Beata Kozidrak wspomina, że najwięcej czasu spędzała z rówieśnikami biegając po lubelskiej starówce i jedząc lody. W wieku dziesięciu lat założyła z przyjaciółkami własny zespół, w którym śpiewały radiowe przebije, a choreografie ćwiczyły w miejskim parku. Swoje dzieciństwo spędzone w Lublinie wspomina z sentymentem, bo było pełne nie tylko radości i beztroskiej dziecięcej zabawy, ale także miłości i wzajemnego szacunku. Zapraszamy do lektury jej wywiadu dla "Gala Kids".

Beata Kozidrak o spędzaniu wolnego czasu w dzieciństwie

Gwiazda często podkreśla jak ważne jest dla niej to, skąd pochodzi. W wywiadzie dla "Gala Kids" wspomina ukochany Lublin:

Moje dzieciństwo to lubelska Starówka, na której spędzałam całe dnie w towarzystwie rówieśników. To były dzieciaki z bardzo różnych rodzin, niekiedy patologicznych. Zdarzało się latem, że kiedy mieliśmy ochotę na lody i nie wszystkie dzieci miały pieniądze, robiliśmy zrzutkę, żeby każdy mógł je kupić. Do dziś pamiętam: jedna gałka kosztowała 1,20 zł. Często bawiliśmy się pod lubelskim zamkiem. Każdy przynosił swoje zabawki, co tylko miał, rower był rzadkością, częściej pojawiały się hulajnogi. I oczywiście bawiliśmy się w dom, gotowaliśmy dla lalek. Na prawdziwy obiad mama wołała mnie z okna kamienicy przy ulicy Grodzkiej, gdzie mieszkaliśmy. To było niedaleko, zawsze słyszałam. Mama pracowała w domu, opiekowała się mną i dwojgiem starszego rodzeństwa. Ja byłam najmłodsza. Nasz tata był inżynierem budowlanym i często wyjeżdżał w delegacje. Kiedy wracał, przywoził nam prezenty, a mamie - bieliznę - przywołuje Beata.

Beata Kozidrak o relacjach z rodzicami

W dalszej części rozmowy gwiazda przyznała, że nie wychowywała się w dostatku. Podkreśla jednocześnie, że nie miało to dla niej znaczenia. Liczyła się bowiem miłość rodziców i to, że potrafi ucieszyć ją niedrogim, ale wymarzonym prezentem.

Mój dom rodzinny wcale nie był bogaty, ale za to bardzo szczęśliwy. Rodzice szanowali się i kochali - wspomina.Najbardziej lubiłam święta. Pamiętam, że mama szykowała pyszności, a ja czekałam na prezenty. Nasz mikołaj nie przynosił drogich podarunków. Lalka, którą chciałam dostać, musiała być w zasięgu jego finansowych możliwości. Jednak dla mnie była spełnieniem marzeń. Miała długie, kręcone, blond włosy, więc ciągle robiłam jej nowe fryzury i nakładałam kolejne makijaże. Niestety, po tych wszystkich zabiegach twarz mojej lalki bardzo się zmieniła i nie udało mi się doprowadzić jej do pierwotnego wyglądu. Próbowałam nawet pumeksu, ale było tylko coraz gorzej. Niesamowicie jej żałowałam, byłam na siebie strasznie zła, płakałam nad lalką, a potem schowałam ją do szafy.

Beata Kozidrak o jej muzycznych doświadczeniach

Wokalista wyznała, że miłość do muzyki wyniosła z domu, w którym zawsze rozbrzmiewały płyty jej starszego rodzeństwa. Była bardzo więc bardzo osłuchana, dlatego też założyła z kilkoma koleżankami założyła własny zespół, którego repertuar opierał się na największych ówczesnych przebojach z radia.

Byłam raczej grzecznym dzieckiem, ale kiedy coś sobie zaplanowałam, musiałam dopiąć swego. Kiedyś usłyszałam, że jedna z koleżanek uczęszcza do ogniska baletowego -  zajęcia odbywały się na zamku. Tak długo prosiłam rodziców, aż wreszcie mnie zapisali. W naszym domu muzyka zawsze była ważna. Moje starsze rodzeństwo miało sporo płyt, ciągle coś grało, byłam osłuchana. Kiedy miałam 10 lat, założyłam z kilkoma koleżankami zespół wokalno-taneczny. Próby odbywały się w parku. Śpiewałyśmy przeboje z radia. Wymyślałam do nich choreografię. Pod zamkiem, na placu, który wtedy nazywał się plac Zebrań Ludowych, w lecie odbywały się koncerty, występy okolicznościowe z okazji rozmaitych rocznic państwowych, a kiedyś nawet przyjechał czołg Rudy 102 z serialu "Czterej pancerni i pies”" Starówka tętniła życiem, w parku kwitły róże, było bezpiecznie -  alejkami spacerowały młode kobiety z wózkami. Moja szkoła była niedaleko.

Beata Kozidrak o pierwszej miłości i przeprowadzce

Wokalistka doskonale pamięta też smak pierwszego zauroczenia. Szczegółowo opisała, jak wyglądała jej pierwsza miłość. Kozidrak przyznaje, że najlepiej wspomina lata spędzone w Lublinie ­ - bieganie po starówce, okolicach zamku, tajemniczych zakątkach miasta. To dzięki temu miejscu, rodzicom i rówieśnikom czuła się tam naprawdę szczęśliwa. Wyprowadzka z Lublina była końcem jej dzieciństwa.

W pierwszej klasie "zakochał się" we mnie kolega Krzysiek. Odprowadzał mnie do domu, niosąc mi tornister. Kiedy jako dyżurni w klasie podlewaliśmy kwiaty, nagle pocałował mnie w policzek. Myślałam, że to już jest prawdziwa miłość, i bałam się o tym powiedzieć mamie. Nie lubiłam wstawać rano. A potem, w szkole, najbardziej czekałam na powrót do domu. Szybko odrabiałam lekcje i resztę dnia spędzałem na dworze. Zawsze miałam coś ważnego do zrobienia. Nie przepadałam za językiem polskim, głównie z powodu dyktand, bo robiłam błędy. Bałam się też strasznie, kiedy musiałam odpowiadać na pytania przed całą klasą  - mówi. Zawsze bardzo się wzruszam, kiedy odwiedzam miejsca związane z moim dzieciństwem. Ono się dla mnie skończyło, kiedy całą rodziną zamieszkaliśmy na obrzeżach Lublina. Nowe miejsce nie miało już tej magii, tajemniczych zakątków, zapachów i tej wolności, która zbudowała moją wyobraźnię. Dzięki rodzicom i tym niezapomnianym miejscom, biedzie i radości, które dzieliłam z innymi dziećmi, mogę powiedzieć, że czułam się wtedy szczęśliwa.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu "Gala Kids".