GALA: Czterdzieści lat minęło...”. Najbliżsi zaczęli Ci już nucić ten sentymentalny motyw ze słynnego PRL-owskiego serialu o inżynierze Stefanie Karwowskim pt. „Czterdziestolatek”?

ANNA MARIA JOPEK: Oooo... śpiewają od dawna!!! (śmiech). Od dwóch lat jestem ambasadorką marki Yoskine i moja twarz pojawia się przy złowieszczej cyfrze 40+. Będzie zabawnie, kiedy naprawdę przekroczę czterdziechę!

GALA: Myślisz, że czekają Cię lata szczęśliwości czterdziestolatki?

ANNA MARIA JOPEK: Czuję, że teraz dopiero wszystko się zacznie! Dzieci podchowane, mała stabilizacja osiągnięta, znam swoje granice i nie boję się ich przekraczać – czas zrobić jakąś porządną artystyczną zadymę! Dać nareszcie czadu! Tymczasem wszyscy, których łączy magia rocznika 1970 i w tym roku kończą czterdzieści lat, ostrzegają, że te urodziny są jak trauma. Przetańczyliśmy radośnie trzydziestkę, ale czterdziestki podobno się nie da przetańczyć.

GALA: Pytałaś ich dlaczego?

ANNA MARIA JOPEK: Tak. To strach przed nieznanym i poczucie, że coś się bezpowrotnie kończy. Nieodwracalnie nadchodzi prawdziwa, dojmująca dorosłość. Szlaban na szaleństwo i prawo do błądzenia. W zamian – coraz więcej lęku, coraz cieńsza skóra, coraz mniej czasu i siły. Brr... Absolutnie nie przyjmuję tego do wiadomości! Wiesz, mój problem jest taki, że ja w ogóle nie rozróżniam wieku ludzi, o ile nie są już dziećmi albo sędziwymi starcami. Patrząc na człowieka, patrzę najpierw w oczy. W źrenicach nie zmieniamy się wcale. Musi być naprawdę źle, żeby „zgasło” oko. Kiedy obracasz się wśród pasjonatów, entuzjastów, szaleńców, na poziomie źrenic, spotykasz tylko ciekawe świata wieczne dzieci!! No i nikt tak nie ma głowy do cyfr jak ja!!! O rety! Jak ja się muszę skupić, żeby przypomnieć sobie, ile mam lat.

GALA: Rozbrajasz mnie.

ANNA MARIA JOPEK: Czas goni, licznik bije, nie nadążam z odczytem! A względność miary czasu? Urodziłam się w połowie grudnia, więc każde kolejne urodziny wmawia mi się z rocznym wyprzedzeniem. I wiesz, zupełnie o to nie dbam. W dniu tych czterdziestych mogę się uprzeć, że właśnie kończę pięćdziesiąte. Jakie to ma znaczenie? Żyję, kocham, jestem silna i zdrowa. Nie określa mnie moja metryka, tylko intensywność czucia. To moja miara. W muzyce, w której się obracam, dobra zabawa zaczyna się grubo po czterdziestce. Wtedy zaczyna się robić interesująco!!! Moje ukochane artystki – Joni Mitchell czy Shirley Horn, zaczęły naprawdę brzmieć koło sześćdziesiątki... Liczę, że i ja w muzyce mam najlepsze lata przed sobą. Mój głos przestaje być głosem Myszki Miki!!! Ale pamiętam, że czterdziestka mojej Mamy nie dawała Jej takich nadziei. Dla Mamy – tancerki, ten wiek oznaczał koniec sceny. Koniec zawodu. Wyobrażasz sobie? Emerytura w dniu czterdziestych urodzin!

GALA: Nie wyobrażam sobie! Powiesz mi, co pomogło Twojej mamie się podnieść?

