Niełatwo umówić się z Anną Dymną na wywiad. Aktorka wciąż łączy pracę w fundacji Mimo wszystko z grą w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, inicjowaniem kolejnych Salonów Poezji oraz ciągłą walką - o drugiego człowieka.

Godzina 8:30, dostaję telefon: - Panie Damianie, pomyliły mi się godziny egzaminu w PWST i mogę się z Panem spotkać wcześniej, np. o 9. Może Pan? Byliśmy umówieni na 10. - Tak, tylko szybko się przebiorę i będę na Rynku - odpowiedziałem. W słuchawce usłyszałem lekkie zdziwienie: - Przebiorę? Ja tam idę normalnie ubrana. Poza tym mam nadzieję, że nie będzie żadnych zdjęć, bo nie mam makijażu i nic specjalnego na siebie nie nakładałam. - Nie, nie będzie. - Uff - westchnęła z zadowoleniem.

Klub Loża, w którym się spotykamy, to ciekawe miejsce na artystycznej mapie Krakowa. To tu skupia się w dużej mierze życie kulturalne i towarzyskie miasta. Tu też można zobaczyć organizowane przez ZASP wystawy archiwalnych zdjęć wielu aktorów. Właśnie teraz na ścianach wiszą setki fotosów filmowych i teatralnych Anny Dymnej od początku pracy zawodowej do dziś.  

Bardzo nalegała Pani na wywiad w Krakowie.

Całe dnie mam tutaj zajęcia i nie mogę nigdzie wyjechać. Na wywiady umawiam się więc zwykle w biegu i w tzw. międzyczasie. Właśnie mam dwie godziny czasu. Ale prawda, że jestem takim kotem domowym. Tu, w Krakowie, czuję się jak w domu. I nigdy tego domu nie opuściłam. Wiem, że dużo może na tym straciłam. Grałam w Starym Teatrze i musiałam odrzucać wiele propozycji filmowych. Wówczas nie było szybkich pociągów, a w dodatku wiele lat był problem z benzyną i nie miałam jak dojeżdżać na plan. Ale i tak setki nocy spędziłam w samochodzie, kręcąc wiele filmów.

Wciąż żyje Pani na wysokich obrotach!

Pracuję ze studentami, jestem wciąż na etacie w moim Starym Teatrze i gram obecnie w pięciu przedstawieniach, od 2003 roku nagrywam program Spotkajmy się w TVP2, prowadzę fundację Mimo Wszystko i już dwanaście lat jestem gospodynią Krakowskiego Salonu Poezji...  Otworzyłam też czterdzieści dziewięć takich salonów poza Krakowem. Nawet poza granicami Polski.

Ocenia Pani poezję. A sama pisze Pani wiersze?

Nie śmiem. Poezja jest dla mnie zbyt ważna. Mimo że jestem w kapitułach kilku konkursów literackich i poetyckich, nigdy się na to nie odważyłam. Chociaż bardzo lubię czytać wiersze napisane przez osoby niepełnosprawne. Jest w nich bardzo dużo prawdy. Tacy ludzie nie kalkulują. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami wypowiedzianych słów. Dużo można się dowiedzieć o drugim człowieku, czytając poezję. Uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy z naszymi problemami sami. Np. Facet

Z jednej strony tak – czemu nie.

Z drugiej strony nie – bo i po co.

Nie chcę.

Nie lubię.

Po co mi powtórka z rozrywki.

Głupki, czuby nienormalne…

Przynajmniej ten jeden…

Taki normalny – przydałby się.

Trochę by mi pomógł.

Może miałby podejście do synka.

Może tak,

Może nie.

Sama już nie wiem.

Dzisiaj idę do teatru zobaczyć spektakl, z czego się bardzo cieszę, bo nieczęsto mogę usiąść na widowni. Śmieję się, że jesteśmy czasem takimi wtórnymi analfabetami. Mimo że chciałabym coś zobaczyć, gdzieś pojechać, po prostu nie mam czasu… bo gram.

Dlaczego wkoło jest tyle nienawiści?

