Bianka Zalewska to silna i zdeterminowana kobieta, której fizyczność na pierwszy rzut oka przeczy temu, czym zajmuje się na co dzień. Udzieliła nam wywiadu, w którym opowiada o tym, co widziała na froncie wojennym oraz jak cudem ocalała z groźnego wypadku.

Bianka Zalewska o byciu korespondentką wojenną

Jak sama przyznaje, to nie ona wybrała ten zawód, a on wybrał ją. Z wykształcenia prawniczka, Bianka znalazła się na froncie wojny na Ukrainie i... już na niej została.

Gdy jesteś tam raz, to trudno tam nie wrócić. Nagrywałam ludzi myjących zęby na barykadach w mrozie, jak próbują przygotować coś na następny dzień, co w tych warunkach było trudne. (...) Na wojnę zawsze wracasz. Gdy zobaczysz cierpienie, ból, krew, śmierć, trudno jest wrócić do Polski i robić relację z wydarzeń politycznych - mówi Bianka.

Najbardziej brutalnym zetknięciem z wojną był dla mnie ostrzał małych miasteczek na Ukrainie - wspomina. Zobaczyłam tam, jak giną cywile. Powrót do Polski był jeszcze trudniejszy: kiedy tu wszyscy chodzą po galeriach handlowych, tam, na Wschodzie, giną ludzie.

Bianka Zalewska o dramatycznym wypadku i pomocy od Dominiki Kulczyk

Zalewska przeżyła wiele dramatycznych chwil na froncie wojennym, ale jednej nie zapomni do końca życia. Opowiedziała nam o tym, jak nieomal straciła życie. Okazuje się, że pomogła jej wtedy rodzina Kulczyków.

Już cieszyłam się, że wyjeżdżamy z lotniska ługańskiego, że przeżyłam. W pewnym momencie zadzwonił do mnie dziennikarz z Kijowa, powiedział, że coś tam się dzieje, żebym wróciła - wspomina. Gdy jechaliśmy nagle poczułam, że wszystko się zaczęło kręcić, samochód koziołkował. Samochód przetoczył się, a ja czułam ból, nie mogłam się ruszyć, Leżałam w piachu, widziałam buty jakichś żołnierzy. Kompletnie nie wiedziałam, co się stało, nie mogłam oddychać. Wtedy zaczęła się walka z czasem, z systemem. Ale żyję, a prognozy był różne.

Na wojnie nie ma półśrodków, tam wszyscy ściągają maski, nikt niczego nie udaje. Z tobą w okopie są swoi, na przeciw - wrogowie. Wszystko jest jasne. (...) Poznałam mnóstwo aniołów, które mi pomogły. Żołnierze, wolontariuszki. Żeby przetransportować mnie ranną do Polski potrzebny był specjalistyczny samolot z całą aparaturą, to bardzo dużo kosztuje. Ani rząd ukraiński ani polski nie chciały za niego zapłacić, moja mama nie miałaby takich pieniędzy nawet ,gdyby sprzedała mieszkanie. Wtedy pojawiła się Dominika Kulczyk i jej tata, Jan Kulczyk. Dzięki nim ten samolot został podstawiony, a ja trafiłam na stół operacyjny na czas. (...) Nie wiem, co by się ze mną działo, gdyby wtedy Dominiki Kulczyk nie było w Kijowie. Ona miała urodziny i na te urodziny poprosiła tatę, żeby podstawił ten samolot. Za to jej jestem i będę zawsze wdzięczna - podkreśla Bianka.

Dziennikarka opowiedziała też o tym, jak udało jej się zbudować zaufanie wśród walczących na froncie żołnierzy.

Na początku trzeba być człowiekiem, na drugim miejscu jest się dziennikarzem. Zauważyłam, że ludzie, którzy nie mają złych intencji, nie mają nic do ukrycia i nie boją się dziennikarzy. Tak było na Majdanie, w Iraku. Ludzie sami mówili: "ja muszę coś pokazać Europie". (...) W momencie, gdy oni zobaczą, że śpisz z nimi w lesie, jesz tę sama konserwę, rozpalisz ognisko pod ziemią to widzą, że chcesz po prostu pokazać, jak oni żyją, a nie zrobić im krzywdę.

Dziennikarka wojenna o sytuacji na Białorusi

Bianka marzy o tym, by na świecie panował pokój. Jak sama mówi, spełniać się zawodowo może nie tylko na froncie - jest przecież mnóstwo osób takich jak np.weterani wojenni, którzy potrzebują pomocy tu, na miejscu. Zapytana o sytuację na Białorusi zaznacza, że trzyma kciuki za naszych sąsiadów:

Białoruś zasługuje na to, by być wolna. Bardzo mocno trzymam za nich kciuki, skrupulatnie śledzę wydarzenia. Mam nadzieję, że w końcu przyjdzie ich dobry dzień, choć niestety prognozy są różne. Wszyscy trzymamy mocno kciuki.