ANNA MARIA JOPEK: To, że miała nas! Moją siostrę i mnie. Wcześniej musiała dzielić serce między nas i scenę. Kiedy Mama przestała tańczyć, zaangażowała się w nasze sprawy całkowicie. No i ruszyła wreszcie na upragnione studia. Dziś też jest studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Jest moją idolką! Codziennie o 8 rano rusza z Anina do Warszawy na wykłady. Imponująca energia, ciekawość świata i potrzeba rozwoju!!! Kobiety w naszej rodzinie mają wielką siłę. Moja Babcia – mama Mamy, mając sześćdziesiąt lat wyruszyła do Australii. To miejsce zachwyciło ją tak, że postanowiła zacząć tam wszystko od nowa! Znalazła pracę i o mały włos wyszłaby trzeci raz za mąż!! Więc muszę poćwiczyć tę wielką siłę charakteru. Na razie mam do siebie wiele pretensji..

GALA: O co na przykład?

 

ANNA MARIA JOPEK: Że jestem słabo zorganizowana i często się zamyślam, a czas przecieka przez palce. Miesiąc temu mój zespół otworzył symfoniczny koncert Stinga, na nowym stadionie w Poznaniu. Duże przeżycie i kolejna szansa spotkania ze Stingiem, który podsłuchiwał nas zza kulis. Ilekroć dane mi spotkać go twarzą w twarz, wiem, że obcuję z kimś niezwykłym. Nadludzko doskonałym. I zupełnie „normalnym” przy tym. Ten mężczyzna emanuje siłą spokoju i zgody. Poczuciem pełni. Zazdroszczę mu, że nie zmarnował ani chwili w życiu. Że potencjał możliwości własnych i danych przez los wygrał maksymalnie. Naprawdę jest moim mistrzem. Pasji, pracowitości i dyscypliny. Jak on śpiewa, pisze, gra, wygląda! I ma cudowną rodzinę i tę samą, niezmiennie tę samą żonę, od lat. Co roku zadziwia nas kolejnym odważnym muzycznym projektem. Każdym następnym coraz dojrzalszym i piękniejszym. Stylistycznie tak własnym, oryginalnym, że wymykającym się klasyfikacjom gatunkowym. Dla mnie od dawna Stingowi bliżej do muzyki klasycznej niż tak zwanej rozrywki. A jednak komunikatywność tej sztuki sprawia, że to wciąż rzecz dla wszystkich, a nie jedynie filharmonicznych bywalców. Podziwiam ten koncept. I chciałabym umieć wyrobić choć pięć procent rocznej normy pracy Stinga!! Być tak skoncentrowana w życiu na muzyce. Imponuje mi to, że parę lat temu nauczył się grać na lutni i sięgnął po pieśni Dowlanda, wymagające zupełnie innej techniki oddychania w śpiewie. Po tym doświadczeniu, mam wrażenie, że Sting śpiewa z jeszcze większą łatwością. Że frazuje tak naturalnie, jak oddycha. Tak potrafił jedynie Frank Sinatra! Ale Frank żył baaaardzo wesoło i na pewno nie ćwiczył jogi ani pieśni Dowlanda. I coś mi się widzi, że wielkiej dyscypliny sobie nie narzucał (śmiech). Raczej prowadził się źle!

GALA: Lubię ludzi, którzy się „źle prowadzą”, którzy mają jakieś wady, są trochę połamani przez życie.

ANNA MARIA JOPEK: Nawet nie wiesz, jak ja ich lubię!!! Ale muszę też mieć ideał. Mam taki od lat i fajnie, że jest to ten sam facet. Opowiadałam już o szkolnej szafce, w mojej szkole muzycznej na Krasińskiego, gdzie na drzwiach miałam przyklejony ogromny plakat ze zdjęciem Stinga. Ta para siwych oczu patrzyła na mnie każdego ranka, obserwowała, jak wrzucam niewyćwiczone nuty Bacha rozedrganą ręką i te oczy za każdym razem mnie tonizowały. To spojrzenie o 8 rano mówiło do mnie: „Cool down”, i ja wiedziałam, że będzie dobrze. Fakt, że mi się w życiu zdarzyło na to spojrzenie trafić na żywo, że ja w ogóle doszłam tam, gdzie doszłam, to dla mnie cud i metafizyka. Naturalnie ubóstwiam połamańców, popaprańców i chuliganów. Byle utalentowanych! Mogę być adwokatem nawet prawdziwych monstrów, jeśli ich talent mnie olśniewa. Zdolnym wybaczam wiele. Hultajstwo i „tańce” usprawiedliwię. Nawet to, że czasem spadną ze sceny. Przynajmniej coś się dzieje. No i słucha się takich fantastycznie! Ale wyobrażasz sobie, że kobieta rusza w takie tango? W wydaniu żeńskim to już nie to. Jest w tym zawsze coś smutnego. Kobietom to...