Ludzie są coraz bardziej samotni, pędzą przez życie szybciej i szybciej, mają kompleksy, czują się zagrożeni, niepewni, niepotrzebni, nie mogą sobie sami ze sobą poradzić, więc często zioną nienawiścią. Poza tym nie liczą się ze słowami, więc hejtują, plują, obrażają… Może im to sprawia ulgę. Staram się to zrozumieć, ale gdy słyszę pytanie od dziennikarza: Proszę mi tak szczerze powiedzieć, po co pani wydaje społeczne pieniądze na debili?, to ogarnia mnie przerażenie. I tak nie dam się zniechęcić. Całkiem niedawno zadzwoniła do mnie dziennikarka z pytaniem: Czy ma pani raka?. Zaprzeczyłam. Powiedziała: To szkoda. Po czym się poprawiła: Znaczy się, trudno, nie szkodzi.... Na szczęście dobrych i mądrych pytań jednak jest więcej.

Anna Dymna - rok 1971 (fot. EastNews)

Interesuje się Pani polityką?

Oczywiście mam swoje marzenia i przekonania. Jednak nikt prócz mnie ich nie zna. Muszę być całkowicie apolityczna. Mam fundację. Pomagam ludziom chorym i niepełnosprawnym, bez względu na ich poglądy polityczne, tożsamość czy wiarę. A polityka to jest taka miażdżąca machina. Co chwilę zmieniają się nastroje polityczne. Wszyscy ze sobą walczą, zapominając często o najważniejszych sprawach. Jeśli poprze mnie jakaś opcja, to przecież druga mnie wykończy. Dlatego nie mogę wchodzić w te walki. Muszę mieć siłę na inne rzeczy. Muszę być jak mur. Moi podopieczni - niepełnosprawni intelektualnie - są bezbronni i bezradni. Nie mogę ich opuścić, zostawić, bo wdałam się właśnie w polityczne rozgrywki. Przykro mi, gdy przed wyborami wielu polityków rzuca się na mnie, by mnie wciągnąć w swoje przedwyborcze akcje. Choć przecież to rozumiem.

Artyści w polityce zawsze byli traktowani jak takie małpy, które mogą przyciągnąć trochę wyborców. Politycy często po prostu nie cenią moich działań. Chcą tylko w danej chwili wykorzystać publiczną osobę, która zagrała parę sympatycznych ról i w dodatku kojarzy się z pomaganiem innym.   

 

Otrzymała Pani propozycje bycia członkiem sztabów wyborczych?

Oczywiście! Całe szczęście wiele osób już wie, że jestem jakaś głupia, że i tak nie dam się namówić. Myślę, że szkoda wciągać wszystkich do polityki. Teraz zresztą wszyscy się na niej znają… Nie reaguję na żadne prowokacje, niczego nie komentuję, tym bardziej, że słowa przestają mieć wartość. Wylewają się całymi lawinami i właściwie nikt nie bierze za nie odpowiedzialności. Można powiedzieć wszystko, każdego opluć… Właściwie nie ma już miejsca na dyskusje. Nie szanuje się przeciwnika. Słyszy się tylko kłótnie i to często w niewyszukanym stylu. Często nawet nie wiadomo w tym harmidrze, o co komu chodzi.

Nie tylko w polityce.

To, co się dzieje w polityce, tak naprawdę rzutuje na całe społeczeństwo. Jest coraz więcej agresji w życiu codziennym, a ludzie nie zważają na słowa. Czytałam niedawno powieść o polskim naukowcu, chemiku Janie Czochralskim, który z różnych powodów jest w Polsce nieznany. Był kiedyś niszczony i wyzywany. Gdy poczuł się obrażony, wyzwał przeciwnika na pojedynek, bo tak mu nakazywał honor. Teraz siedzą dwie panie profesor, które wzajemnie się opluwają, a później… Idą razem na kawę.

Więc dlaczego Pani pomaga? W ten sposób bardzo się Pani naraża.

Mam problem, bo żadna moja odpowiedź nie zadowala pytających. Małgosia Chmielewska jest zakonnicą, więc może wszystko na Boga zrzucić. Janeczka Ochojska może powiedzieć, że kiedyś sama otrzymała pomoc, zna los osoby niepełnosprawnej …  I dają jej spokój. A mnie ciągle pytają. Właściwie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Janeczka poradziła mi: Odpowiadaj: robię to, bo pan tego nie robi! (śmiech). A tak naprawdę sprawia mi to działanie prawdziwą radość, a co ważniejsze, nadaje głęboki sens mojemu życiu.

