Mówi się, że Bóg najszybciej zabiera do siebie najpiękniejszych, najwrażliwszych, najzdolniejszych. Skoro tak, nic dziwnego, że zabrał też Annę Jantar, gwiazdę polskiej piosenki lat 70. Żona Jarosława Kukulskiego i mama czteroletniej wówczas Natalii zginęła 14 marca 1980 roku w katastrofie lotniczej. Chicagowski muzyk Adam Glinka, z którym Jantar grała ostatnie koncerty, wspomina, że na amerykańskim lotnisku była „śnieżyca, ponuro, nieprzyjemnie”. Samolot Ił-62M, którym gwiazda miała przylecieć do Warszawy, nazywany czasami przez załogi „latającą trumną”, był cały oblodzony. Glinka wątpił, czy w ogóle odleci. Ale oderwał się od ziemi. Na Okęcie po żonę wyjechał Kukulski z małą Natalką i jej babcią, mamą Anny, Haliną Szmeterling. Po drodze kupił bukiet kwiatów. Przez kilka ostatnich miesięcy mieli kłopoty małżeńskie, ale wciąż zakochany w Ani Jarek chciał je zażegnać. W ostatnim liście napisał jej, że chce walczyć o ich miłość.

Anna Jantar: śmierć w 26 sekund

Na chwilę przed planowanym lądowaniem wieża kontroli lotów w Warszawie otrzymała wiadomość, że w samolocie nie włączono sygnalizacji wypuszczania podwozia. Maszyna rozbiła się 950 metrów przed celem. Wszystko trwało 26 sekund. Świst powietrza, huk, a potem grobowa cisza. Przepołowiony samolot, porozrzucane części, płomienie. Widać było, że nikt nie miał szansy przeżyć. Kordony milicji zasłaniały teren wraku przed zrozpaczonymi rodzinami. Ogłoszono dwa dni żałoby narodowej. Na pokładzie zginęło 87 osób. – To był ogromny wstrząs. Gazety pisały o tej katastrofie na pierwszych stronach, drukowano szczegółową listę ofiar – mówi „Gali” Marcin Wilk, autor książki biograficznej „Tylko słońca”, która właśnie doczekała się kolejnego wydania.

Jedną z ofiar była Anna Jantar, a właściwie Anna Maria Szmeterling-Kukulska. 25 marca na jej pogrzeb na zasypanych śniegiem Powązkach przyszło 40 tysięcy osób. Nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski. Natalia nie wiedziała, że jej mama zginęła. Tata i babcia nie potrafili jej tego powiedzieć. Dopiero dwa lata po katastrofie, gdy w telewizji wyświetlono program wspomnieniowy, zdała sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Poszła do pokoju, zamknęła drzwi i zaczęła płakać. 

Nie potrafiła przestać płakać także Halina Szmeterling, mama Anny, która zawsze się jej zwierzała. Gdy w 1976 roku urodziła się Natalia, babcia zamieszkała z Kukulskimi w Warszawie. Halina pochodziła z dobrej rodziny. Jej ojciec – Czesław Daniel Surmacewicz był herbu Leliwa (na niego powoływali się Soplicowie z „Pana Tadeusza i Juliusz Słowacki). Po śmierci Czesława mama Haliny, Zofia, prowadziła sklep. - Jak z »Lalki« Prusa - wspominała potem córka. Wychowana pod kloszem, zakochała się w życiu tylko raz. Na zabój. Józek Szmeterling, urodzony w 1925 roku na Zakarpaciu, urzekł ją szarmanckimi manierami, ciemnymi włosami, wojskowym mundurem. Nie mogła przewidzieć, że z czasem świetnie zapowiadający się urzędnik, członek PZPR, który po ślubie 4 lutego 1948 we Wronkach objął stanowisko w Centrali Mięsnej w Poznaniu, zamknie się w sobie. Zacznie pić, otoczy się gazetami i książkami, na rodzinę będzie mu brakować czasu. – Trudny, nazwijmy to delikatnie, charakter męża nie zniechęcił do niego zakochanej pani Haliny. Przynajmniej do czasu wiele mu wybaczała – mówi Wilk.

