Ostatnio wiele czasu spędzałeś na planie „Miasta 44” – filmu Jana Komasy o ludziach w Twoim wieku, których historia postawiła przed trudnymi wyborami i dramatycznymi wydarzeniami. Jak Ci się pracowało z twórcą głośnej „Sali samobójców”?

Uważam, że nie powinno się mówić za dużo o filmie przed jego premierą. W ogóle nie powinno się za dużo gadać, film jest w końcu do oglądania! Ale ten projekt jest rzeczywiście niezwykły i bardzo się cieszę, że mogę brać w nim udział. Trafiłem tam tak samo jak inni, czyli przez casting.

Chyba większość aktorów to nie ludzie o znanych nazwiskach, ale raczej debiutanci?

Faktycznie, większość to bardzo młodzi, ale też bardzo utalentowani ludzie. Zosia Wichłacz, która gra właściwie główną rolę, ma zaledwie 18 lat! Jestem przekonany, że to będzie świetne kino, ufam Jankowi w stu procentach. 

On podobnie jak Ty wychował się w artystycznej rodzinie. Twoi rodzice, aktorzy, grali w teatrze, występowali w telewizji, przygotowywali się do ról. Jak to wspominasz?

Świetnie. Bywałem w rekwizytorniach, garderobach na tyłach teatru, gdy mama grała w przedstawieniach. Tata z kolei rozstał się z aktorstwem na dłuższy czas i pracował w telewizji we Wrocławiu, między innymi przy tworzeniu programów dla dzieci, takich jak „Truskawkowe studio’’. Dlatego oprócz garderób i zakamarków teatru moim drugim miejscem zabaw były korytarze telewizji. To, co dla rodziców było miejscem pracy, mnie służyło jako fantastyczny plac zabaw, gdzie każdy rekwizyt, jak hełm czy miecz, stawał się niebanalną zabawką. Później nabrałem świadomości, zrozumiałem wagę tego, czym się rodzice zajmują, i powagę miejsca, jakim jest teatr. Moja mama wspomina wciąż sytuację, gdy z moją koleżanką Nastką, córką Joli Fraszyńskiej, przebiegaliśmy przez scenę w trakcie spektaklu, bawiąc się w ganianego. Wtedy chyba pojąłem, że tam dzieje się coś poważnego, bo od tej pory bardziej nas pilnowano. Pamiętam też inną sytuację, która miała miejsce w czasie spektaklu „Historia konia’’. Moja mama, która grała tam jedną z głównych ról, i partnerujący jej aktor w pewnym momencie odgrywali jakiś bardziej brutalny epizod. Kiedy zauważyłem, że ten aktor szarpie się z nią na scenie, wstałem i krzyknąłem z całych sił: „Zostawcie moją mamusię!’’. Mama często to wspomina. Tak jak to, że podczas spektaklu podpowiadałem aktorom ich kwestie, bo byłem na wszystkich próbach sztuki w teatrze i znałem jej tekst na pamięć. Ludzie na widowni byli rozbawieni, ale dla przedstawienia, mocno dramatycznego, oznaczało to paraliż!

Widać już wtedy pociągało Cię aktorstwo, skoro korzystałeś z każdej okazji, by zaistnieć na scenie. A jak koledzy ze szkoły postrzegali to, że Twoi rodzice są aktorami? Jesteś w końcu dzieckiem gwiazd.

Chyba wcale tak się nie czułem. Bardziej imponował mi zawód policjanta czy strażaka.

A później, w czasach gimnazjalno-licealnych?

Wtedy, gdy już przeprowadziliśmy się do Warszawy, ta świadomość była inna. W latach 90. rozpoczął się boom medialny dla mojej rodziny. Szczególnie rozpoznawana była mama jako Grażynka w serialu „Klan”. Chłopaki wołali na mnie nawet „Klanuś”. (śmiech)

A kiedy postanowiłeś pójść w ślady rodziców?

