać mnóstwo fantastycznych osób. Na przykład ostatniej zimy poznałam goprowców ze Szczyrku. Miałyśmy z Lenką superprzygodę, bo jedną noc spędziłyśmy w goprówce w spartańskich warunkach. Ale frajda była nieprawdopodobna! Jeszcze było ciemno, kiedy o 7.30 pojawiłyśmy się na stoku i zostawiłyśmy pierwsze ślady na tak zwanym sztruksie odciśniętym na śniegu przez ratraki. Pewnie nigdy by się to nie zdarzyło, gdyby nie to, że sama uprawiam sport. I za to jestem moim rodzicom ogromnie wdzięczna. Lubię też sporty ekstremalne, skoczyłam nawet raz ze spadochronem, nurkuję, jeżdżę w rajdach samochodowych. Jednak w życiu codziennym, jako kierowca, jestem bardzo ostrożna. My, kobiety, wcale nie jesteśmy takie bezradne za kierownicą, ale na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii. Dlatego ostatnio zostałam ambasadorką Ladies Bemo Motors Club, który ma ułatwiać życie wszystkim kobietom kierowcom.

Wspomniałaś o rodzicach. Dużo czasu spędzasz z najbliższymi?

Tak, z moim ojcem i moją macoszką. Lenka zresztą też ma dzięki temu świetny kontakt z dziadkami. Kiedy jest u nich, to chodzą razem po górach. Ona już zbiera pieczątki ze schronisk.

Pięciolatka?!

To są na razie początki, to nie Tatry, tylko Beskidy, ale jednak...

A więc nie tylko narty, tenis, konie, ale również trekking! Brawo!

Tak, i pod tym względem jestem matką idealną, wręcz świętą! (śmiech) Nawet rozeszła się w przedszkolu informacja, że Lenka ma własnego konika. (śmiech) I tak się rodzą plotki, bo Lenka oczywiście wszystkim opowiada, że ma swojego kucyka Macika. Więc mówię, że tak, raz w tygodniu kupujemy jej konika na godzinę. (śmiech) Ale już poszło w świat, że rodzice Leny zwariowali.

Co Lenka zmieniła w Twoim życiu?

Odkąd Lenka jest na świecie, czas płynie szybciej. Dużo pracuję i oczywiście szkoda mi czasu, który mogłabym spędzić z dzieckiem. A z drugiej strony kocham swoją pracę, sprawia mi ona ogromną przyjemność. Poza tym, jak każdy dzisiaj, mam zobowiązania finansowe, na które muszę zarobić. No cóż, proza życia... Oczywiście czasem mam dość, jestem sfrustrowana i najchętniej rzuciłabym to wszystko, i pojechała na koniec świata. (śmiech)

 

Jesteś naznaczona wczesnym odejściem mamy?

Jestem. „Naznaczona” brzmi dość tragicznie, ale to po prostu świadomość, której nabrałam, będąc dzieckiem – że życie się szybko kończy... Staram się żyć tak, żeby dobre strony znajdować w każdej sytuacji, nawet tej najgorszej.

Brzmi to wszystko jednak tak, jakbyś była świętą. Więc może będziemy kontynuowały Twoją spowiedź? Sama się przyznasz, jak na spowiedzi, do swoich grzeszków?

Lubię jeść. Życie jest krótkie i trzeba z niego korzystać. (śmiech) Czasem czytam o kobietach, które są całe życie na diecie... To musi być straszne!

Inne grzeszki Anny Dereszowskiej?

Późno chodzę spać i późno się budzę. Wstaję po dziewiątej, a potem w szalonym pędzie staram się nadgonić przespany poranek... Tak naprawdę jestem hedonistką. Kocham życie i kocham z niego korzystać. Zdarza mi się nie mieć umiaru. Na przykład wczoraj pojechałam do cukierni i potem wracałam na rowerze z olbrzymią torbą z kawałkiem tortu bezowo-cytrynowego i bezowo-kakaowego, ciastkiem kajmakowym, paczką ciastek serduszek i jeszcze dwoma torcikami. Do tego pączki dla Lenki oraz drożdżówka serowa. (śmiech) Wprawdzie to nie było tylko dla mnie, ale również dla całej paczki znajomych, jednak część tego pochłonęłam sama. (śmiech)

A grzech lenistwa?

Leniem nie jestem! Absolutnie. Nawet powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. To jest mój grzech, że nie potrafię sobie pozwolić na lenistwo. Chciałabym umieć dawać sobie przyzwolenie na to, żeby usiąść na kanapie i myśleć o niebieskich migdałach. Nie potrafię zwyczajnie wypoczywać, leniuchować. A przecież raz na jakiś czas trzeba sobie pofolgować, trzeba się „zresetować”. Moim leniuchowaniem jest godzina biegania trzy razy w tygodniu. Ostatnio wzięłam udział w specjalnej akcji – mam w telefonie aplikację, która rejestruje przebiegnięte kilometry, i za każdy przekazywane są środki na cele charytatywne. To mnie dodatkowo motywuje.

A grzech nieczystości?

Nieczystość? Pewnie jestem flirciarą...

Z kobietami, z mężczyznami?

I z kobietami, i z mężczyznami. (śmiech) Czasami muszę samą siebie kopnąć w kostkę, bo przesadzam. Niektórzy wpadają w popłoch. (śmiech)

Namawiasz do zepsucia?