Wielki potencjał Anny Jantar

Ale na przełomie lat 40. i 50. u Szmeterlingów panowała sielanka. W grudniu 1948 roku urodził się Roman, starszy brat Anny. 10 czerwca 1950 roku przyszła na świat ona. Jako zodiakalny Bliźniak miała podwójną naturę – rozważną i romantyczną, otwartą i tajemniczą, pracowitą, ale odrobinę próżną. Rodzeństwo dorastało w miarę zgodnie, chociaż Roman uchodził za psotnika. Anna od początku miała piękny głos, była wrażliwa na krzywdę innych, wyróżniała się bujną wyobraźnią. Gdy w 1954 roku poszła do przedszkola muzycznego, stwierdzono, że ma słuch absolutny. Od piątego roku życia grała na pianinie, od siódmego uczęszczała do szkoły muzycznej w klasie fortepianu, a już jako dziewięciolatka brała udział w pierwszych konkursach pianistycznych. Halina wspomina, że córka miała pogodne usposobienie, lubiła błyszczeć, otaczało ją zgrane grono koleżanek. Mama mówiła też o Annie „flirciara”. Przyjaciółka z liceum potwierdza, że Anna Maria była pewna siebie. „Motorniczego poprosiła, żeby mogła przejąć mikrofon w tramwaju, i opowiadała dowcipy”, mówi Walentyna Martinek. – Ania nie należała do nieśmiałych osób. Znała swoją wartość, zdawała sobie sprawę, że ma, jak to się mówi, potencjał – śmieje się Wilk.

Estradowego talentu miała dowieść najpierw na festynie w Gnieźnie, gdzie pojechała z babcią w 1964 roku. Zaczynały się wtedy w Polsce ciekawe czasy dla muzyki rozrywkowej. Podczas gdy w Stanach królem był Elvis Presley, a w Londynie słuchało się Beatlesów, na rodzimych scenach występowali bigbitowcy: Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni, rozwijała się też kariera Ireny Santor, a zaraz za nimi było pokolenie dwudziestolatków: Karin Stanek, Helena Majdaniec i Czesław Niemen. Na festiwalu w Sopocie z największymi gwiazdami spotkał się nastoletni Piotr Kuźniak – starszy o dwa lata kolega Ani z Poznania grał na gitarze i akordeonie, śpiewał też w chórze Stuligrosza. Gdy założył zespół Szafiry, szukał dobrego kobiecego głosu. „Ania była rewelacyjna. Pracowało się z nią znakomicie”, wspomina Kuźniak.

W tym samym czasie pannie Szmeterling zaczęło się nudzić pianino. „Kariera pianistyczna jest bardzo trudna, a ja nie zapowiadałam się na Herkulesa. Albo jesteś wirtuozem, albo grasz dla siebie – nie ma nic pomiędzy”, tłumaczyła potem w wywiadach. Autorytetem nastoletniej Anny pod koniec lat 60. był brat Romek, który dostał się na polonistykę. Podsuwał młodszej siostrze tomiki poezji, namówił ją też do występów w teatrze studenckim Nurt. Jako członkini trupy trafiła w 1969 roku na studencki festiwal piosenki do Krakowa. „Zaśpiewała czysto i ładnie, ale nie wiadomo, po co”, krytykował Jan Poprawa. Podczas wakacyjnej FAM-y, gdzie wykonała utwór „Łąka bez kwiatów”, też nie poszło jej najlepiej. Była rozczarowana. Nie osłodziło porażki nawet to, że Marek Grechuta, student architektury z Krakowa, który zawojował scenę muzyczną, miał zadedykować piosenkę „Będziesz moją panią” najpiękniejszej poznaniance, czyli właśnie Annie. – Kiedy dzisiaj się myśli o Jantar i Grechucie, wydaje się, że to dwa przeciwstawne bieguny muzyczne. A jednak drogi gwiazd się czasem przecinają – mówi Wilk.

W pierwszym terminie nie zdała matury, w domu układało się coraz gorzej, nie miała też szczęścia do chłopców. Uważano ją za oschłą, ironiczną, zadzierającą nosa. Anna nie dawała jednak za wygraną. Egzamin dojrzałości zdała w końcu w liceum wieczorowym, a potem złożyła papiery do warszawskiej PWST. Zdała z piątą lokatą. Komisja z Hanną Bielicką i Aleksandrem Bardinim zachwyciła się talentem poznanianki. Ale Szmeterling ostatecznie się nie dostała, bo brakowało jej punktów za pochodzenie. Została w Poznaniu, co miało okazać się najbardziej brzemienną w skutki decyzją jej życia.

