Jak sobie radzicie z tym zamieszaniem wokół Was? Liga Mistrzów, transfer Roberta, Wasz ślub.

ROBERT LEWANDOWSKI: Staramy się do tego przywyknąć, bo rzeczywiście  w Polsce właściwie cały czas ktoś nam „towarzyszy”. Ale większość czasu jednak spędzamy w Dortmundzie, a tam nie mamy problemu z paparazzi. Do Polski wracamy dwa razy do roku i tak naprawdę wtedy wzbudzamy większe zainteresowanie.  

ANNA LEWANDOWSKA: Paparazzi często myślą, że ich nie widzimy, ale chyba zawsze wiemy, kiedy robią nam zdjęcia. Zdarza się, że machamy do nich. Ostatnio jechaliśmy z jednym z nich w windzie. Mówi do nas przejęty: „Tak blisko to jeszcze nie byłem z osobami, którym chcę zrobić zdjęcie”. Był naprawdę wystraszony, może myślał, że Robert zrobi awanturę? Kiedy opuszczaliśmy windę, przed nią stał drugi paparazzi, który  był bardzo zdziwiony, że wychodzimy  z uśmiechem, a nie wściekli.

I naprawdę nie męczy Was to ciągłe zainteresowanie, śledzenie?

Robert: Czasami jest to męczące, zwłaszcza kiedy robią to w bardzo agresywny sposób. Zazwyczaj nas to śmieszy, ale czasem po tych ludziach widać, że są zdolni do wszystkiego, żeby zrobić zdjęcie, i to już jest trochę przerażające. Tym bardziej że my nie gwarantujemy żadnej sensacji. No bo co oni mogą mieć na takim zdjęciu? Jak wysiadamy z samochodu? Idziemy na spacer? Albo siedzimy w restauracji? Potem jeszcze będą musieli się namęczyć, żeby dorobić do tego jakiś podpis. Ale nic na to nie poradzimy. Trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić.

Nawet do tego szaleństwa wokół Waszego ślubu? Każdy portal plotkarski, każdy tabloid miał swoją wersję wydarzeń, swoją „sprawdzoną  i pewną” datę ślubu. Nawet za granicę pojechali za Robertem zrobić zdjęcia z kawalerskiego.

Anna: I znów żadnej sensacji. Ja miałam wieczór panieński miesiąc temu.

Ale to też może właśnie jest znak czasu, że wy jesteście tym pierwszym pokoleniem, które dorastało i właściwie cała kariera Roberta toczyła się, kiedy już funkcjonowały w Polsce portale plotkarskie i prasa kolorowa.

Robert: Pewnie coś w tym jest. Traktujemy to naturalnie. Ale może potrafimy traktować to na luzie, bo tego nie potrzebujemy? Nie żyjemy z zainteresowania mediów. Ja swoją wartość, swoją karierę buduję na boisku. I wszystko, co osiągnąłem, wynika z tego, że gram dobrze w piłkę, a nie z tego, że paparazzi robią mi zdjęcia. Nie będę lepiej zarabiał,  jeśli nagle zacznę udzielać większej liczby wywiadów. Nie trafię do lepszego klubu, dlatego że będę się pojawiał na bankietach.

Anna: Mamy świadome podejście do show-biznesu, wiemy, jak funkcjonuje.

A nie czujecie się trochę jak więźniowie we własnym domu?

Robert: Bez przesady. Nie będę przecież zmieniać planów tylko dlatego,  że pod domem stoi paru facetów z aparatami. Tym bardziej że jak jestem w Polsce, to przeważnie mam wtedy wolne. Więc siedzenie w domu całymi dniami mnie jakoś też nie satysfakcjonuje.

Tylko że często to się nie ogranicza do „kilku facetów z aparatami”. Widziałam, co się działo ostatnio w Krakowie podczas turnieju piłki nożnej. Taki tłum zaciskał się wokół Ciebie, że potrzebowałeś kilku ochroniarzy, żeby  w ogóle się poruszać. 

