Anna Zejdler-Ibisz (Gala): Stosunkowo niedawno byłaś  na okładce „Gali” z partnerem Patrykiem Ignaczakiem i Waszą córeczką Kornelią. Twoje życie od tamtej pory bardzo się zmieniło.

Anna Wendzikowska: Zmiany są nieodłączną częścią naszego życia. I te dobre, i te trudne.

Taką piękną parę stanowiliście, tak pięknie opowiadaliście wtedy o Waszej miłości... Gdybyśmy były w Ameryce, zapytałabym: „What went wrong?”. (śmiech) [Co poszło nie tak? – przyp. red.]

Owocem tego związku jest wspaniałe dziecko, które bardzo kochamy. Nie każda relacja jest nam dana na całe życie, choć w pewien sposób związani będziemy już zawsze.

Jak długo byliście z Patrykiem razem?

Dwa i pół roku. Niestety, okazało się, że mamy odmienny pomysł na życie… Na początku każdego związku szukamy podobieństw, celebrujemy je, różnice są mało ważne,   ale z czasem zaczynają uwierać.

Wspólna codzienność Was  rozczarowała?

Żyliśmy innym rytmem. Czasem jest tak,  że ktoś idzie szybciej, ktoś wolniej, ktoś chce bardziej, ktoś mniej – okazuje się po prostu, że cele nie są zbieżne. I że albo jedno, albo oboje muszą rezygnować z siebie. Wtedy wspólne życie przestaje przynosić radość.

Wy chyba w ogóle nie mieliście okazji  dobrze się poznać, zanim zostaliście  rodziną?

Ostatnio przeczytałam, że to dobrze,  jak kryzysy w związku czy też w relacjach przyjacielskich pojawiają się szybko, bo wtedy krótszy jest efekt różowych okularów i szybciej okazuje się, czy dalsza kontynuacja relacji ma sens. W naszym przypadku dość szybko pojawiła się Kornelia i zaczęły się trudy codzienności.

Obowiązki, nerwy?

Okazało się, że mamy rozbieżne podejście do twardej rzeczywistości.

ZOBACZ TEŻ: Kornelia, córka Anny Wendzikowskiej, jest przeurocza. Sami zobaczcie!

Czy to Ty podjęłaś decyzję o rozstaniu?

To była decyzja poprzedzona różnymi próbami pójścia na kompromis, dyskusjami. Staraliśmy się jakoś dogadać. A ponieważ trochę to trwało, moja decyzja o rozstaniu nie była dla Patryka zaskoczeniem. Co nie znaczy, że była łatwa.

Jak Wam się udaje dzisiaj wspólnie wychowywać dziecko?

Kornelia jest najważniejsza, oboje staramy się mieć na uwadze przede wszystkim jej dobro.

ZOBACZ: Anna Wendzikowska z córką Kornelią w sesji dla GALI. Słodkie zdjęcia!

Tak mówią wszyscy rodzice, którzy się rozstają, ale w rzeczywistości często okazuje się, że trudno im sprostać tym postanowieniom.

Zawsze trochę to trwa, zanim opadną negatywne emocje, które siłą rzeczy towarzyszą rozstaniu, niezależnie, czy przebiega ono spokojnie, czy nie. Jest przecież zranione ego i duże pokłady rozczarowania.

Jak radziłaś sobie z negatywnymi emocjami?

Dziecko wyznacza priorytety, pomaga inaczej spojrzeć na świat,  stawia do pionu, bo trzeba się nim zająć, trzeba je ubrać, nakarmić,  zapewnić mu rozrywkę. Dla mnie przede wszystkim liczy się dobro  Kornelii. To najważniejsza osoba w moim życiu, niesamodzielna  i bezbronna, której muszę zapewnić pełne bezpieczeństwo.  Moim priorytetem jest dbanie o jej dobro.

To prawda, że dziecko wymaga od rodzica pewnego rodzaju dyscypliny, ale człowiek jest tylko człowiekiem i kiedy ma problemy, bywa, że nie radzi sobie ze smutkiem. Niełatwo wtedy być oazą spokoju i wulkanem radości przy dziecku.