Miałem kontakt z teatralną, telewizyjną i filmową „kuchnią”, którą poznałem dzięki nim. Poza tym oglądałem masę filmów. Uwielbiałem to, potrafiłem się temu oddać bez reszty. Dzięki temu, że wiedziałem, jak tworzy się filmy, dostrzegałem więcej detali. Uznałem, że fajnie byłoby zbliżyć się do tego świata, i jako nastolatek zadawałem sobie pytanie: „Jak to zrobić?”. Wiedziałem, że nikt by mi żadnej odpowiedzialnej funkcji nie powierzył, zacząłem więc biegać po castingach. Miałem nadzieję, że w genach mam zakodowany jakiś talencik i warto byłoby go rozwijać, grywając epizody i małe rólki. Na początku szło słabo – nic, zero efektów. Za to odkąd w wieku chyba 16 lat dostałem pierwszą rolę, występuję dość regularnie. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że rodzice nie są za tym, abym szedł w ich ślady. Twierdzili, że nie jest to łatwy kawałek chleba, i mieli rację. 

A który z aktorów był Twoim idolem?

Zdecydowanie Kevin Costner i Bruce Willis. Oglądałem wszystkie ich filmy. Imponowały mi męskie i silne charaktery, jakie grali. Mimo że swoje kreacje tworzyli w zupełnie różnym stylu. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie „Robin Hood: Książę złodziei” – był fenomenalny. Oglądałem ten film w kinie kilka razy. Jeśli chodzi o polskich aktorów, nie miałem żadnego idola, do momentu obejrzenia „Psów” Pasikowskiego – prawdopodobnie za wcześnie (śmiech) – i wówczas do grona moich faworytów dołączył Bogusław Linda.

To zdecydowanie silny i męski typ. Ale wróćmy do innego męskiego wzorca w Twoim życiu. Twój Tata w jednym z wywiadów telewizyjnych powiedział, że liczna rodzina jest trochę jak firma, a on – jako głowa rodziny – jest jak menedżer dużej firmy. Kim jesteś w tej „korporacji”, jaka jest Twoja pozycja? Zastępcą prezesa, doradcą czy szeregowym pracownikiem?

Powiedział tak? Myślę, że mogę się utożsamić z każdą z tych ról i jestem prawdopodobnie wszystkim po trochu. Na pewno nie jego następcą ani zastępcą. Tym się nie czuję. Ale gdy potrzebuje mnie, zawsze mogę być jego prawą ręką. A żeby tacie było miło, powiem, że wszyscy bez kompleksów wchodzimy w rolę szeregowych pracowników, pod nadzorem wspaniałego szefa oczywiście! Ale ten szef jest zawsze pod kontrolą innego szefa – mojej mamy.

Rozumiem, tata jest prezesem, a mama opiniuje jego pracę jak rada nadzorcza... Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłem Cię bawiącego się z najmłodszym bratem Ksawerym, jeszcze malutkim chłopczykiem, i zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Niesamowite, jak bardzo czuły potrafisz być, jak bardzo uważny. Widzisz się w roli ojca?

Nie myślę na razie o własnym dziecku. Moja dziewczyna Laura ma dziecko, trzyipółletnią Leę, i siłą rzeczy trochę obowiązków głowy rodziny spadło na mnie, odkąd mieszkamy we trójkę. Ale jest to bardzo fajne. Dajemy radę, choć nie wiem, czy gdybyśmy mieli jeszcze jednego brzdąca, to byłoby tak kolorowo. Myślę, że jest na to jeszcze czas. Może kiedy będziemy już mniej skoncentrowani na swoich zajęciach czy szukaniu swoich dróg...

Nie jesteś za młody na takie ustatkowanie się? Czy to już ten czas, czy to taka wielka miłość?