GALA: ...nie uchodzi?

ANNA MARIA JOPEK: Nie. Nie uchodzi. Od kobiet wymaga się więcej. I, niestety, nie ma się takiej tolerancji dla upadków i słabości. Jak się roztańczę zanadto, mogę zawsze liczyć na to, że obejrzę to w internecie następnego dnia. Oj, trzeba mieć się na baczności! Kiedy ostatnio niechcący rozbiłam jajko na środku kuchennej terakoty, mój syn Franek, nastolatek z dużym poczuciem humoru, zakrzyknął: „Mamo! Stój! Nie ruszaj się! Lecę po kamerę! Nakręcimy film na YouTube: »jak Anna Maria Jopek radzi sobie w kuchni«”.

GALA: Myślisz czasami o swoich zmarszczkach?

ANNA MARIA JOPEK: Zmarszczki są urocze. Cała ta nagonka na zmarszczki jest przesadzona. Lepiej niech nam powiedzą, co zrobić, żebyśmy nie puchli? Że trzeba się ruszać! Nie truć się. Jeść zdrowo i bardzo kontrolować to, po co sięgają nasze dzieci. Spotkania z takimi mistrzami jak Sting czy Bobby McFerrin zawsze motywują mnie do pracy nad sobą. Pamiętam jak Bobby przyszedł na swój solowy koncert i ku zaskoczeniu odkrył, że na scenie już ktoś występuje, a on sam ma zaśpiewać później. Ani publiczność, ani Bobby nie wiedzieli o tym tricku. Wszyscy przyszli na Bobby'ego! Ta muzyka wymaga skupienia i świeżego ucha. Scena przed nią powinna być pusta, a tu huczne występy! I każdy inny artysta dostałby szału. Albo zrobił choć awanturę! A Bobby?? Bez słowa poszedł i przez godzinę biegał dokoła Kongresowej. Wrócił promienny i panował niepodzielnie na scenie. Od tamtego czasu staram się biegać jak najczęściej. Kibicowałam ostatnio naszemu przyjacielowi, wybitnemu literatowi Markowi Zagańczykowi w kolejnym maratonie. Marek jest moim idolem i trenerem! Jak będę sumiennie trenować, może też kiedyś porwę się na maraton.

GALA: Kiedy wchodziłaś w dorosłe życie, stawiałaś sobie jakieś cele, zadania do wykonania?

ANNA MARIA JOPEK: Chciałam stworzyć taką rodzinę jak ta, w której wyrosłam. Moi Rodzice umieli nas kochać. Jestem „dogrzana” z domu. To kapitał, który pozwala budować prawdziwe relacje z ludźmi. Widzę, ile dokoła emocjonalnego głodu w ludziach. Pragnienia uwagi, czułości, akceptacji. Nie mam tego długu do odebrania. Mam większą potrzebę dawania niż brania. Nie muszę być w centrum uwagi i kręgu adoracji. Nawet na scenie potrafię oddać pole temu, kto w danej chwili ma więcej do powiedzenia w muzyce. W moim zespole każdy zdąży się wygrać i wypowiedzieć własnym głosem. Naturalnie w pewnej przyjętej przeze mnie formie i konwencji.

GALA: Rozmawiasz w myślach z tatą?

ANNA MARIA JOPEK: Tęsknię. Taka szkoda, że nie możemy dzielić moich radości. Tata byłby szczęśliwy, że w czerwcu wystąpiłam w Londyńskim Queen Elizabeth Hall i Royal Festival Hall z Nigelem Kennedym. Że za trzy tygodnie zaśpiewam w Opera City Hall w Tokio. On – śpiewak wiedział, że nie ma już lepszych miejsc w naszej pracy. To są sale i okoliczności ostateczne, o których oboje zawsze marzyliśmy. Staram się być Jego dumą. Gdziekolwiek jest.

GALA: Gdybym w prezencie urodzinowym podarowała Ci jedno pytanie-opowiadanie na dowolny temat, o czym byś mi opowiedziała?

