Rafał Janisz – przedsiębiorca, który jednego dnia traci wszystko i trafia do więzienia, to twoja serialowa postać. Jak bardzo identyfikujesz się z postaciami, które grasz?

Traktuję aktorstwo jako poszukiwanie w sobie cech, które zbliżyłyby mnie do moich postaci. Człowiek nie jest jednowymiarowy. Trudno przewidzieć, jak zachowalibyśmy się w danej sytuacji, dopóki rzeczywiście się w niej nie znajdziemy. Raz gram kibica futbolu i wchodzę w męski świat pełen rywalizacji, agresji i przemocy, a kiedy indziej wcielam się we wrażliwego poetę, który pisze wiersze i studiuje literaturę. Aktorstwo pozwala mi rozwijać się w różnych kierunkach. 

Nawiązujesz do filmu „Papusza”, w którym grałeś Jerzego Ficowskiego. To była Twoja najtrudniejsza rola?

Przede wszystkim Ficowski był wybitnym artystą obdarzonym niezwykłą wrażliwością, który wiele osiągnął. Zbliżenie się do kogoś takiego, próba wspięcia się na jego poziom, była dla mnie ciekawym wyzwaniem. Zafascynowałem się kulturą i obyczajowością Romów. Stałem się trochę jednym z nich. Podróżując później po Indiach, nie mogłem przestać patrzeć na ten kraj ich oczami. To właśnie stamtąd Cyganie przywędrowali do Europy sześćset lat temu. Dzięki tej roli spełniłem też jedno z największych aktorskich marzeń, czyli zagrałem w filmie Joanny i Krzysztofa Krauze. 

Rola Rafała nie była aż tak wymagająca?

W przypadku „Skazanych” musiałem poznać zasady panujące w więziennej rzeczywistości i wyobrazić sobie, co czuje człowiek, który tam trafia. Spędziłem trochę czasu w zakładzie karnym na warszawskim Służewcu – obserwowałem, jak wygląda życie więźniów, co dzieje się w sali widzeń, gdzie spotykają się z bliskimi. 

 

Pociągają Cię takie wyzwania?

Kocham moją pracę za różnorodność – można grać w serialu, filmie, teatrze, pracować w radiu, robić dubbing… Wydaje mi się, że aktorstwo daje dużo możliwości i pozwala prowadzić pasjonujące życie. 

Jednocześnie kojarzy się także z niestabilnością. Jak długo musiałeś przekonywać rodziców do swojego pomysłu na życie? 

To właśnie z domu wyniosłem przeświadczenie, że aktorzy mają ciekawe życie. Matka sama znalazła dla mnie szkołę średnią z klasą o profilu aktorskim. 

Szybko zacząłeś grać w filmach. Na trzecim roku dostałeś rolę w „Z odzysku”, pojechałeś do Cannes. Nie zachłysnąłeś się popularnością?

W ogóle się nią nie zachłysnąłem, bo wtedy jeszcze jej nie zyskałem! Zresztą „sława” stanowi dla mnie efekt uboczny tego zawodu. Poza tym po „Z odzysku”, gdy wydawało mi się, że nie będę mógł opędzić się od kolejnych ról, a przez półtora roku nie dostałem żadnej sensownej propozycji. Praca aktora uczy cierpliwości i pokory. 

A gdy aktorstwo stanie się dla Ciebie rutyną, przestaniesz grać?

Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Chciałbym, żeby pasji do tego zawodu wystarczyło mi na całe życie. Dlatego nie frustruję się, że do tej pory czegoś nie osiągnąłem, czy u kogoś nie zagrałem. Chociaż, jak wszyscy, chciałbym wystąpić w filmie Wojciecha Smarzowskiego. Ale niestety, jeszcze nie dostałem takiej propozycji. (śmiech)

W pracy jesteś perfekcjonistą?

Jestem pedantem, nie tylko w życiu. Sumiennie przygotowana rola przed zdjęciami pozwala czerpać większą radość z pracy na planie. Wtedy uwalnia się wyobraźnia i może zdarzyć coś takiego, co nazywamy sztuką. 

W trudnych momentach wciąż zamykasz się w klasztorze, żeby się wyciszyć?

Kiedyś rzeczywiście to robiłem, ale teraz bywam tam raczej, żeby odwiedzić zaprzyjaźnionych mnichów. Odskocznią od codzienności są dla mnie podróże. Ostatnio wybrałem się w Himalaje na motocyklu – odwiedziłem Tybet i przejechałem najwyższą drogę na świecie – przełęcz Khardung La na wysokości 5600 m n.p.m. Teraz chciałbym pojechać na motocyklu śladem Che Guevary i zwiedzić w ten sposób Amerykę Południową. 

Kilka lat temu mówiłeś, że aktor musi mieć silną osobowość i nierozdęte ego. Nadal tak uważasz?

Cały czas uczę się pokory. Ten zawód nie zawsze jest wdzięczny – z jednej strony trzeba radzić sobie z porażkami i brakiem akceptacji, z drugiej – nie dać się uwieść sukcesom. 

Pracę magisterską poświęciłeś swojej babci, aktorce Barbarze Rachwalskiej. 

Babcia zmarła, kiedy miałem dziesięć lat. Podobno raz w dzieciństwie byłem na spektaklu, w którym grała, „Panu Jowialskim” w Teatrze Polskim. Niestety nic z tego nie pamiętam. Chciałem lepiej poznać jej dorobek. Spodobało mi się to, że każda rola bardzo ją cieszyła. 

 

Jakie rodzinne tajemnice poznałeś, studiując biografię babci? 

Siostra babci opowiadała mi o przedwojennej Warszawie. Mój pradziadek prowadził obok filharmonii jedną z najpopularniejszych restauracji w stolicy. Pomagali mu jego synowie. To było niezwykle popularne miejsce – wieczorami fordanserki zabawiały gości, a bracia mojej babci? No cóż… korzystali z życia. Na weekend cała rodzina jeździła bryczkami na letnisko do Zatrzebia, gdzie prababcia organizowała teatr letni. Babcia Barbara chodziła do elitarnego liceum i dopiero zaczynała odkrywać uroki szalonej Warszawy lat 30., kiedy wybuchła wojna. Restauracja spłonęła, bracia poszli na front, pradziadek zginął na Szucha. Barbara została w okupowanym mieście tylko z matką. Zaczęła uczęszczać na tajne komplety do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Po wojnie, jak wszyscy artyści, trafiła do Łodzi – najpierw do Teatru Wojska Polskiego, a potem z Kazimierzem Dejmkiem stworzyła słynny Teatr Nowy. 

To bardzo filmowa historia. Chciałbyś zagrać w filmie na jej podstawie?

Nawet mam dla siebie rolę. Zagrałbym jednego z braci babci – Jerzego Rachwalskiego, plastyka, który w latach 30. stawiał pierwsze kroki w świecie mody. Horror wojny rzucił go do Auschwitz, gdzie spotkał Leona Schillera. Obaj przeżyli, a po wojnie Schiller zatrudnił Jerzego jako scenografa. W 1945 roku w Łodzi, w Teatrze Wojska Polskiego, gdzieś na korytarzu na szyję rzuciła się Jerzemu z płaczem młoda dziewczyna. Była to świeżo przyjęta do zespołu aktorka Barbara Rachwalska. Nie widzieli się od początku wojny...