Ciekawa jestem, co zamówisz do jedzenia?

Nasze ulubione śniadanie to płatki owsiane na wodzie z suszonymi owocami albo ze świeżymi, jeśli jest sezon, i do tego czarna kawa, którą zalewa się zimną wodą i gotuje. Ale tego nie ma tu w karcie.

Więc raczej z Robertem stołujecie się w domu?

(śmiech) Raczej tak, ale lubimy też gdzieś wyjść i dobrze zjeść. Dobrze nie znaczy drogo, w wykwintnej restauracji, ale w takiej, gdzie wiemy, że jak jest zupa, to nie na kostce rosołowej, tylko na wywarze mięsnym czy warzywnym. Zwracamy uwagę na to, co jemy. Ja trochę bardziej niż Robert, bo on już się przyzwyczaił, że jestem na tym punkcie zafiksowana i pilnuję, żeby to było zdrowe, więc on już nie musi.

To Ty się kiedyś źle odżywiałaś?

Nie było tak tragicznie, żebym stołowała się w fast foodzie, ale zdarzało się, że na przykład na święta zrobiłam babeczki z proszku, co teraz jest dla mnie nie do pomyślenia! Ale wtedy byliśmy jeszcze bardzo młodzi, mieszkaliśmy w Poznaniu, a ja zupełnie nie umiałam gotować. Dzwoniłam do mamy i pytałam, czym zalać włoszczyznę, żeby wyszła zupa, a jak Robert miał ochotę na spaghetti bolognese, to jechałam do sieciówki z makaronami i zamawiałam studenckie porcje za 4,80, wrzucałam w domu do sitka i żartowałam, że właśnie ugotowałam. (śmiech)

To skąd się wzięła ta Twoja pasja do zdrowego żywienia?

To było wtedy, kiedy mój trener karate Jerzy Szcząchor – z Karate Klub Pruszków, w którym trenuję do dziś – schudł 10 kilogramów. Zapytałam, co się stało, on na to, że czuje się 10 lat młodszy i musi umówić mnie ze swoim szwagrem Jackiem Kucharskim, dietetykiem. Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy. On ma naprawdę gigantyczną, imponującą wiedzę. Jest prawdziwym ekspertem. Zainspirował mnie do zmian, a rok później zaczęliśmy współpracować. Dziś wiedzę czerpię też od lekarzy, na przykład od doktora Zdzisława Kubata, współpracuję z profesjonalnymi klinikami. Cały czas się rozwijam w tej dziedzinie. No i kilka lat temu postanowiłam wprowadzić zasady zdrowego odżywiania w swoje życie. I Roberta. Chociaż on podchodzi sceptycznie do nowych rzeczy. Wcześniej klasycznie, jak to sportowiec, jadł dużo cukru, zawsze deser. W podróży baton czekoladowy, po treningu, przed treningiem – bo to niby daje energię. Więc na początku nie było jakiegoś wielkiego entuzjazmu z jego strony, ale w końcu stwierdził: „Dobrze, to ja też zaryzykuję, jeśli ma mi to pomóc...”.

A w czym jemu to miało pomóc?

To było niedługo przed przejściem Roberta do Borussii. Potem miał coraz więcej treningów i meczów, właściwie co trzy dni. To jest ogromne obciążenie dla organizmu. Robert odczuwał duże zmęczenie. Teraz o wiele szybciej regeneruje się po wysiłku. Był też problem z przyswajaniem pierwiastków i witamin, Robert ciągle miał za mało żelaza, mimo że dodatkowo przyjmował je w  tabletkach. A po jakimś czasie na nowej, zdrowej diecie żelazo miał w normie. Ja też ciągle czułam się zmęczona, ale tłumaczyłam sobie, że po prostu dużo trenuję, więc to jest normalne. Miałam problemy z cerą, nieładne włosy, bez połysku. No i jeszcze permanentny kłopot z „ciężkimi nogami”, po treningach zawsze zakwasy. Okazało się, że po prostu jem za dużo nabiału. Odstawiłam go zupełnie i niektóre problemy zniknęły. Już po dwóch tygodniach odczuliśmy z Robertem różnicę. Prawdziwa bomba energii – kładłam się spać o 2, a wstawałam o 7, wypoczęta, w dobrym humorze, schudłam 3 kilogramy bez żadnego wysiłku. Dziś mam lepszą kondycję, odporność, praktycznie nie choruję.

Brzmi świetnie, ale pilnowanie takiego sposobu żywienia pewnie jest uciążliwe.

