Arkadiusz Jakubik pochodzi z małego miasta, nie ma urody amanta, a osiągnął spektakularny sukces. Jako aktor, reżyser i muzyk. Najszczęśliwszy czuje się w domu. Miłość żony i synów pozwala mu zachować w życiu równowagę.

Codziennie wstajesz o piątej rano?

Jeśli nie jestem akurat na zdjęciach albo w trasie z zespołem Dr Misio i mogę położyć się o 22.30, aby mieć te sześć godzin snu, nastawiam budzik na piątą. Mieszkamy na wsi – to jest przerąbane, jak się ma dzieci. Rano parzę sobie kawę, budzę synka do szkoły, robię mu śniadanie i odwożę na przystanek autobusowy w stronę Konstancina.

Żona ma z Tobą dobrze.

Mówi o tym otwarcie i koleżanki jej zazdroszczą. Ale moi kumple też mi zazdroszczą. Mądrej i inteligentnej żony. I tego, że jedno wspiera drugie i trzymamy się tak długo razem.

Ile to już lat?

To był 1992 rok, więc 25. Ślub wzięliśmy parę lat później z prozaicznych powodów: chcieliśmy mieć swoje gniazdo i musieliśmy po prostu wziąć kredyt. To była taka ceremonia pro forma, na którą zaprosiliśmy moją mamę, mamę Agnieszki i parę świadków. Ślub wzięliśmy tuż po świętach – 27 albo 28 grudnia, nawet nie pamiętam – i pojechaliśmy na sylwestra na Słowację do przyjaciół. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy. Wstydziliśmy się.

Nosicie obrączki?

Nigdy nie chcieliśmy. Ze strachu pewnie, że to usankcjonuje akt własności jednego wobec drugiego. I uśpi naszą wzajemną uważność, potrzebę bycia wiecznym narzeczeństwem. Jest taka piosenka na drugiej płycie Dr Misio – „Powstaniec”. O tym, że codziennie trzeba walczyć o miłość, powstając ze swego łóżka. Walczyć na śmierć i życie. Śpiewam: „ty będziesz walczyć za mnie/ja będę walczył o ciebie/ty za mój smutek i starość/ja za twe małe cycki”. Zawsze na koncertach dedykuję ten numer mojej Agnieszce. To dla mnie bardzo ważna piosenka. Wystarczy moment zapomnienia i nie ma już nic, jest pustka i ruina.

Często podkreślasz, że gdyby nie rodzina, to nie wiesz, gdzie byłbyś teraz. Kiedy zdałeś sobie z tego sprawę?

Gdy uświadomiłem sobie, że wszystkie autorskie rzeczy, które robię, są właśnie o tym, co najbardziej boję się stracić. Dlaczego zacząłem pracować nad debiutanckim filmem „Prosta historia o miłości”? By tego dotknąć, by to nazwać, by to przerobić z samym sobą. Pod maską dwojga scenarzystów, narratorów demiurgów, którzy jadą pociągiem i wymyślają tę historię, dokonując jednocześnie wiwisekcji swojego związku, wyruszyłem w tę samą podróż... Zbiegło się to też z pierwszą płytą Dr Misio, na której jest taki tekst: „jestem brzydki i kłamliwy/jestem doktor misio i mister hui”, o dualistycznej naturze mężczyzny. Jesteśmy jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Każdy z nas potrzebuje być przytulany, głaskany po głowie, bo jesteśmy Dr Misio. Kiedy wychodzimy z domu, zamieniamy się w Mr H... Ale po powrocie znowu jesteśmy Dr Misio.

Dom oswaja?

Absolutnie.

Jesteście z Agnieszką zgodnym małżeństwem?

Nie, nie, nie. Wręcz przeciwnie. Jesteśmy zdecydowanie włoskim typem związku. Ale to się zmienia. Jeszcze kilka lat temu wystarczył drobiazg, by odpalić lont i by wybuchła pierwsza laska dynamitu, po chwili druga i w końcu cały wagon.

Agnieszka musi mieć niezły temperament.