Nie! Granie to chyba taki nieustanny flirt z publicznością... Ostatnio ogromną satysfakcję daje mi poczucie, że mam coś, co kiedyś nazywało się rządem dusz. (śmiech) Brzmi górnolotnie, ale ja nazywam tak po prostu umiejętność nawiązania porozumienia z widzami, słuchania ich, reagowania na ich nastroje i potrzeby. Dotyczy to zdecydowanie estrady, choć i w teatrze taka swoboda na scenie się przydaje w trudnych, nieprzewidzianych sytuacjach. W recitalu „Kobieta – instrukcja obsługi” muszę cały czas utrzymywać fajną relację z publicznością. Nie wyprowadza mnie już z równowagi na przykład to, że tekst wyleci mi z głowy, bo potrafię coś zaimprowizować. Ostatnio w czasie spektaklu „Siostrunie” zdarzyło nam się kilka takich sytuacji: a to koleżance spadł mikroport i trzeba było coś wymyślić, żeby mogła zejść na chwilę w kulisy, a to w scenie z Kasią Żak i Robertem Rozmusem nie działała zapalniczka. Miał pójść dym, a tu nic! Miałam satysfakcję, że zachowałam spokój, zaczęłam flirtować z publicznością, robić uwagi na temat tej zapalniczki. Było to przyjemne doświadczenie. Kiedyś tego nie umiałam. Improwizacja wiązała się dla mnie z dużym stresem.

Oprócz grzechu nieczystości mamy też grzech zazdrości czy wręcz zawiści. Wyniszczający, a jednocześnie mobilizujący.

W każdym z nas jest zazdrość i trzeba tylko mieć kontakt z tym uczuciem. Świadomość, że ono jest i że jest normalne, oczywiście w pewnych granicach. Zazdrość – tak, zawiść – nie.

Co zyskujemy dzięki zazdrości?

Normalność. Kiedyś nie mogłam się pogodzić z tym, że zazdroszczę, ale teraz mam w sobie przyzwolenie, żeby powiedzieć sobie „tak”. Na przykład jakaś informacja...

...że koleżanka wygrała casting, na którym Ci zależało?

To wzbudza we mnie zazdrość, taką zdrową, normalną zazdrość. I myślę sobie: „Kurczę, szkoda, że to nie ja”. Ale zaraz: „Po prostu tym razem się nie udało”. Mam straszną frajdę z tego powodu, że zaczynam takie rzeczy rozumieć i nie mieć z nimi kłopotu. Zazdrość wpływa na naszą ambicję, jest motorem działania. Tylko musi być zdrowa.

Tak Cię tutaj spowiadam nie bez powodu. Na deski teatralne powraca po wakacyjnej przerwie spektakl „Siostrunie”.

Bardzo się z tego cieszę. Na czerwcowej premierze w Częstochowie byli wicegenerał klasztoru jasnogórskiego i prawdziwe siostry zakonne. I oczywiście miałyśmy stres. Ale po pierwszej części siostry zakonne powiedziały, że tym spektaklem robimy dla nowicjatu dużo więcej dobrego niż niejedno kazanie w kościele. To było przemiłe. Siostry dodały nam skrzydeł i wiary w to, że tym spektaklem nie godzimy w niczyje uczucia religijne. Ale na tym samym spektaklu był pan, który wykrzykiwał i groził, że jeszcze popamiętamy Częstochowę. Cokolwiek miał na myśli. Ale myślę sobie, że sztuka jest od tego, żeby wkładać kij w mrowisko i mieszać.

To jest opowieść o siostrach zakonnych...

...które jeżdżą po kraju i zbierają pieniądze na bardzo szczytny cel. (śmiech) I robią przedstawienia w przypadkowych miejscach. Jedna śpiewa, druga tańczy, sprzedają książkę kucharską, którą napisała jedna z sióstr. Tekst jest niezwykle dowcipny.

Rozumiesz to, że wstępuje się do nowicjatu i zostaje siostrą zakonną? Miałaś takie myśli w młodości?

Nie jest to moja droga.

Nigdy nie byłaś religijna, jako dziewczynka?

Moja mama była bardzo wierząca i nas również wychowywano w wierze katolickiej, chodziliśmy do kościoła.

A córka?

Uczę ją zasad moralnych i dzięki temu jestem pewna, że nie będzie złym człowiekiem. Ale jeśli chodzi o wiarę, to chcielibyśmy z Piotrem, żeby sama podjęła tę decyzję.

Co w tym spektaklu może być bluźnierczego?

Mamy rekwizyt w postaci książki kucharskiej, na okładce której jest Matka Boska w czapce kucharskiej i fartuchu. (śmiech) Jako siostra Hubert mówię: „Jeśli się państwu nie przyda ta książka kucharska, to będziecie mieli piękny święty obrazek. W kuchni można go sobie oprzeć o kuchenkę mikrofalową”. Czy „pikantna sałata z Piłata” – jeden z przepisów ze wspomnianej książki kucharskiej. Miewam czasami takie poczucie, że dla kogoś może to jest jednak za dużo... Ale jeśli ktoś ma odrobinę dystansu i poczucia humoru, to musi się uśmiechnąć. Ludzie reagują fantastycznie. No ale zdarzają się szaleńcy, którzy uważają, że to jest świętokradztwo. Jednak dzięki tym siostrom zakonnym, dzięki wicegenerałowi, który się uśmiał i doskonale się bawił, miałyśmy potwierdzenie, że jest OK.