Nie, to jest kilka prostych zasad, których się trzymamy. Dużo podróżujemy, prowadzimy intensywny tryb życia, więc nie bylibyśmy w stanie – ani ja, ani Robert – ciągle sobie gotować, aptekarsko odmierzać porcji: tu tyle gramów tego, a za 15 minut jeszcze jakiś wymyślny składnik menu, który wymaga długich przygotowań. Każdy może takie proste zasady zastosować i gwarantuję, że odczuje różnicę. My właściwie zrezygnowaliśmy z nabiału. Nie spożywamy mleka krowiego, tylko kokosowe, migdałowe czy ryżowe. Ewentualnie mleko kozie i kozie sery. Jemy dużo ryb, są doskonałym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, wpływają dobrze na układ krążenia. Jeśli jajka, to tylko te ze wsi, od zdrowej kury. Kiedyś było tak, że wstawałam rano, o 9 jadłam serek wiejski, o 12 drugi, bo wydawało mi się, że to jest takie lekkie i zdrowe, a czułam się źle i nie miałam siły na nic.

Więc wystarczy odstawić nabiał?

(śmiech) Nie wystarczy. Ale to już pierwszy, duży krok. Trzeba pamiętać o tym, aby nie pić w trakcie jedzenia, bo zaburzamy wtedy trawienie. Pijemy 30 minut przed posiłkiem lub po nim. No i bardzo ważna jest też kolejność, w jakiej jemy określone produkty. Kiedy ktoś pierwszy raz jest z nami na obiedzie albo widzi mnie z Robertem w restauracji, jak zamawiamy jedzenie, to się śmieje. Bo obiad zaczynamy od deseru. Dopiero potem jemy zupę i mięso albo rybę. Ta kolejność może wydawać się dziwna, ale białko powinno się jeść na końcu, a po białku przez dwie godziny nie powinniśmy jeść już nic. Bo jeżeli po białku zjemy cukier, to zaczyna się fermentacja, czyli idealne warunki dla grzybów, bakterii i... tycia. To sposób żywienia oparty na niełączeniu pokarmów. Małe dzieci instynktownie zdejmują wędlinę z chleba i zjadają najpierw węglowodany, a potem białko, lub jedzą frytki, a potem mięso, prawda?

Te wszystkie zasady opisujesz na swoim blogu healthyplanbyann.pl, a od tego numeru również w felietonie w „Gali”. Skąd pomysł, żeby postawić na taką tematykę? Po żonie piłkarza raczej spodziewalibyśmy się bloga modowego.

Lubię modę, ale moją prawdziwą pasją jest zdrowe żywienie. Moi przyjaciele doskonale o tym wiedzą i od dawna jestem ich dyżurnym konsultantem. Dzwonili do mnie o każdej porze, żeby zapytać o przepis na coś, co jedli u nas w domu, albo jak szybko schudnąć, bo zbliża się jakaś ważna impreza. (śmiech) I w końcu coraz częściej słyszałam: „Anka, powinnaś to wszystko spisać. Ty nawet właściciela budki z fast foodami przekonasz do zdrowego żywienia”.

 

W to akurat jestem w stanie uwierzyć, bo o tym zdrowym jedzeniu opowiadasz z taką pasją, że aż oczy ci się świecą.

Tym żyję. (śmiech) Na początku, kiedy zaczęłam pisać o zdrowym jedzeniu na blogu, dużo osób przysyłało mi maile: „Jak ktoś, tak jak pani, ma pieniądze, to łatwo jest się zdrowo, ekologicznie odżywiać”. A to jest nieprawda. Do tego wcale nie trzeba dużych pieniędzy. Moja przyjaciółka nie może sobie pozwolić na wiele rzeczy, ale zastosowała kilka prostych zasad. Zadzwoniła do mnie i mówi: „Kurczę, Anka, nie wierzyłam, że jedzenie może robić taką różnicę. Czuję się zupełnie inaczej, wyglądam o wiele lepiej!”. Moja koleżanka ze studiów schudła 9,5 kilograma w pół roku. Zaczęło się od tego, że uczyłyśmy się razem do egzaminów. I Sylwia mówi do mnie: „Mam dla nas ptasie mleczko”. Ja na to, że dziękuję, ale takich rzeczy nie jem. Ona: „No co ty, ja kocham ptasie mleczko!”. Godzinę później mówi: „Ale jestem strasznie zmęczona”. A ja: „To wszystko przez to jedzenie. Ja też miałam ciężki dzień, dużo pracy, przyjechałam do ciebie prosto z treningu, a nie jestem zmęczona”. Ona: „Ale jak to?” I tak odłożyłyśmy naukę do egzaminu, zaczęłyśmy o tym rozmawiać i ona stwierdziła: „Zaczynam od dzisiaj”. Na moich oczach wywaliła z lodówki wszystkie jogurty i słodycze. I teraz ona do mnie dzwoni: „Wiesz co, Ania, spotykam się z ludźmi po latach i zamiast porozmawiać o tym, co u mnie słychać, to ja opowiadam o twoim blogu”. Coraz więcej moich czytelniczek pisze, że schudło 4 czy 7 kilogramów. I powiem szczerze, że to kompletnie przerosło moje oczekiwania. To jest ogromna radość. I jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, czuję, że to moje ciągłe gadanie o ruchu i jedzeniu, namawianie do zmiany trybu życia jednak ma sens.