Anna Dymna - rok 1971 (fot. EastNews)

Łatwo zatracić się w pomaganiu?

Mam ponad sześćdziesięciu pracowników w fundacji. Dzięki nim nigdy się nie zatracę. Mamy jasno wyznaczone cele, priorytety, plany i wiemy dokładnie, komu możemy pomagać. Moim priorytetem jest pomoc podopiecznym niepełnosprawnym intelektualnie. Oczywiście problemem jest to, że ludzie traktują mnie jak wróżkę, która pomoże wszystkim w każdej sprawie. Dostaję tysiące listów z całej Polski w sprawach zadłużeń, z prośbą o pracę, o kupno domu, samochodu, w sprawach procesów sądowych, z prośbą o wydanie książki… I to wcale nie od chorych ludzi. A ja przecież nie mam zaczarowanej różdżki. I nie mam na zawołanie milionów. Te, które zbiera moja fundacja z 1%, są z góry przeznaczone na utrzymanie warsztatów terapeutycznych, które wybudowaliśmy dla podopiecznych, na stałe projekty, które mają na celu pomóc godnie żyć osobom chorym i niepełnosprawnym. Nie wolno mi tych społecznych, czyli świętych dla mnie pieniędzy, wydawać na przykład na publikowanie poezji czy kupowanie komuś futra. Tym nie zajmuje się moja fundacja. A prywatnie nie jestem milionerem, choć ludzie mają takie o nas pojęcie. Żyję z pensji teatralnej i swojego zawodu. W fundacji jestem wolontariuszem.

Od jednej aktorki usłyszałem, że jej role są jej życiowymi nauczycielami.

Aktorstwo to wspaniały zawód. Całe życie staram się bowiem zrozumieć drugiego człowieka. Gdy gram jakąś postać, to muszę odkryć mechanizmy jej zachowania, wczuć się w jej emocje, odnaleźć powody jej cierpienia, nienawiści, agresji, radości. Ta praca uczy pokory, empatii, cierpliwości. Uczyło mnie tego przez ponad czterdzieści lat wielu wybitnych artystów. Myślę, że właśnie aktorstwo pozwoliło mi nawiązać kontakt z osobami cierpiącymi, niepełnosprawnymi, wczuć się w ich sytuację i dało mi odwagę, by im pomagać. W tym sensie role są moimi nauczycielami. Ale to nie znaczy, że gdy gram prostytutkę, alkoholiczkę czy babcię klozetową to te umiejętności wchodzą w moje życie – a ludzie tak nas czasem traktują. Moi koledzy z Na dobre i na złe mają mnóstwo próśb o interwencje lekarskie. A ja czasem po jakiejś roli oceniana jestem, jakbym naprawdę była tą postacią…

Niedawno zagrała Pani w krótkometrażowym filmie Dzień Babci, w którym wcieliła się Pani w rolę alkoholiczki.

Ten film zdobył już 21 nagród – ostatnio na festiwalu w Afryce Południowej. Twórcą jest młody reżyser, Miłosz Sakowski. To był jego film dyplomowy w Gdyńskiej Szkole Filmowej. Ten chłopak zasłużył sobie na sukces.

Nie od razu zgodziła się Pani w nim zagrać.

Miałam wtedy operację stopy. Nie mogłam już niczego zmienić. Musiałam odmówić. Najgorsze, że Miłosz przesłał mi, mimo mojej odmowy, scenariusz i szlag mnie trafił, bo scenariusz był wspaniały! Rzadko się takie otrzymuje. Płakać mi się chciało. Na szczęście los tak zrządził, że po operacji, rehabilitacji i po premierze w teatrze Miłosz znów zadzwonił. Okazało się, że coś mu się tam zawaliło i film czeka… no i zagrałam! Na szczęście. Bo praca była niezwykła. Wprawdzie bardzo ciężka, ale ci młodzi ludzie po prostu płonęli… jakby od tego filmu zależało ich życie. Ja zawsze tak pracuję, więc byłam szczęśliwa. W dodatku grałam starą, chorą alkoholiczkę i słyszałam kilka razy uwagę: Zróbcie coś z panią Anią, bo za młodo i za ładnie wygląda. To był miód na moje serce. Nie musiałam myśleć o wyglądzie, tylko zająć się sprawą.