Powiem ci szczerze, że ja przy tym rozstaniu… nie wiem, czy powinnam to mówić… We mnie dużo było emocji związanych z poczuciem dobrze podjętej decyzji. Emocji negatywnych było zdecydowanie  więcej przed rozstaniem. Lepiej, gdy dziecko ma dwoje kochających rodziców, którzy są szczęśliwi, choć są osobno, niż jedną rodzinę, wiecznie niezadowoloną, skłóconą i sfrustrowaną. Kiedy dwie osoby pozostające w związku rozmijają się, nie potrafią wzajemnie się wspierać, rodzi się ogromna frustracja.

Kto Cię wspierał w tym trudnym czasie? Mama, przyjaciółka, psychoterapeuta?

Mam dużo mądrych osób wokół siebie, których zdanie sobie cenię, ale decyzje zawsze podejmuję sama. Bo wiesz, jak to jest – ciężko komuś doradzać z własnego punktu widzenia… Każdy ma inne oczekiwania w stosunku do życia, inny próg tolerancji, inne rzeczy nas denerwują. Ty mi możesz doradzać z dobrego serca, ale ja i tak sama wiem, co jest  dla mnie najlepsze.

Nikt nie jest na Twoim miejscu, to fakt.

Dokładnie. To duży błąd, kiedy bezkrytycznie słucha się rad innych. A  czasami jest tak,  że intuicja ci po prostu mówi, że już dłużej  nie chcesz...

Może zbyt spontanicznie podejmowałaś decyzje o byciu razem?

Gdybym wiedziała, dlaczego podejmuję złe decyzje, pewnie byłabym dzisiaj w zupełnie innym miejscu, niż jestem. (śmiech) 

Z czego wynikały te rozstania? Jakiego partnera na życie szukasz, kto mógłby dotrzymać Ci kroku?

To trudne pytanie.

Trudne, ale rozstania musiały Ci przecież dać do myślenia.

Tak, rozstania dają do myślenia. Na pewno potrzebuję kogoś, kto będzie miał podobne do mojego podejście do życia, będzie kierował się podobnymi wartościami.

Czyli jakimi?

Potrzebuję kogoś pełnego sprzeczności. Z jednej strony, bardzo odpowiedzialnego, godnego zaufania, ale z drugiej – takiego trochę wariata.

Kogoś szalonego?

Tak! Szalonego, z fantazją. Kogoś, z kim można porozmawiać na każdy poważny temat, pójść na czterogodzinną operę i z kim można pośmiać się z głupot, chodzić po lesie, biwakować, pojechać na wyprawę z plecakiem. Kogoś z dużym apetytem na życie, ale też z jasno wyznaczonymi celami, ambitnego i odpowiedzialnego. Zabrzmi to górnolotnie, ale potrzebne jest porozumienie dusz, jakiś wspólny przelot. Partner musi być przyjacielem. Kimś, z kim siadasz nad kawą i nagle orientujesz się, że minęło już siedem godzin. Tego w ogóle szukam  w ludziach. Żeby byli interesujący na tyle, by można się zatopić  we wspólnej rozmowie i nie zauważyć, kiedy czas mija. Najfajniej jest, kiedy partner jest przyjacielem, a związek nie bazuje wyłącznie na namiętności.

A jaką Ty jesteś partnerką?

Na pewno nie można się ze mną nudzić. Lubię, kiedy się dużo dzieje,  i zawsze mam mnóstwo pomysłów na spędzanie czasu. Dużo też myślę o drugiej osobie, ale mam również wobec niej oczekiwania. Może dlatego, że parę razy w życiu zdarzyło mi się przeinwestować, jestem już trochę ostrożniejsza. J

Jaka jesteś w codziennym życiu? Tolerancyjna, spokojna, opiekuńcza czy wybuchowa?

Wolę rozmawiać, niż się kłócić. Uważam, że głos podniesiony powyżej pewnego poziomu oraz słowa, które padają podczas kłótni, są rzeczami, których nie da się cofnąć i które zostają między ludźmi. Czasem więc lepiej ugryźć się w język. Kiedyś wydawało mi się, że gdy kłóci się włoskie małżeństwo, to taki ładny, malowniczy obrazek. Dzisiaj jednak myślę, że większym osiągnięciem jest umiejętność rozmowy i rozwiązywania konfliktów drogą dyskusji. Nie lubię też niczego zamiatać pod dywan. Kiedy czuję, że coś wisi w powietrzu, od razu chcę wszystko wyjaśniać. Nie lubię też cichych dni, uważam, że to bez sensu. Szkoda czasu.