Anna Jantar i Jarosław Kukulski: historia miłości

Na początku nowej dekady poznała Jarosława Kukulskiego – przyszłego męża, kompozytora, który miał napisać jej największe przeboje, i menedżera, zażarcie walczącego o jej interesy. Sześć lat starszy od niespełna 20-letniej Anny był już absolwentem szkoły muzycznej i pracownikiem filharmonii, grał na pianinie i oboju. Romantyczna wersja ich historii głosi, że poznali się w autobusie. Na podróż odprowadzała Annę babcia. Poprosiła Jarka, postawnego młodzieńca, żeby się nią zaopiekował. Kukulski napisał dla niej pierwszy przebój – dowcipny, lekki i przewrotny „Co ja w tobie widziałam”. Anna zobaczyła w Jarku bezpieczny plan na przyszłość. 15 sierpnia 1970 roku wzięli ślub cywilny, 11 kwietnia 1971 roku – kościelny. Piosenkarka poszła do ołtarza w koronkowej sukni do ziemi, z opaską na włosach i gerberami w dłoni. W tym samym czasie przyjęła pseudonim Anna Jantar. To mąż ją ukształtował: „Godzinami siedział przy fortepianie, ćwiczył ze mną, próbował”, wspominała potem.

W styczniu 1971 roku po raz pierwszy otarła się o śmierć. W czasie gołoledzi auto, którym jechała, wpadło na drzewo. Skończyło się lekkimi poturbowaniami i rozciętym czołem. W 1972 roku młodzi małżonkowie podjęli odważną decyzję o przeprowadzce do stolicy. Ona po egzaminie w Ministerstwie Kultury i Sztuki została oficjalnie zawodową wokalistką. Mieszkali na Żoliborzu, prowadzili otwarty dom, a o 11 w Europejskim spotykali się na kawę z innymi muzykami. Kiedy ich wspólny „Najtrudniejszy pierwszy krok” został przebojem 1973 roku, Jantar ruszyła na podbój ZSRR, Czechosłowacji, Bułgarii, NRD. Nagrywała też piosenki po niemiecku. – Wtedy, w latach 70., nawet tutaj, w Polsce, wydawało się, że wszystko jest możliwe i że kariera międzynarodowa polskich artystów to kwestia czasu. Ale było to trudniejsze, niż można sobie wyobrazić. Na przeszkodzie stawało wszystko. Możliwości obywateli demoludów po prostu były o wiele gorsze od artystów Zachodu. Odpadaliśmy w przedbiegach – zauważa Wilk. 

W pierwszej połowie lat 70., aż do narodzin Natalii, dla Jantar najważniejsze były praca i mąż. „Sukcesami dzielimy się po połowie i jak do tej pory jesteśmy szczęśliwym małżeństwem”, mówiła wtedy w „Sztandarze Młodych”. Wojciech Mann wspomina, że Jarek pilnował interesów żony. Był skrupulatny, potrafił liczyć, ona sama o pieniądze nie dbała. „Dusza towarzystwa, uwielbiała się bawić”, wspominał ją Marek Karewicz, fotograf gwiazd i autor okładek płyt Jantar. Gdy w 1974 roku nagrała „Tyle słońca w całym mieście”, zdeklasowała konkurencję. Na płycie pod tym samym tytułem pojawiły się jeszcze inne, bardziej nostalgiczne utwory. Ona sama najbardziej lubiła „Za nami barwy lata” i „Chcę kochać”. W 1975 roku po raz pierwszy pojechała do Ameryki z programem „Singing Stars of Europe”. Spodobało jej się. To właśnie Stany miały się okazać jej ostatnim przystankiem. 

Anna Jantar: ciąża

Nie zwolniła tempa nawet w ciąży, choć znosiła ją źle. Słabła, chudła, była kapryśna. „Chcę córkę, ale jestem przekonana, że będzie syn”, mówiła. Niedługo przed porodem wystąpiła jeszcze na scenie w Sopocie, ale za kulisami czekał lekarz, gdyby miało stać się coś  nieprzewidzianego. Ciąża była zagrożona, lekarze radzili Ani aborcję, ale nie zdecydowała się na usunięcie dziecka. 3 marca napisała w telegramie: „Urodziła nam się córeczka, jestem najszczęśliwsza na świecie”. Jarek i Anna nazwali ją na cześć Nathalie z piosenki Gilberta Bécauda. Tydzień po porodzie młoda mama wyszła ze szpitala. I prawie natychmiast wróciła do pracy, bo trwał „sezon na Jantar”.