Robert: Gram na stadionach codziennie, wiem, ilu kibiców przychodzi i jak są szczęśliwi po wygranych meczach, i dla mnie to tak naprawdę nie jest jakaś nowość. Zdaję sobie sprawę, że jestem osobą, która dla niektórych może być pewnego rodzaju atrakcją. Chcą sobie zrobić zdjęcie, wziąć autograf. I zazwyczaj odbywa się to w kulturalny sposób, więc nie ma problemu. Wiadomo, że nie jestem w stanie podpisać się każdemu, czy zrobić z każdym zdjęcia. Ale zawsze, jak tylko mogę, to z dużą przyjemnością to robię.

Czy na taką sławę, na taki sukces da się przygotować? A może wręcz trzeba się przygotować? Żeby potem nie stracić kontaktu z rzeczywistością?

Robert: Myślę, że mi to nie grozi. Wiadomo, że cała moja kariera rozgrywała się krok po kroku. Więc też ten sukces, który przyszedł, to nie był dla mnie szok.

Aniu, czy był moment, kiedy Robert zachłysnął się swoim sukcesem?

Anna: Nie. Nie z wykrzyknikiem. (śmiech)

Można wręcz powiedzieć, że początki miałeś ciężkie. Czytałam w Twojej biografii – Twoja mama opowiadała – że po tym, jak nie przyjęli Cię do Legii, byłeś naprawdę załamany.

Robert: Nie zawsze się wygrywa. Tę gorycz porażki też trzeba jakoś przełknąć. I szczególnie w takich momentach trzeba powiedzieć sobie, że się człowiek nie podda, że się podniesie. Ciężko pracuję, żeby stawać się coraz lepszym piłkarzem, coraz więcej osiągać. Więc to, co się dzieje dziś, jest konsekwencją tego, co robię od dziecka. Zawsze chciałem odnieść sukces na boisku nie tylko na własnym podwórku, ale też na arenie międzynarodowej. Taki był mój zamiar i taki jest nadal mój cel.

Co jest obok pracy, treningów najważniejszym czynnikiem Twojego sukcesu?

Robert:  Pokora. Szacunek do tego,  co się osiągnęło. U piłkarzy to jest bardzo ważne, aby ten poziom cały czas utrzymywać. Im jest się wyżej, tym jest trudniej. Nie ma gwarancji, że jak się zagrało kilka meczów czy dwa sezony dobrze, to już tak będzie zawsze. Jeśli się myśli, że już się będzie zawsze tak grało, to jest to pierwszy krok do tego, żeby upaść. Wiem, że tej ciężkiej pracy przede mną jest jeszcze bardzo dużo. Dlatego ważna jest też dyscyplina. Żaden trener cię nie upilnuje, jeżeli sam nie masz  w sobie dyscypliny i determinacji.

Mówi się, że w przypadku sportowców duża część ich sukcesu to zasługa ich kobiet.  

Robert: Na pewno jest w tym dużo prawdy. Kiedy piłkarz ma czystą głowę, nie ma problemów w życiu prywatnym, może skupić się tylko i wyłącznie na piłce. Nie ma co się oszukiwać, jak zawodnik ma problemy w życiu osobistym i idzie na  boisko, to niby skupia się na treningu, ale trudno jest się tak kompletnie wyłączyć.

I rzeczywiście jest tak, że Ania Ci odpuszcza, jak masz ważny mecz? Że tak to może miałaby jakieś pretensje, ale myśli sobie: „Robert jutro gra, to już nic nie będę mówić”?

Robert: Trzeba o to zapytać Anię. (śmiech)

Anna: Zależy, jak bardzo przeskrobie. (śmiech) Ale tak serio, rzeczywiście mu odpuszczam. I przedkładam jego sprawy, jego komfort nad swój. Chociaż nie zawsze jest to łatwe. Ja też trenuję, też mam swoje życie zawodowe.

 

Jesteś mistrzynią Polski i Europy w karate tradycyjnym. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że kiedy Robert grał mecz finałowy Ligi Mistrzów na Wembley, tego samego dnia Ty miałaś swój finał mistrzostw Polski.

