GALA: Nieźle Pani wdepnęła.

ANNA NEHREBECKA: W rabatkę z kwiatkami? Wolę szukać pozytywnych określeń na fakt, że zostałam radną warszawskiego samorządu, a nie pejoratywnych.

GALA: To proszę zaopatrzyć się w porządną motykę do jej pielenia. Pani Anno, jest tyle pięknych rzeczy, którymi można się zajmować...

ANNA NEHREBECKA: To było mi gdzieś pisane – bardziej lub mniej świadomie. Nie chcę używać tutaj słowa „polityka”. Jednak świat z nią związany już od dawna mnie wciągał. A ja mu nie uciekałam i on mnie dogonił. Nie byłam nigdy urodzonym działaczem. Miałam świadomość pewnej odpowiedzialności za rzeczywistość. Wyniosłam ją z domu, w którym wymagał jej ode mnie ojciec. Tę odpowiedzialność zawsze zaczynałam od siebie. Dlatego pewnie nigdy nie szukałam usprawiedliwienia dla wszystkich popełnionych przez siebie w życiu błędów: ,,Że inni, że droga była pod górkę...". Pytałam, dlaczego ja je popełniłam. Nigdy też nie myślałam o sobie i o tym, czym się zajmuję, w kategoriach zrobienia kariery. Nadal nie myślę. To nie ułatwia życia. Wie Pan, że sama jestem zaskoczona wynikiem, jaki osiągnęłam w wyborach. Tym większą nakłada to na mnie odpowiedzialność i poczucie, że ludzie mi zaufali.

GALA: Wykreśliła Pani słowo ,,kariera” ze swojego słownika. Czy dlatego jej nie zrobiła?

ANNA NEHREBECKA: Odwróćmy to, co Pan powiedział. Ja nie wykorzystywałam nigdy mojej pozycji dla siebie.

GALA: ,,Bo ja, bo dla mnie, bo o mnie” – tak się wtedy nie mówi?

ANNA NEHREBECKA: Ja mówię, ale w innym kontekście. Nie „ja” – czyli mi się należy, tylko „ja" – mnie coś dano i mogę to oddać komuś innemu. Potrafiłam i zrobiłam wiele dla innych. Wracam do Skolimowa, do Domu Aktora, któremu poświęciłam kawał życia. I nigdy nie myślałam w kategoriach: co mi to przyniesie, szkoda mi na to czasu. Nie przesądzam, że to jest dobra i słuszna postawa i w zawodzie aktora należy tak postępować. Pewność siebie jest przydatna, szczególnie dzisiaj. Może nawet ją posiadam, ale inną (cisza). Albo w ogóle jej nie mam?

GALA: Pchała się Pani?

ANNA NEHREBECKA: Nie. Po prostu zajmowałam się innymi rzeczami. I zgodnie ze swoim podejściem do życia miałam pretensje tylko do siebie, jeśli rola, film, sztuka, dobry scenariusz mnie omijały.

GALA: Może dlatego, że aktorstwo zaczęło doskwierać?

ANNA NEHREBECKA: Nie, o nie. Ono tkwi w środku i będzie na zawsze. To raczej pytanie, na ile artysta się spełnił, albo stwierdził, że spełnienia nie osiągnie. Umieć odejść z aktorstwa świadomie jest rzeczą wspaniałą. Umieć odejść w odpowiednim momencie – nie wtedy, kiedy cię odrzucają, ale wtedy, kiedy cię wszyscy chcą i zostajesz w pamięci – jest wielką sztuką. Pamiętam taką aktorkę, świetną, już nieżyjącą, Janinę Romanównę, która, choć była już starszą panią, wciąż zachowywała doskonałą formę. W pewnym momencie powiedziała: „Koniec, do widzenia, to jest moja ostatnia rola”, i nie było człowieka na świecie, który by ją namówił do powrotu. Została po niej wielka tęsknota. Za tym odchodzeniem kryje się przeżywanie lęku: że milczy telefon, że już mnie nie chcą. Dlatego trzeba zdawać sobie sprawę, na czym polega ten zawód. Jeśli zaistniejesz naprawdę w sercach publiczności – mówiąc górnolotnie – to będziesz zawsze miał w nich swoje miejsce. Lepiej jest odejść i usłyszeć pytanie: „Kiedy pani wróci? Tęsknimy”, niż: „O matko, znowu ona, dałaby spokój”.

GALA: Teraz radna. A wciąż aktorka?

