Jako mała dziewczynka podkradała Pani mamie biżuterię z szafki i ukradkiem ją zakładała?

Miałam dużo prościej, bo wychowywałam się za kulisami Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”, w którym mama tańczyła i śpiewał mój tato. Wszystkie cekiny, które odrywały się od strojów podczas koncertów, padały moim łupem. Kiedy gasły światła, pustoszała widownia, a artyści schodzili ze sceny, wtedy wkraczałam ja, to był mój czas. Zbierałam wszystko, co świeciło, nim pozamiatano scenę. A było zawsze co zbierać i na co liczyć po dwóch godzinach wirowania w tańcu najpiękniejszych strojów ludowych ze wszystkich regionów Polski.

Coś Pani robiła z  tych świecidełek? Nawlekała je, naszywała?  

Prawdę mówiąc, wtedy cieszyłam się samą urodą i blaskiem moich skarbów. Dopiero w czasach liceum przyszedł czas na konstruktywny zmysł. Wtedy robiłam sobie wisiorki ze sznurka sizalowego i plotłam ozdoby do włosów.

Podobno talent do tworzenia ozdób odziedziczyła Pani po dziadku.

Tak, mój dziadek był jubilerem we Lwowie, więc coś z tego fachu mam w genach. Niestety, nie miałam okazji go poznać – odszedł, gdy byłam mała. Natomiast moja babcia, z którą mieszkałam parę lat, była malarką amatorką i manualne zdolności mogłam odziedziczyć też po niej.

Odkryła Pani w sobie ten talent, zamiłowanie do biżuterii i postanowiła rozpocząć współpracę z marką W.KRUK.

Moja przygoda zaczyna się od malowania porcelany dla sieci sklepów Alma. Pojechałam do ćmielowskiej fabryki porcelany, żeby nadzorować swój projekt. Wymyśliłam, że namalowane kwiatki muszą „chodzić” po filiżankach. Okazało się to bardzo trudne technologicznie, ale mistrzynie fachu w ćmielowskiej fabryce tak długo ze mną siedziały, że w końcu udało się wypalić wzór,  jaki sobie wymyśliłam. Sądzę, że tamta determinacja i pozytywny odbiór mojej porcelany były przepustką do spełnienia mojego marzenia o projektowaniu biżuterii. I tak oto coś, co mogło być tylko kontraktem wizerunkowym – i też byłoby miło – stało się dla mnie kolejnym wyzwaniem artystycznym. A to uwielbiam!

Myślę, że ta rola przypadła odpowiedniej osobie, bo w końcu ma Pani w kieszeni dyplom magistra sztuki.

Wszelkie sztuki plastyczne i użytkowe niebywale mnie fascynują. Mam też kompletnego świra na punkcie biżuterii art déco. To się nosi z ogromną przyjemnością. Wielbię porządek formy i orientalne nawiązania. Bawiąc się w projektowanie, miałam przekonanie, że to raczej sztuka odtwórcza. Moje rysunki to świadomy, tęskny ukłon w stronę przeszłości. Narysowałam formy, których się nie da odnaleźć dziś w salonach jubilerskich. To za tym tęsknię i tego szukam. Chodzę po wielu targach na całym świecie i takiej biżuterii jest coraz mniej.

Ktoś Panią inspirował i pomagał w stworzeniu tej kolekcji?

Przyznam, że nie byłoby mowy o tak szlachetnej i pięknej kolekcji, gdyby nie talent arcymistrzyni – Ani Orskiej, która sama jest diamentem polskiej sztuki jubilerskiej. Znamy się od lat i pracowałyśmy już kiedyś wspólnie nad jedną linią biżuteryjną. Ania ma dar. Potrafiła w sekundę zobaczyć potencjał moich rysunków, wziąć z nich to, co uznała za wartościowe i przełożyć na język kamieni. Czuję się bardziej inspiracją niż twórcą linii biżuteryjnej „Vocalise”. Pasjonatką ignorantką! Wiedza i kunszt Ani są niesamowite! Mimo to z zainteresowaniem i szacunkiem odniosła się do moich pomysłów. Podziwiam ją za to, że chciało jej się jeździć po targach, szukać tych kruszców i kamieni, nieustępliwie wymyślać najpiękniejsze rozwiązania. Później miałyśmy spotkanie w fabryce W.KRUK w Poznaniu. Okazało się, że w tym przedsiębiorstwie na każdym etapie siedzi profesjonalista i z prawdziwie rzemieślniczą perfekcją troszczy się o każdy detal. Etap po etapie. Mogłam zobaczyć powstawanie wzoru, specjalnych form i odlewów. Każda faza produkcji ma swoich ludzi – artystów, rzemieślników, specjalistów. Właśnie dzięki takim osobom marka W.KRUK rezonuje szczególną wartością. To nie są jakieś półfabrykaty przywożone z Chin. Tam jest tak jak za dawnych czasów, wszystko przechodzi przez „świadome ręce”.  

 

Ta biżuteria dedykowana jest wszystkim kobietom? A może tworząc ją,szukała Pani w niej siebie?