Anna: Na mistrzostwach Polski zawsze startuję w pięciu konkurencjach. Dla mnie te zawody to karta przetargowa na mistrzostwa Europy. No i tego dnia zrezygnowałam ze swojej części życia, żeby polecieć do Roberta na mecz. Wiedziałam, że zdążę wystartować w jednej konkurencji. Ostatecznie udało się aż  w trzech, bo bardzo pomogli mi organizatorzy. Poprzesuwali wszystko tak,  żeby najpierw odbyły się moje konkurencje, mężczyźni musieli czekać ze swoimi startami. Jestem za to bardzo wdzięczna. Prosto z zawodów pojechałam na lotnisko i zdążyłam na samolot do Londynu o 15.00. Weszłam na stadion w pierwszej minucie meczu.

Zapomniałaś dodać, że wcześniej zdobyłaś mistrzostwo Polski.

Anna: Bardzo  się z tego cieszę, tym bardziej że pod taką presją czasu i stresu,  że Robert gra finał Ligi Mistrzów, trudniej się startuje. I mimo że Robert jest dla mnie taki ważny i jego kariera jest ważna, to jednak nie rezygnuję z siebie, potrafię to wszystko jakoś pogodzić. 

Robert: Ania nie tylko to godzi, ale jest też dla mnie bardzo dużym wsparciem.

A Robert bywa na Twoich zawodach? Czy wolisz, żeby nie przyjeżdżał, bo Lewandowski na trybunach wywołuje zbyt dużą sensację?

Anna: Wywołuje. (śmiech) Ale był kilka razy. Jest mi naprawdę miło, kiedy wiem, że na zawodach jest gdzieś obok i mniewspiera.

Robert: Ale czasem trudno mi na to patrzeć, bo to jest bardzo kontaktowy sport i tam naprawdę się obrywa.  Dlatego bardzo się stresuję, kiedy Ania walczy. Przeżywam to. Po zawodach zwracam uwagę, czy nie jest za bardzo poobijana, czy nie ma siniaków.

Anna: Porównujemy, kto ma więcej. (śmiech)

Taka domowa rozrywka sportowców – porównywanie siniaków. (śmiech) A co Ania mówi po Twoich meczach?

Robert: Mówi, że jest ze mnie dumna. Opowiada mi, jak przeżywała na stadionie spotkanie, co czuła, co się działo, co mówili kibice. A jak jej nie ma na meczu, to jest pierwszą osobą, do której potem dzwonię. Opowiadam jej, jak mi się grało, jaki był wynik. Chociaż w domu nie rozmawiamy często o piłce.  

Aniu, kiedy Robert strzelił cztery gole Realowi w półfinale Ligi Mistrzów, to co czułaś?

Anna: Przy trzecim się popłakałam. Przy czwartym się odwróciłam. Siedziałam tylko i powtarzałam: „Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę”.

A Ty, Robercie, zdawałeś sobie sprawę z tego, co się dzieje? Że właśnie przechodzisz do historii? Stajesz się żywą legendą, pogromcą Realu?

Robert: Nie, na boisku to w ogóle do mnie nie docierało. Myślę, że to nadal jeszcze do mnie, tak do końca, nie dotarło.  Na meczu byłem skupiony na grze. A po meczu byłem po prostu zmęczony.

Pamiętasz, co powiedziałeś Ani, kiedy przyjechałeś do domu?

Robert: Głodny jestem. (śmiech)

Anna: W domu 15 osób na niego czeka, a on „głodny jestem”. (śmiech)

I co zjadłeś?

Robert: Nie pamiętam. Często tak jest, że po takim sukcesie człowiek chce się cieszyć, ale nie ma siły. Wiadomo, że się cieszyłem w środku, ale trudno było to okazać na zewnątrz jakoś żywiołowo.

Więc poszedłeś spać?

Robert:  Nie, zasnąć to po każdym meczu jest trudno. Gramy przecież zazwyczaj o 21.00, więc wracam do domu  ok. 1 w nocy, czasem później, jeśli idziemy gdzieś z chłopakami z drużyny. Trzeba odczekać, wyciszyć emocje.