Czego nauczyły Cię rozstania z mężczyznami?

Wiem już, że nie chcę nudy w związku. W ogóle nie lubię nudy w życiu. Lubię interesujących ludzi, dlatego też wybrałam sobie taką pracę, jaką mam. Żeby było ciekawie.

Chciałam wiedzieć, czego dowiedziałaś się o sobie dzięki rozstaniom.

Że mam silny charakter. Wymagam zarówno od siebie, jak i od partnera. Zdarza się, że z automatu próbuję go zdominować.

Ma być tak, jak Ty chcesz?

Ale wcale nie chcę, żeby on pozwolił się zdominować!

Niemniej jednak próbujesz? (śmiech)

Siłą rzeczy, każdy zawsze trochę ciągnie w swoją stronę.

Różnie. Są osoby, które lubią się podporządkowywać, lubią, gdy ktoś za nie podejmuje decyzje.

No tak. Czyli to ja jednak ciągnę w swoją stronę! Rzeczywiście, nie lubię być zdominowana do końca, ale też nie chcę, żeby mężczyzna podporządkował mi się zupełnie. Wydaje mi się, że to niezdrowe, gdy jedna strona dominuje drugą. W związku najważniejsze jest poczucie równowagi, partnerstwa.

Od jakiegoś czasu masz nowego partnera...

Wkrótce będzie rok, odkąd jesteśmy razem.

Czym Ci zaimponował?

Jest bardzo ciekawą osobą. Jest mądry, interesujący, podróżuje, ma pasje.

Czym się zajmuje?

Biznesem. Świetnie mi się z nim rozmawia. Najfajniejsze w związku jest to, kiedy musisz się spotkać sama ze sobą, gdy partner daje ci różnego rodzaju wyzwania, również takie z zakresu rozwoju osobistego. Nagle zaczynasz dostrzegać jakąś swoją zaletę, o której nie miałaś  w ogóle pojęcia, albo coś, nad czym warto popracować. Nie zawsze byłam w takich związkach, które rozwijały. Bardzo dużo rozmawiamy, interesuje mnie temat relacji międzyludzkich, dużo o tym czytam…

Jak się poznaliście?

Kilka lat temu, przez wspólnych znajomych, ale wtedy każde z nas było  w związku. Potem sobie przypomnieliśmy, że tak naprawdę poznaliśmy się już wcześniej, 15 lat temu na Helu. Mieliśmy wtedy wspólne towarzystwo. Kiedy rozstałam się z ojcem Kornelii, spotkałam Janka w Akademii Kulinarnej na „Koszykach”. Urządzał tam imieniny komuś ze swojej rodziny i na tej imprezie była moja koleżanka. Przechodząc obok, pomachałam jej, potem zostałam na tę uroczystość wciągnięta i tak się zaczęło… Janek natychmiast przypomniał sobie, że już raz się poznawaliśmy,  a to był akurat taki moment, że on też był parę miesięcy po rozstaniu.

Szybko zamieszkaliście razem?

Po kilku miesiącach. Nie wiem, czy to szybko. Niektórym ludziom zdarza się szybciej…

Jak wygląda Wasze wspólne życie?

Lubimy razem spędzać czas, dużo podróżujemy. Ostatni weekend byliśmy na kajakach, często chodzimy do opery, oboje pływamy na wake'u.

A jak się w tym wszystkim odnajduje Kornelia?

Bardzo dobrze dogadują się z Janem.

Jan nie ma swoich dzieci?

Nie, ale fantastycznie sprawdza się w roli opiekuna Kornelii. Świetnie się w tej relacji odnalazł. Chociaż wiadomo, że dla kogoś, kto nie ma własnych dzieci, nie jest proste być z kimś, kto dziecko ma. Zdaję sobie sprawę, że to może być trudne.

Myślicie o wspólnym dziecku?

Kiedy ludzie są razem i się kochają, bywa, że myślą o dziecku. (śmiech)

Skoro rozmawiamy o dzieciach, opowiedz o Kornelii. Przewróciła Twoje życie do góry nogami?