Oczywiście. Ale ja też nie odpuszczam. To są takie kłótnie oczyszczające. Po prostu wywalasz z siebie złogi pretensji. Kiedyś potrafiliśmy się zaciąć w sobie i nie rozmawiać przez tydzień, a już od długiego czasu... Może to kwestia naszego domu w Jastrzębiu? Tak dobrze się tam czujemy, to nasze miejsce na ziemi. Nieopodal, na cmentarz w Konstancinie, półtora roku temu przenieśliśmy prochy mojego ojca ze Strzelec Opolskich. Przy okazji kupiłem kwaterę dla całej naszej rodziny.

Już wykupiłeś kwaterę? Przecież skończyłeś dopiero 48 lat!

„Dopiero” albo „już”.

Myślisz o upływającym czasie?

Kiedy czytam nekrolog kogoś, kogo znałem albo podziwiałem, przychodzą mi takie myśli do głowy. Ale nie jestem typem neurotyka, który każdego dnia boi się wstać z łóżka, bo pewnie to jego ostatni dzień. Jestem raczej pragmatykiem i pomysł na rodzinny grób wziął się stąd, że kamieniarz zaproponował: „Panie Arku, a pan wie, że można zrobić pięterko? Normalnie jest na dwa, ale może być i na cztery. Wiem, że to za wcześnie, ale tania ta kwaterka nie była, więc pan może pogada z żoną...”.

I pogadałeś?

Tak. Uśmiała się. Wiemy już więc, gdzie mamy swoją miejscówkę.

Wszystko masz zaplanowane?

Wszystko! Absolutnie! Ja jestem „Człowiek-plan”. Słabo sobie daję radę w improwizacji. W rzeczach, które wymykają się spod kontroli i burzą mój poukładany harmonogram dnia. Mam w głowie tyle chaosu, że muszę mieć dookoła siebie porządek do granic możliwości.

Bardzo się z Agnieszką różnicie?

Bardzo. Na szczęście. Inaczej byłoby przeraźliwie nudno.

Jak Wy wytrzymujecie razem w domu, skoro Agnieszka jest Twoim zupełnym przeciwieństwem?

Mamy wyraźnie zaznaczone granice swoich terytoriów, bo ona jest straszną bałaganiarą. Ja to w końcu zaakceptowałem, może nawet pokochałem. (śmiech)

Bardzo Ci to przeszkadzało na początku?

A jak myślisz? Najpierw były awantury. Potem próbowałem nad nią pracować, zmieniać – nic. Potem próbowałem sprzątać. U mnie to oczywiście od razu przyjmuje formę natręctwa, bo jeśli sterty książek, które piętrzą się dookoła jej części łóżka, zaczynają przesuwać się na moją stronę, skrupulatnie je odsuwam za linię demarkacyjną. Po mojej stronie nie może być nic, nic! I to jest kompromis w tej materii.

Jaka jest recepta na udany związek?

Trzeba akceptować, kochać drugą osobę ze wszystkimi jej wadami, z całym cholerstwem, które cię doprowadza do szału. Kochać i nie zmieniać na siłę...

Masz dwóch synów. Starszy wyjechał w ubiegłym roku studiować scenopisarstwo w szkole filmowej w Łodzi. Wyprowadził się z domu. Bardzo to przeżyliście?

Tak, to straszne. Jest pustka, smutek i jakaś totalna depresja, niekończące się, rozpaczliwe telefony, które co rusz ja i Agnieszka wykonujemy do Kuby. Brakuje nam go bardzo. I ten dom jest bez niego taki pusty, że aż sobie trudno wyobrazić... Ile masz dzieci?

Jedno, 16-letnią córkę.

To jest moment, zobaczysz... Naprawdę trzeba żebrać o każdą chwilę już teraz, bo później ani żebranie nie pomoże, ani przekupstwo. Pójdzie na studia, wyjedzie do innego miasta, znajdzie sobie chłopaka i będziesz płakała i łykała Prozac albo Xanax.

Jak Ty sobie radzisz?

Na szczęście mieszka jeszcze z nami młodszy syn, Janek, który chodzi do pierwszej klasy liceum. Chociaż on też ma już swoje życie, kumpli. Musimy więc sobie wszystko na nowo z Agnieszką poukładać... Kupimy psa chyba! (śmiech) Trzeba ten dom jakoś wypełnić. Poza tym wiosną moja „Prosta historia o morderstwie” będzie pokazywana na różnych festiwalach, więc mam nadzieję, że sobie trochę z Agnieszką pojeździmy...