Czy ty, Aniu, ze względu na swoje wykształcenie i sportowe doświadczenie, bywasz takim prywatnym domowym coachem Roberta?

Anna: To się dzieje w naturalny sposób. Kiedy gra się na takim profesjonalnym poziomie jak Robert, przy takim obciążeniu organizmu, to trzeba brać pod uwagę również wszystko to, co dzieje się poza  boiskiem – począwszy od odnowy biologicznej, żywienia, na śnie skończywszy. Rzeczywiście staram się w tym Robertowi pomagać, bo on nie ma czasu na to, żeby się zastanawiać, co powinien zjeść, jaki produkt spożyć, żeby mu dał energię, albo żeby odkwasić organizm po wyczerpującym meczu, nie wie, że czasem powinien dodać jagody goji jako przekąskę, bo mają zbawienny wpływ na organizm. A ja się bardzo interesuję zdrowym żywieniem. To jest moja pasja. Kończę studia na tym kierunku, biorę udział w kongresach, sympozjach na całym świecie. Współpracuję z ekspertami. Robert w tej kwestii mi zaufał i ta nasza współpraca zdaje egzamin, bo jest w świetnej formie.

Robert: Faktycznie ja z tego sporo korzystam. Ania współpracuje z lekarzem, jeszcze jednym dietetykiem i naprawdę to, co robi, jest bardzo profesjonalne.

Anna: Z Robertem się bardzo dobrze pracuje, bo on jest zdyscyplinowany. Dużo osób zwraca się do mnie o pomoc, ale rzadko zdarzają się ludzie z takim zaangażowaniem jak Robert. A jeśli tego nie ma, to nic się nie uda zrobić. Niestety taka forma, jaką ma Robert, wymaga dyscypliny i wyrzeczeń. Ale są efekty.

Patrząc na Was, naprawdę zaczynam w to wierzyć. (śmiech). A ty, Aniu, gotujesz Robertowi?

Anna: Tak, jak tylko jestem w domu. Bardzo ważne jest to, jaki produkt kupimy. Bo nawet najlepsze danie z kiepskich produktów nie będzie zdrowe. W Polsce jest łatwiej niż w Niemczech. Dlatego często przywożę produkty z Polski. A jak mnie nie ma, to Robert też sobie radzi. Ma już takie potrawy, które sam umie przygotować, albo dania sprawdzone w restauracji. 

Wy ciągle jesteście na diecie!

Robert: Bez przesady. Wiadomo, że sezon nie trwa cały rok i zdarzają się  momenty, kiedy można zaszaleć. Oczywiście z głową.

Anna: To, że pilnujemy diety, nie oznacza,  że nic nie jemy. Jemy dużo, tylko eliminujemy pewne produkty, na przykład nabiał, mleko. Istotne jest też to,  w jakiej kolejności, jakie produkty się je. Chodzi o sposób ich komponowania. Nie patrz tak na mnie. (śmiech) Jeśli Robert ma ochotę na ciasto, to po prostu je zje.

Robert: Ja najbardziej lubię Ani ciasto marchewkowe. A jeśli chodzi o dania na co dzień, to pamiętam, że trzeba jeść dużo makaronu, bo muszę uzupełniać energię węglowodanami, ale też powinienem wybierać razowy zamiast białego.

 

Mimo takich wielkich sukcesów mam wrażenie, że jesteście bardzo skromni, aż za skromni. 

Anna: To kwestia wychowania. Nie pochodzimy z bardzo zamożnych rodzin. Ani Robert, ani ja nie mieliśmy łatwego dzieciństwa. Moja mama wychowywała mnie i brata sama, bo tata odszedł od nas, kiedy byliśmy mali. Zajęłam się sportem, pewnie to była jakaś ucieczka od kłopotów. Robert też całe życie pracował na swoje sukcesy. Więc to, co ma, sam sobie wypracował.

Robert: To kwestia konsekwencji. Wiemy, jak się znaleźliśmy tu, gdzie jesteśmy, i wiemy, gdzie chcemy dojść. 