Anna Dymna - rok 1971 (fot. EastNews)

Czuje Pani presję otoczenia? Teraz wszyscy chcą być młodzi, ładni, nieskazitelni...

A wie Pan, gdzie ja to mam? W pogardzie (śmiech). Tyle lat byłam piękna i młoda, że mi wystarczy. Grunt, że jestem jeszcze potrzebna i że mam marzenia. Jeszcze chciałabym zagrać w bajce dla dzieci jakąś czarownicę.

 

Nadal Pani marzy o rolach?

Oczywiście!

Mimo że od 73’ roku gra Pani w teatrze?! Nie wierzę!

Szczerze? Od pięciu lat powinnam być na emeryturze, ale nie wyobrażam sobie na razie życia bez sceny. I wie Pan, tak naprawdę jestem młoda, tylko tak się kryję, by mi inni nie zazdrościli! (śmiech). Gdy byłam młoda, to nie wiedziałam, że jestem tak szczęśliwa, więcej narzekałam. Teraz codziennie od rana cieszę się, że żyję, że mam dwie ręce, dwie nogi i jeszcze mogę chodzić.

Nauczyła się już Pani bycia asertywnym?

Uczę się, bo jeżeli komuś pomagamy, to musimy pomagać z głową. Niedawno wracałam w nocy i na dworcu zaczepił mnie agresywny mężczyzna. Złapał mnie za rękę i krzyczał: Pani pomaga? Bo jak Pani pomaga, to da mi Pani pieniądze, a nie udaje, że pomaga?. Groźnie było. Wtedy po raz pierwszy zagroziłam komuś, że jeżeli mnie nie zostawi, to zadzwonię na policję.

Podobno wszyscy są na swój sposób niepełnosprawni...

Mamy ogromne wózki inwalidzkie w sobie. I jest coraz gorzej. Już co czwarta osoba w Polsce ma problemy z psychiką. To, co się dzieje teraz na świecie, bardzo sprzyja depresji, a jest to najgorsza choroba. Często śmiertelna. Coraz częściej słyszę, że na depresję cierpią młodzi ludzie, w tym dzieci. Jak miałam dwadzieścia lat, to wiedziałam, że depresja to ziemia poniżej poziomu morza – tylko tyle...

Świat stawia młodym ludziom coraz wyżej poprzeczkę.

Ale po co tak gonić? Po co się tak ścigać? Lepiej żeby jeden z drugim spokojnie sobie usiadł, zastanowił się, komu by się przydał, komu mógłby pomóc. Trzeba mieć pasję i miłości - a nie patrzeć na to, kto ma więcej. Co z tego, że coś masz za wszelką cenę? Skoro za chwilę może nas szlag trafić. Trzeba czerpać radość z życia. Zresztą w Biblii jest napisane: Czym się człowiek różni od zwierzęcia? A właśnie tym, że może się cieszyć z pracy swojej. Wykonuję najtrudniejszy zawód na świecie, który wymaga ogromnej kondycji psychicznej i fizycznej, ale za to jaki piękny! I bez względu na wszystko jest moją największą radością.

Jest Pani pogodzona z przemijaniem?

Wczoraj przeczytałam, że moment śmierci jest momentem największej nadziei. Mam sześćdziesiąt pięć lat i nie wiem, ile jeszcze pożyję. Jedyną rzeczą, której możemy być pewni od urodzenia to to, że umrzemy. Po co więc się bać? Zresztą widziałam ludzi, którzy umierali uśmiechnięci.

Anna Dymna - rok 1983 (fot. EastNews)

Zdarza się Pani chodzić jeszcze do Piwnicy pod Baranami?

Od dawna nie chodzę. Kiedy umarł Wiesiu [Wiesław Dymny - przyp. red.], chodziłam przez chwilę, jednak kiedy umarł Piotr [Piotr Skrzynecki przyp. red.], przestałam. Pod mostkiem mnie tak dziwnie gniecie, kiedy tam idę. Traktowałam Piwnicę jak drugi dom, który był bijącym źródełkiem prawdy. Wolność zabrała temu miejscu największy sens. Mówiło się tam o rzeczach zakazanych, a teraz przecież wolność jest wszędzie.