Słowo „ustatkowanie” brzmi dość okropnie... Nie traktujemy tego w ten sposób. Po prostu kochamy się i chcemy razem spędzać czas. Wspólne mieszkanie było poważną, aczkolwiek spontaniczną decyzją i – jak się okazało – był to bardzo dobry pomysł. Dziecko w niczym nam nie przeszkadza, a wręcz pomaga odnaleźć spokój i pewien rodzaj harmonii w naszym często skomplikowanym świecie.   

 

Twoja dziewczyna jest aktorką. Czy to przeszkadza w związku, czy przeciwnie?

Gdyby pracowała w banku czy na poczcie, kochałbym ją tak samo. Poznaliśmy się na imprezie u naszego wspólnego przyjaciela Borka i to, czym zajmujemy się zawodowo, wyszło dość późno... Dzięki temu, że pracujemy w jednej branży, mamy wielu wspólnych znajomych i możemy się czasem wspierać, przegadujemy razem teksty, dajemy sobie rady. Na pewno nie jesteśmy dla siebie konkurencją, więc problemu z tym nie mamy.

Czy w kontaktach z małą Leą, gdy stworzyłeś własny dom, łapiesz się na tym, że postępujesz jak Twój ojciec?

Szczerze? Jeszcze o tym nie myślałem... Ale podświadomie coś takiego ze mnie wychodzi. Na pewno czasami postępuję podobnie jak mój tato. Ale nie zadaję sobie pytania: „Co by w tej sytuacji powiedział mój ojciec, co by zrobił?”. Myślę, że każda rodzina w różnym czasie ma swoje indywidualne potrzeby, marzenia i wszyscy jej członkowie w jakimś stopniu mają wpływ na to, jakie relacje panują w domu, dokąd rodzina zmierza.

Twój dom rodzinny, położony przy samym lesie, jest bardzo przytulny. Trudno było go opuścić?

Mój obecny dom za bardzo się od niego nie różni. Dom w Zalesiu, mimo że zacząłem podążać własną drogą, zawsze będzie mi się jawił jako mój dom rodzinny. Zawsze chętnie tam wracam. Rodzice, bracia, siostry są wciąż obecni w moim życiu. Wydaje mi się, że moja rodzina jest przepełniona sympatią. Nie tylko do siebie nawzajem, ale również do świata. Wprawdzie zrobiłem już parę numerów, za które rodzina powinna zabronić mi przychodzić, ale na szczęście nadal mam dokąd wracać. (śmiech)

Pewnie masz na myśli swój dość głośny epizod z policją, po którym wylądowałeś na komendzie... Miałeś okazję na pięć minut stać się obiektem zainteresowania portali plotkarskich z tego powodu.

Siła mediów jest potężna. I bardzo opiniotwórcza. Jeśli ktoś napisze, że jesteś małpą, wielu ludzi to kupi. Pewne plotki i komentarze są nieuniknione. Ja rzeczywiście staram się nie brnąć w skandal, raczej zachęcam do poznawania mnie przez moją pracę. Szkoda, że niektórzy będą pamiętać mnie jako Antoniego K. – celebrytę, który urządził jakąś tam aferę... Cóż... tak już musi być. W każdym razie celebrycka sława mnie nie interesuje, ale wiem, że jest to w jakiś sposób wpisane w ten zawód, to taka jego ciemniejsza strona, przynajmniej dla mnie. 

A paparazzi, czerwone dywany?

Znam bardziej szlachetne sposoby na zarabianie pieniędzy niż fotografowanie ludzi z ukrycia, ale rozumiem, że to też ich praca... Dopóki nie przekraczają pewnych granic, niech sobie fotografują. Gorsi bywają dziennikarze, którzy na podstawie jednego czy dwóch zdjęć dorabiają historię, która nie ma nic wspólnego z  prawdą... A czerwone dywany... Nie mam problemu, by po nich przejść, jeśli gram rolę w filmie, jestem na premierze, na jakimś wydarzeniu. Ale to raczej nie mój klimat.

Wróćmy więc do tematu filmu. Z jaką filmową postacią się utożsamiasz?