Za taką karierą sportową jak twoja, Robercie, idą gigantyczne pieniądze. Przy okazji Twojego transferu mówi się o dziesiątkach milionów euro. Jaki macie stosunek do pieniędzy?

Robert: Staramy się korzystać z życia, ale nie przesadzamy. Zdaję sobie sprawę, że takie sumy w Polsce przyprawiają  o zawrót głowy. Dlatego bardzo szanuję to, co osiągnąłem. Mam jakieś swoje słabości, na przykład samochody. Wiadomo też, że to życie piłkarza nie trwa wiecznie. Można grać do 35. roku życia i trzeba myśleć o tym, żeby wystartować rozsądnie w piłkarski wiek emerytalny.

Anna: Mamy takie podejście: to, że pieniądze są, nie znaczy, że trzeba je lekkomyślnie wydawać. Jeżeli coś nie jest nam potrzebne, to tego nie kupujemy. Inna sprawa, że Robert przy tak intensywnym życiu sportowym też nie ma za bardzo kiedy wydawać pieniędzy. Poza tym otaczamy się bardzo normalnymi, mądrymi ludźmi. Rodziną, przyjaciółmi. Nikomu w naszym towarzystwie nie przyszłoby do głowy szpanować pieniędzmi. Mamy taką paczkę, o której mogę śmiało powiedzieć, że nikt nikomu nie zazdrości. Przeciwnie, po meczu wszyscy dzwonią: „Ania, ale pięknie Lewy strzelił. Brawo!!!”. I naprawdę się cieszą.  

Wy do tego sukcesu Roberta dojrzewaliście razem.

Anna: Dlatego często śmiejemy się,  że jesteśmy ze sobą tak długo, że nikt nie może mi zarzucić, że jestem z Robertem dla jego sławy czy pieniędzy. Bo jak się poznaliśmy, grał w Zniczu Pruszków. (śmiech)

Ajeśli chodzi o psychiczne wsparcie, też sobie pomagacie? Wyobrażam sobie, że ostatni okres musiał być dla Was ogromnie stresujący. Ania mistrzostwa, Robert Liga Mistrzów, do tego ciągłe spekulacje wokół transferu Roberta, no i wasz ślub – wszystko w jednym czasie. To wymagało chyba żelaznych nerwów?

Robert: Liga i mistrzostwa już za nami. A jeśli chodzi o doniesienia na temat transferu, to staramy się po prostu przewidzieć, jaki będzie scenariusz,  i się na to przygotować. Chociaż oczywiście nie da się tego w 100 procentach kontrolować. Inna kwestia, że jak ja nie mam meczów, to aż tak się tym wszystkim nie przejmuję. Mogę całkiem nieźle znieść kilkakrotną dawkę stresu,  i tak nie będzie to miało wpływu na moją grę, bo po prostu wtedy nie gram. (śmiech) A w sezonie, kiedy jestem na boisku, staram się na tym nie skupiać.

Anna: Nie czytamy doniesień prasowych, spekulacji o transferze. Nie mamy na to czasu. I jak się domyślasz, wcale nam nie zależy, żeby tyle się o tym mówiło. Jesteśmy w kontakcie z Czarkiem Kucharskim, menedżerem Roberta, i wiemy, jaka jest prawda.

Dziś Robert jest najjaśniejszą gwiazdą Borussii, więc nic dziwnego, że klub nie chce go stracić. Chociaż kiedy przeprowadziliście się do Dortmundu, to te początki były trudne. Pamiętam, że prasa nie była dla Roberta łaskawa, po tym jak w siedmiu meczach z rzędu nie strzelił bramki. Przeżywał to? 

Anna: Przeżywał, ja też przeżywałam, ale nie dałam tego poznać po sobie.  Że mnie to tak boli. Nie chciałam mu dokładać stresu. Dlatego dzwoniłam do Czarka się wygadać. Myślę, że za jakiś czas będziemy fajnie to wspominać, bo coś się działo.

A Ty, Aniu, jak masz jakieś swoje kłopoty czy gorszy dzień, to zwierzasz się Robertowi?