Podobno były tam najlepsze imprezy w Krakowie!

Nie da się ich opisać, bo takich już nie ma! Słyszy Pan latające jerzyki? Zawsze jak zamykam oczy, wyobrażam sobie, że wychodzimy z Piwnicy pod Baranami. Jeździ polewaczka wokół Rynku, słychać jeżyki latające nad wieżami Kościoła Mariackiego i szczęk rozwożonego mleka. Zawsze chodziliśmy na kamienną ławkę pod Kościołem Mariackim i wspólnie z Piotrem i Wiesiem siadaliśmy na niej, gadaliśmy o wszystkim i popijaliśmy mleko.

Można kogoś kochać przez całe życie? Nawet, kiedy ta osoba odeszła?

Pewnie, że tak! Pamięć o niej daje siłę, choć nie jest łatwo do tego dojść. Gdy się kogoś naprawdę kocha, to do końca życia. To jest oczywiste, że jak ktoś umarł, to nadal go kochamy. Zawsze, kiedy robię coś ważnego, zastanawiam się, co by Wiesiek powiedział. Utrata kogoś nie jest łatwa, ale miałam wtedy wokół siebie dobrych ludzi i to mnie uratowało. Wiem, że to prawda. Nie ma w życiu większej wartości niż miłość.  

A przyjaźń?

Myślałam o tym dużo, kiedy Krzysiu Globisz dostał udaru. To jest człowiek, który przez całe życie jest na wszystkich otwarty, był zawsze tam, gdzie go ktoś potrzebował. Jest prawdziwym przyjacielem. Kiedy spotkało go nieszczęście, wszyscy stanęli przy nim, by mu pomóc. Niektórzy komentowali, że on taki sławny, dlatego mu pomagamy. Napisałam wtedy na stronę kilka zdań: Zamiast pluć, trzeba żyć tak, by zasłużyć sobie na przyjaciół. By kiedyś, gdy zawali się nasz świat, nie być samotnym. Krzysiu po prostu zasłużył sobie na przyjaciół. Mnie kiedyś też uratowali moi przyjaciele z teatru. Gdyby nie oni, to by mnie dawno nie było. Kiedy umarł Dymny, spaliło mi się mieszkanie - byli ze mną. Wiedzieli, że nie chcę wracać do pustego domu, siedzieli ze mną - jak trzeba było - do rana. Kiedy nie miałam dachu nad głową, mieszkałam u koleżanki z teatru Eli Karkoszki.

[podchodzi przechodzień, który prosi o autograf]

Przeszkadza to Pani?

E tam, nauczyłam się już z tym żyć. Idę kiedyś i zaczepia mnie jedna osoba: Boże! Jak pani strasznie przytyła!. Idę sobie dalej, zaczepia mnie kolejna: Pani Aniu, musiała pani bardzo schudnąć! Ślicznie pani wygląda!…. więc spokojnie szłam dalej. Ludzie są szczerzy do bólu… choć zwykle przecież dla mnie życzliwi. No ale czasem są w prawdziwym szoku. Niedawno pewien mężczyzna zatrzymał się na środku ulicy i zaczął krzyczeć: Co pani ze sobą zrobiła?! Widziałem panią wczoraj w telewizji. Nie zgadzam się! Pani ma być zawsze młoda!. Odpowiedziałam mu, że ten Janosik, co go wczoraj widział, był kręcony czterdzieści pięć lat temu, więc to przecież nieunikniona zmiana. Ale oczywiście przeprosiłam go.

Anna Dymna (fot. EastNews) 

Chciałaby Pani zatrzymać czas?

Nigdy nie chciałabym niczego zatrzymać. Każda rzecz ma swój czas… Każdy wiek mi się podoba. Najważniejsze, żebym w środku się nie zmieniła.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

I co teraz Pan z tego spisze? Przecież o niczym ważnym jeszcze nie porozmawialiśmy! (śmiech)

Rozmawiał Damian Duda