Tak, bo zweryfikowała wszystkie moje poglądy na temat macierzyństwa, życia w ogóle i mnie samej. Nie byłam osobą, która uwielbiała dzieci. Lubiłam tylko te z fajnym charakterem. Nie do końca wiedziałam, jak się odnajdę w roli matki. Albo inaczej: sądziłam,  że będę raczej surową matką.

A jak wyszło?

Własne dziecko jest czymś absolutnie rozczulającym i rozkładającym na łopatki. Mam w sobie ogromne pokłady cierpliwości dla córki.

Nie podejrzewałaś siebie o to?

Oj, nie! Pewnie nikt dookoła mnie nie posądzał o takie podejście, taką pobłażliwość i tyle pozytywnej energii. Ja, która wszystkim zawsze się denerwowałam i stresowałam, nagle stałam się oazą spokoju. Kornelka nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Zresztą ona jest tak miłym dzieckiem… Znalazła sposób na mnie, wie, jak mnie podejść. Zawsze uśmiechem i czymś zabawnym, nie płaczem i krzykiem. Jest totalnie rozbrajająca. Totalnie.

Teraz, kiedy social media są tak popularne, często matki są krytykowane za to, że pokazują na Instagramie nieprawdziwy obraz macierzyństwa. Twój Instagram wygląda jak bajka. Jesteście z Kornelią zawsze radosne, uśmiechnięte i, co więcej, ciągle gdzieś wspólnie podróżujecie. Powiedz, na ile Twoje konto różni się od rzeczywistości? I czy w ogóle się różni?

Przyzwyczaiłam się już, że kobiety, a przede wszystkim matki są  w Polsce krytykowane. W moim przypadku teraz trochę to już osłabło, ale kiedyś byłam krytykowana dosłownie za wszystko. Wyjeżdżam bez dziecka – źle, zabieram dziecko – też źle, bo je targam  po świecie. Każda rzecz wywoływała lawinę krytycznych uwag  pod moim adresem.

Przejmujesz się tymi komentarzami?

Tak naprawdę najważniejsze, by żyć w zgodzie ze sobą i mieć poczucie, że postępuje się właściwie. Zawsze przecież znajdzie się ktoś,  kto nas skrytykuje. Drugi aspekt jest taki, że Instagram jest po to,  by pokazywać rzeczy ładne i inspirujące. Do rodzinnego albumu też  nie wkłada się zdjęć dziecka z gorączką. Rzeczy najbardziej intymne, brzydkie, przykre wszyscy przeżywamy w domu i w samotności, nie epatujemy nimi publicznie. Kiedy ktoś mnie pyta, co u mnie słychać, nie wyliczam mu przecież całej listy swoich problemów.

Jakie jest naprawdę Twoje macierzyństwo? Totalnie beztroskie czy pełne problemów, o których nie mówisz głośno?

Moje macierzyństwo jest zdecydowanie pozytywne. I to nie znaczy, że nie mam momentów, gdy mówię: „Jezu, nie dam rady”, ale jest ich naprawdę bardzo mało.

Jak sobie radzisz? Masz bardzo absorbującą pracę, która wymaga pełnej dyspozycyjności, ciągle jesteś w podróży.  Często z dzieckiem.

Podróż z dzieckiem jest dużym wyzwaniem. Często podróżuję z nią sama, więc mam wózek, dziecko, walizkę… Z drugiej strony robię to od zawsze, odkąd Kornelka miała kilka miesięcy, więc już się przyzwyczaiłam. Jestem zadaniowcem. Nie myślę: „O Boże, czy ja sobie poradzę?”, tylko: „Na razie muszę się spakować i wyjść z domu”, „Teraz muszę wejść do samolotu”, „Teraz muszę dotrzeć do hotelu”. Wszystko robię krok po kroku. Nie wrzucam sobie na głowę nieprawdopodobnych ciężarów, po prostu robię to, co do mnie należy. Nie powtarzam sobie: „Chyba nie dam rady!”, tylko myślę: „Poradzę sobie i już”.

Kiedy podróżujesz bez córki, masz wyrzuty sumienia,  że się z nią rozstajesz?