ANNA NEHREBECKA: Tak. Jestem w zespole warszawskiego Teatru Polskiego. Od początku mojej pracy, odkąd skończyłam szkołę teatralną. A kiedy byłam za granicą przez W lat, miałam bezpłatny urlop. Po powrocie natychmiast wróciłam na tę scenę. Choć nastała nowa dyrekcja, a ostatnio rozeszła się nieprzyjemna plotka...

GALA: ...że Pani nowy szef, kolega Andrzej Seweryn ,,wyrzuci Nehrebecką".

ANNA NEHREBECKA: No, zobaczymy…

GALA: „Kiedy ona się uśmiecha, to jakby ktoś rozpalił ognisko” – usłyszałem kiedyś o Pani. Jednak to, co pokochali ludzie, polityka może błyskawicznie zdusić?

ANNA NEHREBECKA: Dlatego powtarzam, że podjęłam się dużego wyzwania. Ale podjęłam się nie dlatego, że chcę zaprzeczać sama sobie. Będę się starała postępować tak jak do tej pory. Wierzę, że takie podejście do ludzi, do życia, do codzienności, jakie mam, jest potrzebne. Może stąd te głosy? To mi pozwala wierzyć, że postępuję słusznie, niczego nie udaję, nie podgrywam. Gram na scenie, a życie od sceny oddzielam. Nie powiedziałam panu jeszcze, że decyzja o kandydowaniu była niespodziewana. Złożono mi propozycję. Zaniemówiłam. Pierwsza myśl: nie dam rady, są lepsi, mądrzejsi, ja się na tym nie znam. Wtedy zaczęto mnie przekonywać. Odbyłam domowe narady z mężem i córkami. Powiedzieli, że „to” we mnie siedzi i absolutnie mam przyjąć propozycję. Gdyby nie ich namowy i wsparcie, tobym się nie zdecydowała.

GALA: Jak Pani wychowywała, dzisiaj dorosłe, córki?

 

ANNA NEHREBECKA: Nie ukrywam, że byłam dla nich bardzo surowa. Może dlatego, bo nie chciałam, żeby czuły się wyłącznie jak córki znanych rodziców. Córki mają rewelacyjny kontakt z mężem i myślę, że nawet częściej z nim rozmawiają niż ze mną. Ja byłam tą mamą od trzymania wszystkiego żelazną ręką. Zawsze mówię, że to tata lepiej opowiadał bajki ode mnie. Agata i Magda zostały rzucone na głęboka wodę po tym, jak wyjechaliśmy do Belgii. Nie miały tam żadnych ułatwień. Wręcz odwrotnie. Obie pisały belgijską maturę i skończyły studia. Czasami mam wrażenie, że odziedziczyły po mnie wszystkie moje kompleksy: Agata, jak ja, nie jest przebojowa. Skończyła politologię i dziennikarstwo. Teraz pracuje w europejskiej agencji prasowej. Jeździ, wspina się i ciągle wydaje się jej, że za mało pracuje. Myślała nawet o powrocie do Polski ale tam ma przecież pracę. Trudno więc, żeby wszystko rzucała Magda również ukończyła tam studia – akademię sztuk pięknych. Wróciła do kraju. Od roku szuka swojego miejsca. Ja za dziewczyny życia nie przeżyję.

GALA: Pani mąż był ambasadorem, wiceministrem. Blisko polityki i polityków przez lata. Napatrzyła się Pani?

ANNA NEHREBECKA: Po prostu wiem, choć trochę, jak to wygląda. Przy mężu parę rzeczy zobaczyłam i już nie jestem tak naiwna, na jaką wyglądam. Ani pełna wzniosłych ideałów, co nie znaczy, że ich nie mam. Przecież nikt mnie łańcuchem do niczego nie przywiązał. Nie jest tak, że wszystko za wszelką cenę. Jestem wolnym człowiekiem.

GALA: Co Panią przeraża w polityce?

ANNA NEHREBECKA: Egocentryczny fałsz. Bowiem ważne jest poczucie państwa, a to przecież zaprzeczenie egocentryzmu. Demokratyczne państwo nie jest fałszywe, mimo wszelkich jego mankamentów. Egocentryzm i fałsz nie sprzyjają budzeniu społeczeństwa obywatelskiego. Tu jednak jestem optymistką, bo to powoli zaczyna funkcjonować, zwłaszcza wśród młodych, którzy się z tym nie afiszują. Boleję ciągle nad tym naszym ciągłym nieuczeniem się na własnych błędach, niewyciąganiem konsekwencji z naszego niemądrego postępowania.

