„Niektórzy zostają reżyserami, bo chcą tego ich żony, inni wbrew ich woli. Ja zostałem reżyserem, żeby chronić swoje scenariusze” – powiedział Billy Wilder, hollywoodzki twórca. Jak było z Panem?

Nie wiem, kim była żona Wildera. Jeśli aktorką, to doskonale go rozumiem.

To może chce Pan chronić swoje scenariusze?

On pisał świetne scenariusze. Ja sam tego nie robię, ale zgadzam się z twórcą „Słomianego wdowca”.

Linda reżyser to inna osoba niż Linda aktor?

Nie mam zielonego pojęcia, jak się zachowuję w tej pierwszej roli. Nie kontroluję się, nie robię tego po to, żeby się zmieniać. Staram się pokazać innym, co trzeba, jak i dlaczego zagrać, aby zainscenizować sytuację na scenie.

Wyreżyserował Pan wcześniej cztery filmy: „Koniec”, „Seszele”, „Sezon na leszcza” i „Jasne błękitne okna”. Trzy pierwsze opowiadają o ludziach, którzy przez otoczenie uważani są za dziwnych, pogubionych. „Merylin Mongoł”, którą wystawia Pan teraz w teatrze, jest historią niezwykle wrażliwej dziewczyny, w środku bardzo pięknej, którą reszta uważa za tytułowego Mongoła. Dlaczego dziwacy tak Pana intrygują?

Historia wydała mi się fajna, bo nie jest do końca tragedią, a ma cechy tragikomiczne. Jest opowieścią o szukaniu sobie bezpiecznego miejsca na świecie, o ucieczce z beznadziei, z szarości życia. Sytuacje w sztuce opowiedziane są śmieszne, ale mówią o tragicznych sprawach.

Spotykał Pan takie Merylin Mongoł?

Może nie takie, ale spotykałem ludzi, którzy rozpaczliwie walczyli, żeby coś wygrać, a byli nieustająco skazani na przegraną. I oni najczęściej nie próbują się bronić. Przerażające.

Można im pomóc?

Niewiele można dla nich zrobić. Tacy ludzie mają zapisaną w genach przegraną.

Tak jak dzisiaj artyści. Ci prawdziwi. Chcą zrobić „Coś!”, ale czasy oczekują cyrku.

Wtedy nam się układa niebezpieczna historia. Każdy artysta chce robić coś ważnego, tylko my nie wiemy tak naprawdę, czy on ma coś ważnego do powiedzenia, czy nie. Nikt z nas nie wie do końca, co w tym artyście siedzi i dlaczego w ogóle chce być artystą.

Pan również zadaje sobie to pytanie? Od naszego ostatniego spotkania nie zagrał Pan ról, o których rozmawialiśmy, nie dostał scenariuszy, które byłyby wyzwaniem.

Czasami stajemy przed ścianą… własnych możliwości, cudzych pomysłów, bezradności… Tak bywa. Na „Merylin Mongoł” natrafiłem w swojej szkole filmowej – pewnego dnia zobaczyłem studentów inscenizujących fragment tej sztuki. Po przeczytaniu całości okazało się, że jest to bardzo przejmujący materiał, który warto byłoby zrobić w całości. To moi studenci natchnęli mnie do tego, żebym „Merylin” wystawił w teatrze.

Brakuje Panu kina przez duże K, ról na miarę...

Oczywiście, że tak. Wie pan, kiedy człowiek przeżył swoje eldorado… grał u najlepszych… to teraz trudno odnaleźć się w scenariuszach seriali telewizyjnych.

Pamiętam, jak opowiadał mi Pan, że nie lubił grać na scenie, był speszony, nie czuł się dobrze. A dzisiaj, w roli reżysera, pokonuje tamte lęki?

Te traumy były podczas studiów. Teraz mogę usiąść sobie w siódmym rzędzie i popatrzeć na scenę z widowni. Świadomość, że nie będę musiał codziennie przychodzić grać, jest dla mnie naprawdę krzepiąca.