Dobre pytanie, ale odnosi się bardziej do kogoś, kim chciałbym być, na kim warto się wzorować. Czasami chciałbym być Iron Manem, ale wiem, że jest we mnie wiele z Piotrusia Pana. I zanim stanę się Bruce’em Willisem, który w każdym filmie ratuje świat, muszę zająć się drobnymi sprawami i być w zgodzie ze sobą. Wtedy mogę powiedzieć, że jestem spełniony. Mam nadzieję, że Antoni Królikowski jest autonomicznym tworem, pomimo wielu rozmaitych inspiracji. Albo też dzięki nim.

A gdy kształtujesz swoją postać, to bardziej czujesz się reżyserem czy aktorem?

Ze względu na to, co ostatnio robię, czuję się w zdecydowanie większym stopniu aktorem. Efekty tej pracy można zobaczyć. Owszem, zrobiłem jeden film jako reżyser. Ale w tej chwili – mimo pewnych ukrytych zarówno w głowie, jak i szufladzie ambicji, planów – aktorstwo jest tym, czemu poświęcam najwięcej energii i czasu, więc właśnie z tym zawodem się utożsamiam.

Do udziału w „Nocy życia” – Twoim reżyserskim debiucie – udało Ci się namówić kilka znanych nazwisk.

Tak, zagrało tam wielu moich przyjaciół, a także rodzice. To była świetna przygoda i trochę za tym tęsknię. Na razie jednak nie czuję, żebym miał jakąś ważną czy po prostu niezwykłą i ciekawą historię do opowiedzenia. Dlatego też jeszcze nie zrobiłem kolejnego filmu. Chociaż muszę zdradzić, że obecnie kończę scena-riusz. Gdy będę mógł odpocząć od swoich bieżących zobowiązań, znajdę siłę, odpowiednią ekipę i pieniądze, to bardzo chętnie stanę po drugiej stronie kamery. 

A jakie są Twoje najbliższe plany zawodowe?

Skończyliśmy zdjęcia do „Miasta 44”. Jadę jeszcze na plan serialu „Nad rozlewiskiem” i – szczerze mówiąc – nie mogę się doczekać, bo co roku spotykamy się tam w naprawdę zacnym gronie przyjaciół! Poza tym będzie to miła odskocznia od gruzów i krwi, które wiązały się z filmem o powstaniu... Mogę zdradzić, że relacja Kuby, którego gram, z jego filmową eksżoną Marysią, czyli moją serdeczną kumpelą Olgą Frycz, potoczy się w tej serii w bardzo zaskakujący sposób. 

Co sądzisz o młodym pokoleniu artystów? Ciężko jest Wam, młodym aktorom?

Poszedłem nieco inną drogą niż większość moich kolegów, ponieważ nie byłem w szkole aktorskiej, a uprawiam ten zawód od ośmiu lat. Nigdy nie marzyłem o teatrze. Dziś każdy aktor musi zadać sobie pytanie, co go tak naprawdę w tym zawodzie kręci: teatr, kino, a może seriale, sława i pieniądze? Mam kolegów, którzy grają tylko w ambitnych projektach, jednak nie mają za co żyć. Szanuję ich, ale ja staram się jednak jakoś to wszystko łączyć. Ważne, żeby pracować, każda sytuacja aktorska dodaje doświadczenia i pewności siebie, a to się liczy w tym zawodzie.

A kogo z polskiego kina podziwiasz?

Podobały mi się filmy Xawerego Żuławskiego, Jacka Borcucha i Janka Komasy.

A kim będzie Antek Królikowski za pięć lat? Jakie będzie miał wtedy pragnienia, wyzwania, uczucia?

Będzie miał dużo spokoju w głowie, poukładaną sytuację rodzinną. Chciałbym, aby ta energia, którą czuję, znalazła ujście w ciekawych, a może i własnych projektach. I tak – szczęśliwa rodzina. To chyba podstawa...