Jego rolą w „Bożym Ciele” zachwyca się cały świat. Film w reżyserii Jana Komasy jest jednym z najpoważniejszych polskich kandydatów do Oscara. Postać charyzmatycznego chłopaka, który po odsiadce w poprawczaku wyjeżdża na wieś i udaje księdza, została przez Bartosza Bielenię wykreowana po mistrzowsku. W jednej z recenzji nazwano go „zjawiskowym debiutantem”. Nic bardziej mylnego. Aktor na scenie pracuje od dziecka. 1999 rok. 7-letni Bartek, mimo oporu rodziców, bierze udział w castingu do „Małego Księcia” w Teatrze Dramatycznym w rodzinnym Białymstoku. Nie przypuszcza, że zostanie choćby zauważony, a dostaje główną rolę. Do teatru, jak mówi, musi „uciekać z domu”. Rodzice, choć nie dają po sobie tego poznać, nie chcą, by grał. Mama po latach powie mu: „Pozwoliłam ci iść na casting, bo byłam pewna twojej porażki”. „Dopiero gdy dorosłem, zrozumiałem, o co im chodziło, że chcieli mnie chronić przed wygórowanymi marzeniami, które spalą na panewce. Oni są ludźmi twardo stąpającymi po ziemi, uważają, że warto marzyć, ale wcześniej trzeba ogarnąć swoje życie”, mówił w jednym z wywiadów Bielenia.

Gdy gra Małego Księcia, jego ojciec żartuje: „Jesteś najmłodszym podatnikiem na Podlasiu”. Bartek śmieje się, że pierwsze pieniądze, jakie wtedy zarobił, wystarczyłyby mu zaledwie na paczkę białoruskich papierosów. Po dwóch latach, które spędzi w białostockim Teatrze Dramatycznym, już wie, że nie chce być nikim innym, tylko aktorem. Fascynuje się Robinem Williamsem, ogląda wszystkie filmy z jego udziałem. „Miał w sobie jednocześnie ogromny smutek oraz radość. Mnie jako dziecko to porywało. Tego aktora noszę w sercu”, deklaruje.

Do egzaminów do szkoły teatralnej przygotowuje go Zdzisław Dąbrowski, sąsiad, który mieszka piętro wyżej, były wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, a później w Białymstoku, legenda Teatru Polskiego Radia. Spotykają się wieczorami, przy małej lampce czytają Herberta, Różewicza, oglądają obrazy El Greca. Do Akademii Teatralnej w Warszawie nie udaje się Bartoszowi dostać, ale dobre wieści przychodzą z dwóch innych uczelni – krakowskiej i łódzkiej. O tym, w której będzie studiował, decyduje, rzucając monetą. Pada na Kraków. Nie żałuje. „Kraków to największy prezent od losu. Do dziś opowiadam, że Białystok jest moim miejscem urodzenia, Warszawa wyborem głowy, a Kraków – serca”. Mieszka na tyłach Sceny Kameralnej Starego Teatru. Jego ojciec żartuje, że jest tak blisko sceny, że może kiedyś się na niej pojawi. Kilka lat później szczęście się do niego uśmiecha. Jan Klata zaprasza go do swojego zespołu. W ciągu trzech lat gra po dwadzieścia spektakli miesięcznie, trzy razy dziennie jest na próbach. W szkole mówią o nim „Bielenia – artysta nieobecny”.

Na scenie tworzy znakomite role, m.in. w Edwardzie II”, „Królu Learze” czy „Hamlecie”. W 2017 przenosi się do Warszawy i dołącza do obsady Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Tam występuje w „Uczcie” na podstawie dialogu Platona, „Ostatnim” i „Jezusie”. Teraz można go oglądać w „Długu” Jana Klaty w krakowskim Teatrze Nowym Proxima, a od 30 listopada w „Matce Joannie od Aniołów” w Nowym Teatrze.

Fascynacja Kościołem

W kinie Bielenia jest równie aktywny. Jego gwiazda zaczyna błyszczeć na wielkim ekranie dzięki debiutowi w komedii muzycznej „Disco polo” Macieja Bochniaka. Nie spodziewa się, że jego bohater, jeden z dwóch kamerdynerów, spotka się z tak pozytywnym przyjęciem. „Myślałem, że będę jedynie smaczkiem, ornamentem w wizualnej stronie filmu”, mówi skromnie. Występuje u boku wielkich aktorów: Andrzeja Chyry, Marcina Dorocińskiego, Andrzeja Grabowskiego. Za rolę w thrillerze „Na granicy” dostaje wyróżnienie specjalne festiwalu OFF Camera oraz nagrodę Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Wyraziste postaci tworzy też w filmach „Człowiek z magicznym pudełkiem” Bodo Koxa, głośnym „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego i „Ja teraz kłamię” Pawła Borowskiego, a także w serialu „1983” w reżyserii Agnieszki Holland.

Kiedy dostaje propozycję zagrania księdza w „Bożym Ciele”, wie, że to rola dla niego. Od dziecka myślał, by zostać księdzem. „Jeśli co niedzielę chodzi się do kościoła, to trudno nie zafascynować się osobą, która prowadzi rytuał i w którą wszyscy są wpatrzeni. Szczególnie gdy ma się zapędy aktorskie”, tłumaczy. „Bardzo długo byłem w strukturach kościelnych, śpiewałem, często tam chodziłem. Może emanuje ze mnie jakaś charakterystyczna wrażliwość wobec tego tematu, być może też moja twarz umożliwia mi takie zmiany”, mówi i dodaje, że ze swoim wyglądem mógłby zagrać zarówno anioła, jak i psychopatę. Choć film przyniósł mu wielką sławę, on sam wciąż jest skryty i wycofany, nie lubi mówić o sobie. Tajemniczy, niezwykły, hipnotyzujący. Taki jest Bartosz Bielenia, który ma szansę na międzynarodowy sukces. Kibicujemy.

ZOBACZ: Oscary 2020 - "Boże Ciało" z szansą na nominację. Ujawniono shortlistę nominowanych