Tego lata odebrała w Sopocie Złotą Płytę, ukazały się też „Wakacje z Anną” – film złożony z ośmiu teledysków. Była kolorowym ptakiem, a jej stylem, który dziś nazwalibyśmy boho, fascynowały się nastolatki. Anna Sułek, sąsiadka Jantar, która uczyła ją angielskiego, mówiła, że piosenkarka nosiła ubrania przywożone ze wschodnioberlińskiego Alexanderplatz. „Ona była jak motyl”, mówiła Sułek. – Nieuchwytna – dodaje Wilk, podkreślając, że jako biograf starał się zbliżyć do swojej bohaterki, jak najbardziej się da, ale nie znaczy, że poznał ją w każdym szczególe Halina Szmeterling uważała, że Anna spoważniała, odkąd została matką. Zaczęła zauważać, że kariera estradowa wymaga poświęceń.

Dostawała mnóstwo lukratywnych propozycji, w tym z amerykańskich klubów. Nie wszystkie przyjmowała, ale nie chciała tracić swojej szansy. Dzieliła czas między dom i trasę, Wschód i Zachód, komercyjny repertuar i marzenia o artystycznej niezależności. Druga płyta, „Za każdy uśmiech”, dorównała pierwszej. W drugiej połowie lat 70. Jantar godziła sprzeczności. Z jednej strony twierdziła, że z nikim nie rywalizuje, a z drugiej była pod ciągłą presją osiągnięć. Tekściarz i dziennikarz Bogdan Olewicz mówił, że miała „ogromny zapas energii”, ale ona w wywiadzie dla „Panoramy” z 1978 roku
stwierdziła: „Jestem optymistką, jednak coraz częściej zdarzają mi się załamania”. 

Podobno w małżeństwo wdarła się rutyna. Jarek był statecznym, dobrym ojcem, który dbał o rodzinę. Ona wciąż chciała się bawić. I tworzyć. Jak wspomina Wojciech Mann, „chciała wyjść z tego, co on dla niej ułożył”. Przyjaciółka Małgorzata Trzcińska-Dąbrowska mówi, że Jantar miała wątpliwości, co śpiewać: pop, soul czy rock. Zaczęła eksperymentować: ubierała się na czarno, ścięła włosy, szukała nowych brzmień. Podobno na wakacjach w Grand Hotelu w Sopocie nikt jej w nowym wcieleniu nie poznał. Zakumplowała się z muzykami z Budki Suflera i Perfectu. „Nic nie może wiecznie trwać” z 1979 roku, nagrana z Krzysztofem Cugowskim i spółką, okazała się wielkim przebojem. „Ktoś między nami” zaśpiewała ze Zbigniewem Hołdysem z Perfectu. „Była swojską dziewczyną, miała dystans do siebie, na koncertach robiła głupie miny”, opowiadał o niej. Solowa piosenka z tego samego roku „Spocząć” opowiadała o tym, że Jantar już nie chce być gwiazdą.

Natalia Kukulska prosiła Annę Jantar: "Mamo, nie jedź"

Pod koniec 1979 roku znów poleciała do Chicago i Nowego Jorku. Gdy wylatywała 27 grudnia, zaraz po świętach, czteroletnia Natalka płakała: „Mamo, nie jedź”. Po Nowym Roku, 3 stycznia 1980 roku Jantar wysłała córce kartkę z kotkiem: „Nazwij go Puszek i myśl o mnie”. Na walentynki napisała Natalce: „Ciebie kocham najbardziej na świecie, więc tobie wysyłam walentynkę, symbol święta miłości”. 3 marca przepraszała: „Nie zdążę na twoje święto”. Czwarte urodziny córki spędziła na scenie. Wyjechała nie tylko, by odłożyć na wymarzony dom. Chciała też złapać oddech. Na jednym z koncertów ze sceny mówiła, że „jeszcze nie wie, co to miłość”. Niepokojące wyznanie jak na mężatkę z 10-letnim stażem i młodą matkę.

Anna Sułek podejrzewała, że przyjaciółka przeżywała fascynację innym mężczyzną. Inni jej bliscy – że jest niespełniona, szuka własnej drogi. „Charyzmatyczna, piękna, atrakcyjna koleżanka po fachu” – tak zapamiętała Jantar Urszula Dudziak. „Jej szczera radość była zaraźliwa. Nie przypadkiem sztandarowym utworem Ani stała się piosenka »Tyle słońca w całym mieście«. Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała Halina Frąckowiak  

Korzystałem z książki „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” Marcina Wilka (wyd. Znak), stamtąd pochodzą też cytaty.