Anna: Mogę mu o wszystkim powiedzieć. Śmieję się, że Robert to jest mój psycholog domowy. Zawsze potrafi mnie przekonać, że nie warto się przejmować. Nie oczekuję oczywiście od niego, że wszystko rzuci i przyjedzie mnie pocieszać, bo mam gorszy humor. Ale widzę, że mu na mnie  zależy, bo często potrafi z czegoś zrezygnować, żeby być przy mnie.

Ty nie wahałaś się rzucić wszystkiego i przeprowadzić się za nim najpierw do Poznania, potem do Dortmundu.

Anna: Kiedy grał w Lechu Poznań, nawet zmieniłam dla Roberta szkołę. Musiałam przez to nadrabiać z piętnaście różnic programowych. Dojeżdżałam na treningi do Warszawy, często nocami, pociągiem. Ale nie żałuję i dziś miło wspominamy te nasze wspólne początki.

No właśnie, skoro mowa o początkach. Poznaliście się na obozie przygotowawczym przed studiami.

Robert: Przyjechałem tylko na jeden dzień, bo miałem mecz. Od razu zwróciłem na Anię uwagę. Była wtedy jeszcze blondynką, chodziła w bluzie z kapturem. Wszyscy nawzajem zgadywaliśmy, co kto trenuje. Ja myślałem, że Ania trenuje tenis albo balet. Okazało się, że karate i że trenujemy tak naprawdę obok siebie w Pruszkowie.

Podobno Ania nie chciała się z tobą umówić, bo miała kiepskie zdanie o piłkarzach.

Anna: Nie interesowałam się wtedy piłką nożną.

A co Ci się w piłkarzach nie podobało?

Anna: Wszystko odwołuję! (śmiech)  Patrzyłam na Roberta przez pryzmat stereotypu. Tak jak o dziewczynach piłkarzy mówi się, że tylko leżą, pachną  i nic nie robią, a w głowie pusto. A ja nie spotkałam ani jednej takiej. A naprawdę znam wiele dziewczyn piłkarzy. Na spotkanie z Robertem namówiła mnie przyjaciółka. Mojej mamie też się zresztą spodobał. Pokazałam jej zdjęcie z tego wyjazdu integracyjnego – Robert siedział tam przy ognisku w takiej czarnej koszulce. Moja mama pierwsze, co powiedziała, to że widać od razu po uśmiechu, że to bardzo ciepły, fajny chłopak.

A gdzie była pierwsza randka?

Robert: Umówiliśmy się w kawiarni przy Chmielnej.

Anna: Robert oczywiście się spieszył na trening. (śmiech) 

Robert: To było pierwsze spotkanie. Randka z prawdziwego zdarzenia była w kinie.

Anna: Pamiętam, że siedzieliśmy potem przed kinem, Robert mnie przytulił, tak się ładnie uśmiechnął, ciepło, i powiedział: „Wiesz, Ania, ja ci pokażę mężczyznę takiego, jakiego jeszcze nie znasz”. I tym mnie urzekł. 

 

Robert bywał jeszcze potem taki romantyczny? Robi niespodzianki?

Robert: Zdarza się.

Anna: Uczy się. (śmiech) 

A Wasze zaręczyny to była niespodzianka?

Anna: Duża. Wiedzieliśmy, że chcemy być razem, ale ja nigdy nie naciskałam na ślub, z drugiej strony byliśmy już na tyle długo parą, że mogłam się tego spodziewać… Ale Robert mnie naprawdę wtedy zaskoczył.

Powiedziałeś swojej mamie, że zamierzasz się oświadczyć?

Anna: Nikomu nie powiedział! Nawet jego najlepszy przyjaciel Róża nic nie wiedział.

Robert: Moja mama powiedziała,  że była pewna, że oświadczę się Ani. Zresztą bardzo ją lubi. Nazywa ją swoją drugą córeczką.

Anna: Nasze mamy są bardzo ważne dla nas. Bo są same. Roberta tata zmarł nagle, kiedy Robert miał 16 lat. Więc bardzo  staramy się je wspierać. I one też nas bardzo wspierają. A Robert, okazuje się, często rozmawia  z moją mamą, czasami nawet o tym nie wiem.