Polecę ją każdej kobiecie. Ta biżuteria sama w sobie jest bajecznie prosta – to jej uniwersalna siła. Zaprojektowałam ją tak, żeby wszystko mogło współgrać, łączyć się, miksować ze sobą. Dlatego jest wyrazista, a jednocześnie delikatna. O ile koła wydają się pozornie ciężkie, to kiedy podczepimy je pod delikatny łańcuszek, wtedy całość nabiera strzelistości, lekkości. Pomysł był taki, by zgrać te dwa kontrasty i czuć ten dyndający na piersi kamień, co optycznie wyciąga i wydłuża sylwetkę. Wymyśliłam serię takich małych podczepień i odczepień w łańcuszkach, dzięki którym każdy może być bransoletką nawijaną na nadgarstek, a po połączeniu ze sobą drobnych i cienkich bransoletek stworzyć można nieprawdopodobny naszyjnik. Jestem improwizatorką i indywidualistką – mnogość kombinacji daje każdej kobiecie szansę noszenia „Vocalise” w jedyny, własny, niepowtarzalny sposób.

Kamienie również dobrane są w taki sposób, by były dostępne dla przeciętnych kobiet?

Wszystkie kobiety są nieprzeciętne! Naturalnie wszystkim życzę diamentów, ale wiem, jakie są realia. Jestem szczę-śliwa, że używając naturalnych kamieni, takich jak onyks i agat, osiągnęliśmy rzecz najwyższej próby. Bez kompromisów, a mimo to w dobrej cenie. Nie skazujemy zainteresowanych jedynie na tzw. window-shopping. „Vocalise” jest w zasięgu marzeń każdej Polki.

To taki element improwizacji, podobnie jak w świecie muzyki.

Właśnie dlatego nadałam tej biżuterii nazwę „Vocalise”, co oznacza swobodne śpiewanie bez tekstu, z głębi siebie, z taką absolutną wolnością przekazu. W muzyce jazzowej jest to powszechna praktyka śpiewających. Co koncert uciekam słowom i śpiewam wokalizy. Wydało mi się to pięknym odniesieniem do kolekcji, która niesie ze sobą dowolność formy, daje możliwość improwizacji każdej kobiecie, która będzie chciała to na siebie włożyć. Można ją również nosić konwencjonalnie i też będzie wyglądała fantastycznie.

Czy ta pasja jest dla Pani odskocznią od sceny i śpiewania?

Bardzo mnie ciekawi to, czy mogę ofiarować moim słuchaczom coś tak namacalnego i jak to będzie odebrane. Bo ja tak naprawdę pracuję w sferze tlenu. Kiedy ktoś idzie na koncert, to wychodzi z wrażeniami. Sama muzyka jest sztuką abstrakcyjną i absolutnie ulotną. Natomiast biżuterię mogę porównać do żywiołu Ziemi, a nie Powietrza. I zastanawiam się, na ile te rzeczy mogą przemówić do odbiorców, być może nawet do tych osób, które na co dzień nie są zainteresowane moją pracą jako muzyka. Wierzę, że ta kolekcja przyniesie również trochę szczęścia tym, dla których muzyka nie musiałaby istnieć w ogóle, chociaż trudno mi to sobie wyobrazić.

Dużą ma Pani własną kolekcję biżuterii?

Dawniej kupowałam więcej ubrań, a teraz kupuję biżuterię, zwłaszcza kiedy zobaczę coś naprawdę pięknego. Szczególnie na targach staroci, gdy widzę te wszystkie ręcznie robione klejnoty, nie mogę się oprzeć. Dla mnie to są dzieła sztuki i kupując je, nie myślę, że robię to z próżności. Myślę o tym jak o inwestycji w prawdziwą sztukę – w coś, w czego wykonanie ktoś włożył kiedyś wiele serca, trudu i talentu, i co przetrwało próbę czasu.

A co w życiu jest dla Pani taką drogą i ekskluzywną biżuterią?  

Moje relacje z ludźmi i bliskimi osobami. Mam takie szczęście, że trafiam na wspaniałych ludzi, i świadomość tego, że to wyjątkowy dar, który mnie wiedzie przez życie. Gdy projektuję biżuterię, poznaję Anię Orską – najwspanialszą, najbardziej niezwykłą istotę w tej sytuacji. Kiedy gram, to z najlepszymi muzykami z całej planety. Są tacy, którzy całymi latami szukają dla siebie właściwych, inspirujących postaci i czasami nigdy nie znajdują. Ja przez cale życie spotykam właściwe osoby.

A muzyka?

Jest moją diamentową kolią! Będę dużo pracować w nadchodzącym sezonie. Jesienią wracam do Azji – Japonii, Korei. W listopadzie planuję duży koncert w warszawskiej Sali Kongresowej, wspólnie z artystami z całego świata. Wszyscy będą grać polską muzykę. Zamierzam dużo jeździć po kraju, głównie do małych miast, do których dotąd nie dotarłam. Pracuję też nad nową muzyką i przyjęłam jedno niesamowite zaproszenie teatralne – ale o tym na razie sza! Szykuję się też do roli ambasadora przyjaźni polsko-japońskiej w przyszłym roku, co spowoduje, że do mojej ukochanej Japonii będę mogła powracać wiele razy.