Ma Pan cierpliwość do wielokrotnego powtarzania, tłumaczenia, odgrywania, szukania – tak potrzebną reżyserowi.

Dzisiaj tak. Mam dużo większą cierpliwość, bo uczę od lat młodych ludzi, którzy chcą zostać aktorami. Cierpliwość przychodzi z doświadczeniem, z wiekiem. Nic się nie rodzi od razu, szczególnie rola w teatrze, do której trzeba dojrzeć, „dosiedzieć” jej, nie można zbudować jej ani na skróty, ani szybciej niż... Wszystko w swoim czasie.

Wygląda Pan na bardzo wymagającego w stosunku do otoczenia.

Tak. Ale i rozumiem, że oczekiwany efekt czasami pojawia się dopiero na pierwszej próbie generalnej. Zanim zostałem aktorem, przez dwa lata „wisiałem” w szkole na krawędzi wyrzucenia, byłem antytalentem. Przez to – być może – dzisiaj jestem bardziej wyrozumiały. Wiem, przez jakie piekło musi aktor przejść, żeby dojść, dojrzeć i otworzyć się na rolę.

W tej sztuce gra szczególna para: Agata Kulesza i Marcin Dorociński. Ci aktorzy od czasu pracy na planie filmu „Róża” tworzą jedyny w swoim rodzaju duet.

Myślę, że to fantastyczne, bo oni są w bardzo dobrym okresie swojego życia zawodowego. I to niezależnie od siebie. Potrafią zagrać wszystko i w to wierzą. Mają sukcesy, kocha ich publiczność, dostają nagrody, a przy okazji przyjaźnią się. Jest im miło razem być. Dobrze, że ich mam.

Agata Kulesza przeszła niezwykłą drogę: dopiero kiedy dojrzała jako kobieta, to reżyserzy, widzowie zaczęli patrzeć na nią zupełnie inaczej. Wcześniej była aktorką serialową, telewizyjną, wygrała w „Tańcu z Gwiazdami”. Przecież jeszcze parę lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że może wystąpić w takim filmie jak „Róża”. To może jednak los nie jest taki okrutny dla aktorów?

W tym przypadku. Dzisiaj chcą z nią pracować najlepsi reżyserzy, ona rozkwita, miło na to patrzeć. Czerpie przyjemność z grania, z prób, to, co robi, się sprawdza.

Natomiast Marcin Dorociński przez lata nie mógł wyjść z szuflady – „przystojny i zdolny”.

Ze względu na urodę, a nie umiejętności. I nagle to się zmieniło.

Rozumie Pan to, co ich spotkało?

 

Przez pierwsze sześć lat w zawodzie niczego nie robiłem. Naprawdę dość późno się przebiłem i tym bardziej ich rozumiem. Swoje przeszli, przerobili, wiedzą, co to znaczy być aktorem niezauważalnym. Ja też.

Potrafi Pan być jeszcze zwykłym widzem? Wzrusza się w kinie, teatrze?

Oczywiście. Odbiór dobrego filmu czy spektaklu zaczyna się dla mnie wtedy, gdy przestaję myśleć o szwach w inscenizacji, a wciąga mnie fabuła. Wzruszam się wtedy, śmieję, płaczę. Przestaję myśleć, jak ja bym to zrobił, i zaczynam po prostu oglądać jako prawdę.

Kiedy ostatnio Pan ją widział?

Niedawno bardzo podobał mi się „Płatonow” Agnieszki Glińskiej w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Dobry był w tej roli Borys Szyc – zagrał coś innego niż w kinie, mocno. Jego styl grania był bardzo nowoczesny.

Jedni będą mówić, że idą na „Merylin Mongoł”, inni, że na Lindę...

Myślę, że będą mówić: idziemy na Dorocińskiego, na Agatę Kuleszę

Ktoś na pewno pomyśli, że Pan tam gra.

To już się zdarza.

Prostuje Pan to?

No co mam prostować? Niech przyjdą i zobaczą.