GALA: Z ,,Solidarności", w której i dla której Pani działała, wyniosła Pani pewne ideały. Dziś sama Henryka Krzywonos łapie się za głowę i mówi, że nie poznaje tego, co się dzieje z ludźmi ,,Solidarności”. Wciąż nosi Pani w sobie wartości tamtego czasu?

ANNA NEHREBECKA: Myślę, że nie tylko ja je noszę. Nosi je mnóstwo ludzi. One w nich zostały. Ale ci ludzie nie krzyczą głośno, nie robią z tego tanich sztandarów i haseł. I dla mnie pozostanie to pierwsze znaczenie ,,Solidarności”, zbudowane ze spontaniczności ludzi oraz ich wielu błędów.

GALA: Dlatego teraz wszystkie związkowe rocznice zaczynają się wielką awanturą?

ANNA NEHREBECKA: Sukces ma wielu autorów. A to, co się robi z Lecha Wałęsy określam jednym słowem: skandal. Ja się pod tym nigdy nie podpiszę. Oczywiście, mogłam się z nim nie zgadzać, dyskutować, kłócić, ale za tym człowiekiem poszły tłumy. Marian Hemar pisał: „(…) My zawsze swym hetmanom, na każdą wyprawę, jedną ręką dajemy zwycięską buławę, by drugą im odebrać ją – ledwie zwyciężą”. Zaskoczyło nas to, jak wspaniały był ten [\]\ rok i świadomość, że nie możemy zrobić cudu w ciągu jednego dnia. Sądziliśmy, że przewróciliśmy cały świat i nam się wszystko należy. Nie, nam się nie należy!

GALA: Jest Pani dzielna?

ANNA NEHREBECKA: Niektórzy tak uważają…

GALA: Zaprawiona?

ANNA NEHREBECKA: Bardziej – otwarta i wyczulona. W pewnym stopniu i zaprawiona. Będąc za granicą, przekonałam się, że każdy chwyt jest dozwolony i że może mnie spotkać właściwie wszystko.

GALA: Wyjechała Pani dla męża, który został ambasadorem, i rodziny, żeby jej nie rozbijać. Poświęciła Pani swój świat. Heroiczne.

ANNA NEHREBECKA: Taką podjęliśmy z mężem decyzję. Wyjeżdżałam z przekonaniem, że będę mogła robić w Belgii różne rzeczy. Inne niż tutaj. Nie w teatrze oczywiście, ale że będę mogła mówić o Polsce. Kilka rzeczy udało mi się zrobić.

GALA: Grała tam Pani rolę dostojnej żony ambasadora?

ANNA NEHREBECKA: Mnie nie interesowało błyszczenie na salonach. Zadawano mi pytania, czy miałam krawcową, służbę, kucharza, szofera? Nie, nie miałam. Prowadziłam normalne życie, przestrzegając starej prawdy: „Jak cię widzą, tak cię piszą”. Mnie zależało, żeby mówiono o polskiej kulturze, o Polsce, to mi było najbliższe. Chciałam, aby ambasada była miejscem, które przyciąga obcokrajowców. Trochę w tej dziedzinie osiągnęłam.

GALA: Słyszy Pani: Marynia Połaniecka, i zatyka uszy?

ANNA NEHREBECKA: To, że do mnie przylgnęła, było miłe i takim pozostaje. Do końca życia będę w oczach ludzi właśnie Marynią. Pyta pan, czy budziła współczucie i litość widzów? Nie, ja się z tym nie spotkałam. Wiele lat grałam podobny typ postaci, określanych przez wielu: naiwne, czyste, niewinne. Natomiast ja sądzę, że one posiadały pewną stabilność, stałość, jakąś siłę, poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej w to bym wolała wierzyć.

GALA: Przepraszam, że coraz bardziej się nachylam w Pani stronę, ale chwilami mówi Pani tak cicho, że nic nie słyszę.

ANNA NEHREBECKA: Jeżeli na widowni słychać szmer i aktor stara się go przekrzyczeć, to tej widowni nie uspokoi. Dopiero, kiedy ściszy głos i zacznie mówić cicho, spokojnie, to widzowie przestają szeptać. O aktorstwo ocierają się również polityka i dyplomacja. Krzyczy zazwyczaj człowiek słaby. I krzyku mamy naprawdę dosyć. Krzykaczy już kilku mieliśmy, wciąż mamy i mieć będziemy. Niestety. Ja do ich chóru nie dołączę.