A do swojej mamy też dzwoni?

Anna: Codziennie!

Patrzę na Was i widzę, że jesteście absolutnymi przeciwieństwami. Ty, Robercie, jesteś totalnie spokojny, nawet żyłka Ci nie drgnie. A Ania ma masę energii. Jak wy się dogadujecie?

Anna: Kiedyś moja koleżanka powiedziała, i to nam się bardzo spodobało, że chociaż jesteśmy z Robertem  takimi przeciwieństwami,  to razem się uzupełniamy, tak jak zamek w kurtce.  Zazębiamy się.

Robert: A ja też nie jestem taki spokojny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jak trzy dni nie trenuję, jak odpuszcza zmęczenie, to też zaczynam się inaczej zachowywać. Ania się śmieje,  że jak sobie odpocznę, to od razu się wyluzowuję.

Anna: W otoczeniu najbliższych przyjaciół Robert faktycznie zachowuje się inaczej. Kiedyś po mistrzostwach Niemiec poszliśmy z całą drużyną na imprezę i nagle Robert zaczął tak szaleć na parkiecie, że sama nie mogłam uwierzyć, że to on. Wcześniej nie chodziliśmy razem na dyskoteki, bo wiedziałam, że nie ma sensu, bo on będzie stał, a ja najwyżej mogę machać nogą dookoła niego. Bo on tańczyć nie lubi i nie tańczy.

Czy Wy się w ogóle kłócicie?

Robert: Właściwie to nie. 

Anna: Przekomarzamy się raczej. Nie ma mowy o trzaskaniu drzwiami czy jakichś krzykach. To zazwyczaj są jakieś błahostki. Zresztą nie umiemy się  na siebie długo gniewać.

Robert: Jestem raczej pobłażliwy i wyrozumiały w stosunku do Ani. Poza tym tak się dobrze dogadujemy, że czasem coś na siłę wymyślamy, żeby coś się zadziało.

Jesteś zazdrosny o Anię?

Robert: Czasem tak, ale zazwyczaj próbuję to ukryć. Scen nie robię.

I nie denerwujesz się, jak Ania się wystroi w szpilki i mini, i jest taka superatrakcyjna?

Anna: O nie, wręcz przeciwnie. Ja na co dzień noszę trampki, dżinsy i czarną skórę. I Robert czasem mówi: „No, może byś włożyła obcasy i sukienkę?”. Wtedy ja wzdycham: „No dobrze, robię to dla ciebie”. (śmiech)

A były takie momenty, że Wasz związek był wystawiony na próbę? Że myśleliście, że nie przetrwacie?

Robert: Nie, zawsze w najgorszych nawet momentach się wspieraliśmy.

Anna: Nigdy nie było takiego zwątpienia nawet przez sekundę.

Jak na dzisiejsze czasy to w bardzo młodym wieku postanowiliście układać sobie życie. Macie zaledwie po 25 lat.

Anna: Sport powoduje,  że szybciej dojrzewasz. I też wymaga tego, żeby wszystko w życiu mieć poukładane.

Robert: Kochamy się, więc ślub jest naturalną konsekwencją.

Planujecie przyszłość?

Anna: Na pewno myślimy o dzieciach. I wtedy będę musiała trochę zwolnić z karierą sportową. Ale to też nie znaczy, że po ślubie nic nie będę robić. Pewnie karate będę trenowała zawsze, ale kończę właśnie drugie studia, chcę się  profesjonalnie zająć doradztwem żywieniowym. Moim marzeniem jest też to, żeby założyć wspólnie z Robertem fundację. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Na razie nie mamy zbyt dużo wolnego czasu, ostatni rok był naprawdę niezwykły, wszystko działo się bardzo szybko.

Robert: Dlatego na razie zamierzamy odpocząć.

W podróży poślubnej?

Anna i Robert: (śmiech)

To będzie musiała być bezludna wyspa, bo gdzie indziej to się wam chyba w obecnej sytuacji nie uda odpocząć…