Kiedy Kornelia była mniejsza i zostawiałam ją z moją mamą, nianią czy z jej tatą, miałam przekonanie, że jest pod dobrą opieką i to wystarczy, bo jako malutkie dziecko głównie potrzebowała pielęgnacji. Tego, żeby ją nakarmić, przewinąć, żeby się wyspała. Natomiast teraz ona potrzebuje mnie. Dużo częściej więc zabieram ją ze sobą albo rezygnuję dla niej z niektórych rzeczy. Staram się po prostu utrzymywać wszystko w równowadze.

Kto pomaga Ci w opiece nad córką?

Moi rodzice mieszkają blisko, więc są zawsze chętni. Kornelia jest  z nimi bardzo związana. Pomaga mi mój partner, no i jest tata Kornelii. Niedawno Kornelia zaczęła chodzić do przedszkola i uwielbia to. Jest bardzo towarzyska, lubi, kiedy wokół niej dużo się dzieje, uwielbia ludzi. Od zawsze. Teraz zaczęła zauważać dzieci, bo na początku wolała zdecydowanie dorosłych. Przez to, że dużo podróżuje, jest też bardzo otwarta. Lubi zmieniające się krajobrazy, zmieniających się ludzi… Kiedy miała zaledwie osiem miesięcy, była już w RPA, teraz też chodzi do międzynarodowego przedszkola, więc ma nauczycieli różnych narodowości i o różnych kolorach skóry. W tym swoim podejściu do świata Kornelia jest bardzo radosna.  Gdy jesteśmy we Włoszech, to po dwóch dniach woła  do wszystkich: „Ciao, ciao!”.

Jesteście do siebie podobne.

Zdecydowanie. (śmiech)

A jak widzisz swoją przyszłość?

Rodzina jest dla mnie bardzo ważna, ale lubię też swoją pracę i na pewno chcę się realizować zawodowo. Chcę, żeby moja córka miała szczęśliwą mamę, ale też chcę, by miała poczucie, że fajnie jest spełniać się na polu zawodowym. Niech ma pozytywne wzorce.

A ma szczęśliwą mamę?

Tak, ma! Pewnie dlatego jest szczęśliwym dzieckiem. Lubię swoją pracę – wyjazdy, filmy, rozmowy z ludźmi. Bardzo mnie to inspiruje.

Było w Twoim życiu coś, czego żałujesz?

Nie, bo to nie ma sensu. Po pierwsze, dlatego że nie da się cofnąć czasu, więc nie ma sensu w ogóle się nad tym zastanawiać. Wszystko dzieje się po coś. Po drugie, każda decyzja jest podejmowana w danej chwili i wtedy wydaje się słuszna. Wiadomo, że z perspektywy można powiedzieć: „Powinnam była zrobić inaczej”; ale co to da? Wierzę, że: „Ja nie przegrywam, ja nie ponoszę porażek. Albo wygrywam, albo dostaję lekcję”. Każdy sukces składa się przecież z tysiąca  porażek.

Masz poczucie, że teraz jest najszczęśliwszy czas w Twoim życiu?

Na pewno mam teraz w sobie najwięcej spokoju. Ze szczęściem jest tak, że ono jest niezależne  od sytuacji zewnętrznej, jest w nas. I nad tym pracuję. Miałam tendencję do szukania dziury  w całym, do zamartwiania się. Wreszcie mam poczucie, że moje życie zależy ode mnie, że miejsce, w którym jestem, to suma moich decyzji. Wiesz, czasami czujesz się, jakbyś chodziła  w niewygodnych butach, i nie wiesz do końca,  co cię uwiera... Teraz jest mi dobrze. Oczywiście dotyczą mnie problemy życia codziennego,  ale to są drobne stresy.

Czym się stresujesz?

Najbardziej rzeczami związanymi z dzieckiem. Z jego zdrowiem.

Kornelię czeka operacja wady wzroku?

Jeszcze nie. Specjaliści na razie mi to odradzili. Ale mam za sobą jeżdżenie po całej Polsce, różnego rodzaju mniej lub bardziej inwazyjne badania, więc i nerwy... Najbardziej w życiu przejmuje  mnie zdrowie Kornelki, jej samopoczucie. Chciałabym, aby była szczęśliwa, miała radosne dzieciństwo. Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że życie składa się głównie z problemów oraz z krótkich miłych chwil. Więc do tych problemów należy podchodzić jak do zadań, które trzeba rozwiązać. Świat się nie wali.