 

ANNA MARIA JOPEK: O Japonii. To mój świat idealny. Dla muzyka nie ma cudowniejszego miejsca do koncertowania. W doskonałych salach na wiele tysięcy ludzi tłum potrafi słuchać koncertu na głos z fortepianem w takim skupieniu i ciszy, jakiej Europejczyk nie zna wcale. W windzie usłyszysz tam Mozarta, a na targu rybnym z głośników Debussy'ego. Wyrafinowani melomani. Ilekroć wyjeżdżam z Japonii, modlę się, żeby tam nic nigdy się nie zmieniło. Ich ujmujący szacunek dla siebie nawzajem, umiłowanie dla porządku i ciszy, i ta delikatność, grzeczność w codziennym życiu, czynią Japonię światem dalekim od naszego zgiełku i poszturchiwanki codziennej. Moja Japonia zaczęła się od klubu Blue Note w Tokio, rok temu. Na koncert mojego zespołu przyszedł Makoto Ozone – wybitny japoński pianista, cudem nie w trasie. Kiedy mnie usłyszał, zamarzył, żebym zaśpiewała na jego płycie „Road to Chopin” z jego improwizacjami na tematy chopinowskie. To była nadzwyczajna współpraca. Makoto zostawił mi dowolność w wyborze repertuaru. Tak bardzo nie chciałam go zawieść, że z każdym pomysłem wydzwaniałam do niego do Japonii. Stawiałam słuchawkę na pulpicie fortepianu i śpiewałam mu i grałam przez telefon. Jego entuzjazm wydał mi się podejrzany. Na wszystkie telefoniczne występy reagował krótkim: „Great! Great!”. Wkrótce odkryłam, że źle liczę różnicę czasu i moje telefony dopadają go w najgłębszym nocnym śnie. Około trzeciej nad ranem. Potem spotkaliśmy się w studiu. Wszystkie szkice postawiłam przed Makoto, na fortepianie i zaczęła się totalna magia. On je czytał, a ja śpiewałam. Mikrofon był włączony. Pomyśl tylko, nigdy wcześniej nie grywaliśmy ze sobą!!! Spotykaliśmy się pierwszy raz (nie licząc uścisku dłoni w Blue Note). Pierwszy raz na oczy zobaczył moje nuty. I natychmiast była muzyka. Jeden oddech, jedna energia – jakbyśmy to już grali wcześniej. Jakbyśmy znali się od zawsze. Doszliśmy do końca strony szkicu i było po nagraniu. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby czytanie z kimś partytury było ostatecznym wykonaniem. Metafizyka. Później grywaliśmy te utwory pewniej, pełniej, zyskały inne walory, ale to właśnie ten zachwyt pierwszego, nieśmiałego muzykowania został na płycie. Makoto przyjedzie do Polski jesienią. Cieszę się, że będę go mogła przedstawić mojej publiczności. To wielki pianista.

GALA: Czyli ideał to pół roku życia w Japonii?

ANNA MARIA JOPEK: Chciałabym co roku móc tam wracać. Mimo że nie rozumiem ani słowa i nie znam kultury Japonii, umiem wniknąć w tę ciszę. Umiem tam być. W Kioto, Makoto zabrał mnie do świątyni Nanenzji. Na wielkim zwoju pergaminu mnisi piszą tam trzy tysiące imion Buddy, które mają zostać na wieczność. Bardzo chciałam napisać choć jeden znak i nieśmiało poprosiłam o pędzelek. To wymagało wielkiego skupienia myśli i ruchu ręki. Potem okazało się, że byłam pierwszą cudzoziemką, której pozwolono to zrobić. Niesamowite, prawda? Wiesz, o czym marzę? O umiejętności prawdziwego skupienia na rzeczach ważnych. O tym, żeby w muzyce zrobić coś naprawdę potrzebnego ludziom. Żeby dobrze wychować swoje dzieci. I żeby nigdy nie stracić pogody ducha! Proszę, życz mi tego!! Na czterdzieste urodziny mój mąż zabiera mnie do Nowego Jorku. To miasto to dla mnie centrum świata. Pójdę na łyżwy do Rockefeller Center. Być może nie da się przetańczyć tych urodzin, ale na pewno da się je prześlizgać!