Zawodowo masz teraz świetny czas. Myślę jednak, że droga do miejsca, w którym się znalazłeś, nie była łatwa. Jesteś z małego prowincjonalnego miasta, jąkałeś się, byłeś wstydliwy, zamknięty w sobie, urody amanta nie masz....

Dziękuję ci bardzo! (śmiech) Za to mam złote serce!

Oczywiście! I jesteś naprawdę fajnym facetem. Do tego znanym aktorem, znanym reżyserem, znanym muzykiem. Dużo Cię to kosztowało?

Patrząc teraz, z perspektywy... jestem upartym osłem spod znaku Koziorożca, który miał w życiu dużego farta.

Wydaje mi się, że to nie może być wyłącznie kwestia szczęścia.

Właśnie o tym mówię. Uparty osioł spod znaku Koziorożca. Nieustępliwy, konsekwentny, cierpliwy. Rzeczywiście to, co powiedziałaś à propos kompleksu małego miasteczka czy braku urody amanta, czy innych przypadłości...

To wszystko są rzeczy, które nie ułatwiają kariery w tym zawodzie.

Nie lubię słowa „kariera”. Brzmi pejoratywnie. Dla mnie granie w spektaklach teatralnych czy w filmach, robienie muzyki czy reżyserowanie jest sposobem na komunikowanie się z ludźmi. I widocznie coś w tym jest prawdziwego, poruszającego, uczciwego, że do nich to trafia. To jest dla mnie absolutnie bezcenne. Jeśli chodzi o aktorstwo, były momenty, kiedy chciałem z tego zawodu zrezygnować.

Kiedy nie mogłeś znaleźć pracy po studiach?

Pracę po studiach znalazłem we Wrocławiu, ale szybko okazało się, że nie w takim teatrze, jak chciałem. Dla mnie Wrocław zawsze był i jest takim wyjątkowym, magicznym miejscem. Z nieprawdopodobną energią, która tkwi, oczywiście, w ludziach, ale też w tradycji teatralnej tego miasta. Jerzy Grotowski, pantomima Henryka Tomaszewskiego czy Teatr Polski. I ja, wierząc, że ten mój pierwszy, wyczekany teatr, w którym wylądowałem od razu po szkole, będzie kontynuatorem tych tradycji, nieoczekiwanie zderzyłem się z betonową rzeczywistością surrealistycznej amatorszczyzny.

Chciałeś zmieniać świat...

Byłem takim wariatem. Pod koniec studiów z kumplami szukałem we Wrocławiu miejsca na swój teatr. Szukałem pieniędzy i dotacji...

Czy Ty czujesz się spełniony?

Nie, nigdy nie będę spełniony. Takie ciągłe szukanie, ciągły niepokój i brak samozadowolenia jest tym, co cały czas mam z tyłu głowy i to jest dla mnie chyba najważniejsze. Niedawno skończyliśmy nagrywać trzecią płytę Dr Misio. Wojtek Smarzowski robi nam teraz teledysk do piosenki „Pismo”, a 19 kwietnia gramy koncert promocyjny w Warszawie. To dla mnie bardzo ważna płyta, nosi tytuł „Zmartwychwstaniemy”. Będzie miała premierę pod koniec kwietnia.

Jest rodzajem podsumowania?

Pojawia się na niej dużo tematów, z którymi wciąż próbuję się rozliczyć. Albo przynajmniej nazwać je.

Na przykład?

To, o czym właśnie rozmawiamy: niepokój, strach, że wszystko się zmienia, kończy, że trzeba sobie to życie na nowo ułożyć. To są tematy, które cały czas jak bumerang wracają do mnie...

Myślisz o śmierci?

Mam przeświadczenie, że jest jeszcze daleko, daleko, daleko przede mną. Jeszcze nie usiadłem z nią w jednej ławce. Jeszcze nie. Bardziej się boję, że to, co dzieje się poza moją prywatną oazą, moim królestwem, wymknie się spod kontroli i pier*olnie – takie napięcie jest dookoła. Obie strony ostrzą miecze. Jeśli więc pytasz mnie o strach, nie jest to strach przed śmiercią, tylko przed tym, że przez to mój świat całkowicie się już rozsypie.