Nigdy nie chciała być tylko "żoną znanego gwiazdora". Jej mąż, Jan Englert, również nie faworyzował Beaty i nie dawał jej ról w spektaklach nawet, jeśli o nich marzyła. Jakie dziś ma podejście do zawodu i... do męża? Beata Ścibakówna jest gwiazdą najnowszego numeru magazynu "Gala".

Beata Ścibakówna o relacji z córką

Helena Englert niedawno wyfrunęła z "rodzinnego" domu na studia w Stanach Zjednoczonych. Jak przyznaje mama początkującej aktorki, nie jest zaborcza. W tym samym czasie postawiła na samorozwój.

Podobno kobiety, które mają bardzo bliskie relacje z córkami, dzielą się na te, którym krwawi serce, tęsknią i nie mogą sobie znaleźć miejsca, oraz na te, które inwestują w siebie i rozwijają skrzydła. Ja należę do tej drugiej kategorii. Nagle spadło na mnie mnóstwo pracy. Zaproponowano mi zagranie w dwóch serialach, po raz pierwszy od ponad 20 lat dostałam piękną rolę w dubbingu, a w swoim macierzystym Teatrze Narodowym zagrałam w spektaklu "Letnicy". Mało tego, zajęłam się produkcją własnego przedstawienia teatralnego, co oznaczało rozmowy ze sponsorami, partnerami barterowymi, twórcami, podpisywanie umów i faktur... Można powiedzieć, że praca mnie w pewnym sensie znalazła i przytłoczyła. Nawet nie miałam czasu tęsknić za córką.

Beata Ścibakówna o małżeństwie z Janem Englertem

Duża różnica wieku między Beatą a Janem nigdy nie stanowiła problemu. Aktorka przyznaje, że to mąż wprowadził ją w warszawski świat elity:

Dzięki związkowi z Janem spotykałam ludzi, którzy byli ode mnie dużo starsi, mądrzejsi, lepiej wykształceni. Poznałam elitę naszego kraju lat 90. To na pewno onieśmielało. Być może dlatego odbierano mnie jako osobę nieco wycofaną, stojącą na drugim planie.

Zapytana o to, co urzekło jej męża w młodej aktorce, odpowiada:

Do tej pory zastanawiam się, co to mogło być... Naturalność, uśmiech, młodość, spontaniczność, energia, chęć poznawania życia i uczenia się? To pytanie należy skierować raczej do mojego męża. Na pewno jestem w jego typie.

Przyznaje też, że Jan Englert nigdy nie faworyzował jej, gdy szukał aktorek do określonych ról. Nawet, jeśli zagranie którejś z nich było wielkim marzeniem Ścibakówny:

Walczyłam o dobre role, które ewidentne były dla mnie i które mogłam zagrać. Niestety, dyrektor Jan Englert brzydzi się nepotyzmem. Mało tego, kiedyś prof. Jerzy Jarocki obsadził mnie w jednej z głównych ról w swoim spektaklu, a mój mąż stwierdził, że do tej roli lepiej pasuje inna aktorka.

Kariera aktorska Beaty Ścibakówny

W rozmowie z Anną Zejdler Beata Ścibakówna przyznała, że do słowa "artysta" ma wyjątkowy szacunek. Irytuje ją nadużywanie go, szczególnie w mediach społecznościowych.

Przede wszystkim nie uważam się za artystkę. Jestem aktorką, a aktorstwo to jest zawód, rzemiosło. W teatrze trzeba wielokrotnie zagrać ten sam spektakl, a do tego potrzeba narzędzi, które daje szkoła teatralna. Śmieszą mnie osoby, które na Instagramie określają siebie mianem "artysta". Artystą był Leonardo da Vinci... Artyści to ludzie, którzy tworzą dzieła niepowtarzalne, wyjątkowe i zawsze rozpoznawalne. Aktorzy mówią cudze teksty, które tylko "nakładają" na siebie. Naprawdę trzeba znać swoje miejsce w szeregu...

Ścibakówna przyznaje też, że "nigdy nie grała podlotków". Jak sama twierdzi, od początku kariery obsadzano ją raczej w "poważniejszych" rolach:

Patrząc od strony zawodowej, to ja właściwie nigdy nie byłam dziewczynką. Nigdy nie grałam podlotków, od razu postrzegano mnie jako
kobietę. Może dlatego, obecny czas jest dla mnie najlepszy i najciekawszy. (...)  Moja babcia chciała, bym pracowała na poczcie. Ładna pani w białej bluzce i w mundurku, uśmiechnięta ma władzę od godz. 7 do 15. Potem spędza czas z rodziną. Ale to nie dla mnie. Niestety, babcia odeszła, kiedy kończyłam szkołę teatralną.

Cały wywiad Anny Zejdler z Beatą Ścibakówną przeczytacie w najnowszym wydaniu "Gali". Numer dostępny jest w regularnej wersji jak i tej z krzyżówkami, broszurką kulinarną lub książką Pauliny Świst.