Chociaż dla wielu osób, a nawet autorytetów w kwestii żywienia, poglądy, które przedstawiasz na swoim blogu, są co najmniej kontrowersyjne. Jak chociażby ten o szkodliwości nabiału.

Wiesz co, ja sobie tego nie wymyślam. To jest poparte badaniami, doświadczeniem. Właśnie skończyłam studia na kierunku dietetyka, jeżdżę na wykłady i sympozja. Miałam niedawno jeden z ostatnich egzaminów na uczelni i było wapnia. Powiedziałam mojej pani profesor, że OK, zaznaczę tę odpowiedź, bo powinnam, ale ja się z tym nie zgadzam. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ona mówi, że bada gęstość kości i ma dobrą, a je nabiał. Ja na to, że ja też badam i też mam dobrą, a nabiału nie jem od dawna. Może gdybym miała dostęp do świeżego mleka, na wsi... Ale takie z kartonu nie ma nic wspólnego ze zdrowiem! A ja bardzo zwracam uwagę na jakość produktów. Mieszkam w centrum Warszawy albo w Dortmundzie. Wiadomo, w mieście trudno o zdrowe, świeże rzeczy „prosto z krzaka”, więc kombinuję. Ostatnio przyszła paczka z jedzeniem taka wielka, że kurier zapytał, czy wojna idzie. (śmiech) Zamawiam ekologiczne mąki, najlepiej bez glutenu, i zabieram je do Niemiec, staram się dwa razy w tygodniu piec chleb z takiej mąki. Zamawiam też warzywa w gospodarstwie na wsi. Przyzwyczaiłam się do zdrowego jedzenia i jakbym teraz zjadła fast food, to bym umierała. Mój żołądek i wątroba by tego nie zniosły. (śmiech)

Poza tym musisz dbać o Roberta. Chyba w świecie zawodowego futbolu, w którym on teraz funkcjonuje, dieta jest tak samo ważna jak treningi?

Dokładnie. Pomagam mu, jak po-tra ę, w utrzymaniu świetnej for-my. Na takim poziomie zawodowstwa, jaki reprezentuje Robert, trzeba myśleć o wszystkim. Nie tylko o tym, co jemy, ale nawet w czym gotuję. Na przykład zwracam uwagę na to, jakie garnki czy noże kupuję, z jakich tworzyw są elementy wyposażenia domu. Ważne jest nawet to, ile godzin Robert śpi i na czym śpi. Bo ta regeneracja organizmu jest superważna i jedzenie odpowiednich posiłków też w tym pomaga.

Ty też przecież trenujesz, masz własne sukcesy sportowe jako mistrzyni karate tradycyjnego.

Tak, i moje treningi są dla mnie bardzo ważne. Bardzo wiele zawdzięczam karate. Jest to mój fundament, mój kręgosłup. Ukierunkowało mnie, wychowało. Na pewno nie byłabym tą samą osobą, którą jestem, gdyby nie ten sport. Początkowo mama zapisała mnie na balet, ale po tym, jak przepłakałam całe pierwsze zajęcia, że nie będę tańczyć, za namową wujka, który trenował karate, zapisała mnie na zajęcia do trenera Jerzego Szcząchora. Miałam wtedy 11 lat, a trener do dziś jest dla mnie jak ojciec.

Czego nauczyło Cię karate?

Przede wszystkim dyscypliny i motywacji, tego, żeby nie stracić kierunku, żeby wiedzieć, co robię i po co to robię. To jest myśl przewodnia w karate. W dzieciństwie nie byłam grzeczną dziewczynką. Kiedy tata odszedł od nas, miałam w sobie dużo złości, buntu. Nie potrafiłam tego zrozumieć, poza tym mama bardzo cierpiała, nie wiedziała, jak pomóc nam – mi i bratu – ani sobie. Nie byłam jakimś chuliganem, ale byłam wtedy mocno pogubiona. I karate dało mi takie poczucie bezpieczeństwa, nauczyło mnie mobilizowania się, dążenia do celu, ale nie po trupach, tylko własną ciężką pracą. Karate to sztuka walki, a jej filozofia uczy życia, w dużej mierze jest oparta na szacunku do siebie, do ludzi. Przed wejściem na matę kłaniamy się przeciwnikowi, potem walczymy. Czasem nawet zdarzają się złamania, siniaki pod okiem i rozcięta warga, ale kiedy schodzimy z maty, zawsze podajemy sobie rękę. Odkąd pamiętam, karate było dla mnie bardzo ważne, a największą karą było to, jak mi mama zabroniła zdawać na kolejny pas, brązowy, bo narozrabiałam w szkole i wezwano ją do wychowawcy. Wróciła do domu i mówi: „Nie zdajesz na ten pas”. Ja w płacz: „Ale jak to?!”.

Ale w końcu ten pas zdobyłaś i czarny potem też, i tytuły mistrzowskie. Wielki sukces to był pierwszy złoty medal mistrzostw Europy w 2009 roku.

To było niesamowite przeżycie. Pamiętam takie specyficzne uczucie, nie mogłam się wtedy doczekać startu. Nie denerwowałam się, nie stresowałam. To naprawdę piękne, kiedy stoisz na podium i słyszysz „Mazurek Dąbrowskiego”. Byłam bardzo wzruszona, poryczałam się. Robert był wtedy na meczu i ja się z tych Włoch nie mogłam do niego dodzwonić. Kiedy w końcu się udało, mówię do niego: „Wygrałam. Kurczę, nie mogę w to uwierzyć, ale wygrałam!”. Kompletnie się tego nie spodziewałam.

Potem były kolejne medale. A w dniu, kiedy Robert strzelał cztery gole Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów, Ty kilka godzin wcześniej zdobyłaś kolejne mistrzostwo Polski. Mimo Twoich sukcesów jednak to kariera Roberta jest w Waszym związku ważniejsza. To Ty się podporządkowałaś. Najpierw przeprowadziłaś się za nim do Poznania, potem do Dortmundu.

Bo Robert nie ma możliwości zwolnienia się z treningu. Ja mogę trenować sama, on musi z drużyną. Jasne, czasem było mi przykro, jak wszyscy znajomi emocjonowali się meczem, pytali: „Robert, i jak było?”, podczas gdy ja tego samego dnia też miałam zawody. Ale oboje zdecydowaliśmy, że stawiamy przede wszystkim na karierę Roberta. I nikt tu się nie czuje pokrzywdzony. Dzięki temu też musiałam wypracować sobie silną motywację, bo o wiele trudniej jest trenować samemu. Mój trener wie, że jestem pracowita i nie będę się leniła, jeśli akurat jestem w Dortmundzie. To, co mam przećwiczyć, przećwiczę sama. Czasami nawet dzwoni i mówi: „Ania, nie przesadzaj, już za dużo trenujesz”. Więc jedyny minus jest taki, że ja mam ostatnio sporo projektów w Polsce i muszę często latać do Warszawy. To jest męczące i czasem naprawdę marzy mi się, żeby już osiąść w jednym miejscu.

Pewnie Robert byłby zachwycony...

Jasne, to przecież żadna przyjemność wracać po meczu do pustego domu, w którym nikt na ciebie nie czeka. Rola żony piłkarza w jego karierze jest bardzo istotna, bo równowaga psychiczna jest tak samo ważna jak forma fizyczna. Więc ja się oczywiście zajmuję domem i Robertem. Z drugiej strony on bardzo szanuje mój sport, moje zawody, to, że trenuję, że mam własne życie zawodowe. Powiedział mi nawet ostatnio, że nie wyobraża sobie, że mógłby związać się z kobietą, która nie jest sportowcem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że kiedy pojawią się dzieci, będę musiała trochę zwolnić, ale na pewno nie zrezygnuję całkowicie z karate. Nie umiałabym już żyć bez sportu.

A bez bloga?

Tym bardziej nie. (śmiech) Przecież to będzie bardzo ciekawe wyzwanie! Odżywianie w ciąży, powrót do formy po ciąży. Jest tyle ciekawych tematów, które będę mogła na sobie sprawdzić jako mama. (śmiech)

 

Macie już dokładny plan, kiedy mają pojawić się dzieci, jak chcecie je wychować?

Nie, aż tak precyzyjnie tego nie planujemy. (śmiech) Na wszystko przyjdzie pora. Na pewno sport będzie obecny w życiu naszych dzieci, bo z własnego doświadczenia wiemy, jak wiele daje i jak kształtuje charakter. Obserwuję znajomych, którzy są zamożni, i naprawdę trudno jest w takim domu wychować dziecko. Trzeba być bardzo czujnym, żeby nie wpaść w pułapkę kupowania, tego, że dziecko ma wszystko i na wszystko sobie może pozwolić. Dzieci się gubią, kiedy żyją w świecie, gdzie nie ma jasnych zasad, zakazów, nakazów, gdzie jedynym wyznacznikiem tego, co jest fajne, a co nie, są pieniądze. Przerażają mnie rodzice, którym się wydaje, że jak dziecku pod względem materialnym niczego nie brakuje, to wystarczy. Kupują mu drogą zabawkę, nową grę komputerową albo iPada, obok położą słodycze, a później się dziwią, że dziecko jest osowiałe albo chore, ciągle na antybiotyku. Zamiast zadbać o dobry kontakt, o to, co je i czy ma odpowiednią ilość ruchu.

To znaczy, że chcesz wychowywać dzieci skromnie, nie rozpieszczać?

Nie wiem, jak będzie, jak już się pojawią na świecie. (śmiech) Ja miałam inną sytuację rodzinną. Dopóki tata był z nami, żyliśmy spokojnie i nie mieliśmy problemów finansowych, ale kiedy odszedł, zostawił nas z niczym. Nie mieliśmy pieniędzy, więc się nauczyłam, że nic nie jest „na pewno”. Dziś pieniądze są, a jutro może ich nie być, trzeba twardo stąpać po ziemi i liczyć na siebie, pozostać niezależnym.

No ale w Robert zarabia przecież majątek!

OK, Robert zarabia, ale ja też zarabiam. Mamy podobne podejście do kwestii finansowych. Nie jesteśmy rozrzutni, wiemy, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Skupiamy się na relacjach z rodziną, przyjaciółmi, a nie na tym, co ile kosztowało i kto ma droższy samochód czy torebkę. Chociaż oczywiście nie przesadzajmy, że nic sobie nie kupujemy i nie korzystamy z tego, co mamy. Ale to nie jest dla mnie sens życia – mieć drogie ciuchy, które świecą na odległość metkami. Jak widzisz, lubię chodzić w dresie. (śmiech)

Ania, ale przy informacjach o nowym kontrakcie Roberta padają tak zawrotne sumy – dziesiątki milionów euro – że Ty przecież mogłabyś już nic nie robić do końca życia. A mimo to trenujesz, piszesz bloga, organizujesz eventy i wykłady dla ludzi, których chcesz „zarazić” zdrowym stylem życia. Chce ci się?

Chce! (śmiech) Jasne, mogłabym nic nie robić. Ale ja chcę się rozwijać. Poza tym nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to jest satysfakcja, kiedy na blogu moje czytelniczki piszą, że schudły kilka kilo albo że zaczęły ćwiczyć i lepiej się czują, albo że przebiegły 7 kilometrów, chociaż zaczynały od 500 metrów i taki dystans wydawał im się nierealny. To jest ogrom-na radość. Poza tym nigdy nie miałam zamiaru wisieć na Robercie ani tym bardziej się na nim promować.

Chociaż i tak już portale piszą, że się promu-jesz, że zaczęłaś chodzić na imprezy, pokazy mody...

Na te same imprezy chodziłam już parę lat temu, tylko nikt mi wtedy nie robił zdjęć. (śmiech) Na pokazach Maćka Zienia byłam wcześniej kilka razy, bo lubię modę. Na pokaz La Manii poszłam, bo podobają mi się projekty Joanny Przetakiewicz. Wszyscy moi znajomi też bywają na takich imprezach, pytają: „Ania, idziemy?”. Idziemy! Miałam nie iść, bo może ktoś mnie rozpozna i zrobi zdjęcie? Bez przesady. Mam swoją karierę sportową, ostatnio bloga i sama ciężko pracuję na swoje sukcesy. Bez obaw. Nie będę celebrytką, bo nie mam takich ambicji. Poza tym zwyczajnie nie mam na to czasu.