Borys, czy jedzenie jest sexy?

Bardzo! Bo działa na kilka zmysłów naraz: i wzrok, i węch, i smak. Dla mnie większość potraw jest jak afrodyzjak.

Jakich afrodyzjaków Ty używasz namiętnie?

Ostryg. Przetestowałem. W połączeniu z szampanem działają rewelacyjnie. Sam szampan, bez ostryg, też jest OK. Bąbelki zawsze powodują zakręcenie w głowie. Zwłaszcza kobiet. Podobno szampana wymyślono po to, żeby uwodzić rosyjskie kobiety... (śmiech)

Ledwie zaczęliśmy rozmowę, a Ty od razu mówisz o uwodzeniu… Borys, nieładnie...

Typowa kobieta! Prowokujesz pytaniami o to, co jest sexy, a potem się dąsasz... (śmiech)

OK, to zapytam bardziej niewinnie. Pierwsza potrawa, którą pamiętasz, przy której poczułeś, że życie ma smak?

Z przedszkola pamiętam taki oto obraz: jest niesamowity upał, moje przedszkole mieściło się w pięknym secesyjnym dworku. Tam, w ogródku, stał taki wielki pień. Na tym pniu gruba kucharka ustawiała białe kubki, a inna w wiadrze przynosiła zimne zsiadłe mleko. Dźwięk tych kubków niesionych w misce – po dwóch godzinach zabawy w upale, skakania po dachach komórek, huśtania się na huśtawce – obwieszczał, że nadchodzi ugaszenie pragnienia. Ten smak bardzo wrył mi się w pamięć. I w ogóle ziemniaki z zsiadłym mlekiem i kalafiorem z bułką, takie domowe, typowe dania. Albo zupa mojej mamy... mniam... tzw. zalewajka, coś w rodzaju żurku, na bazie zakwasu. Ciągle proszę mamę, żeby ją zrobiła. Może wreszcie wyproszę?

A oranżadę w proszku pamiętasz? Smak kradzionych jabłek?

Pamiętam saturator. Nie wiem, co prawda, co to przemywanie kubków miało wspólnego z higieną... I sok malinowy z wodą gazowaną z syfonu na naboje.

Najdziwniejsza rzecz, jaką jadłeś?

Australia ma dziwne rzeczy do jedzenia, bo tam są te wszystkie żywe skamieniałości. Dla nas kangurek jest cudownym rzadkim zwierzakiem, a u nich jest jedzony jak kurczak. Miałem więc pewne opory, żeby zjeść mięso kangura, bo jakieś trzy dni wcześniej byłem na farmie, głaskałem je i karmiłem. Ale powiem ci w tajemnicy, że jest przepyszny, nie ma ani grama tłuszczu, bo to są wyżyłowane, sprężyste zwierzaki. Ale krokodyl nie smakował mi w ogóle.

Jak smakuje krokodyl? Jak przerośnięta krewetka?

Jest to białe mięso, jak kurczaka, tylko bardziej żylaste, i czuć muł. Może jego charakter przenosi się na smak mięsa?

Coś do jedzenia, na wspomnienie czego robi Ci się słabo…?

Jedną z najohydniejszych rzeczy jadłem w Moskwie. W ogóle moja kulinarna podróż na Wschód była dosyć dziwaczna. Byliśmy na wyjeździe z dyplomem, w którym ja, co prawda, nie grałem, ale tak bardzo chciałem jechać do Moskwy, że poprosiłem profesora Wiesława Komasę, żeby coś mi dodał w tym spektaklu. Wymyślił mi rolę klauna, który się wychyla zza kulis i robi minę. Dzięki tej roli znalazłem się w pociągu jadącym do Moskwy. Trwało to jakieś 40 godzin. Po drodze podnoszą cały pociąg do góry, zmieniają się tory i koła. A przed stacją, gdzie zmieniają te koła, jest pełno takich babuszek, które oferują gorące bliny, kartoszki, jakiś alkohol. Zaprosiliśmy jedną taką babcię. Była z nami w wagonie w czasie tego podniesienia. (śmiech) Abstrakcyjna sytuacja: wisisz sobie w wagonie cztery metry nad ziemią, pod tobą zmieniają koła, a ty jesz sobie bliny i kartoszki, popijasz to jakimś tanim trunkiem. Po czym, jak nas opuścili i babcia wysiadła na następnej stacji, okazało się, że zginęły trzy portfele... Samo jedzenie było smaczne. Kiedy już dojechaliśmy do Moskwy, do hotelu – gigantycznego, trzy razy takiego jak Marriott – zastaliśmy kartkę odręcznie napisaną: „Nie ma wody”. (śmiech) Więc przenieśli nas do innego. Jedziemy gdzieś na obrzeża, mijamy słynny Mosfilm. Krajobraz zmienia się na księżycowy: blok, dwa kilometry stepu i znowu blok. Dojeżdżamy do hotelu Rakieta, rzeczywiście jest w kształcie rakiety. Tam już jest ciepła woda, ale jedna winda jeździ od 1. do 12. piętra, druga od 12. do 24., trzecia od 24. do 36., czwarta na piętra parzyste, a piąta na nieparzyste. (śmiech) Więc zameldowanie trochę długo trwało, ale okazało się, że jest też pan Nahorny ze swoją ekipą muzyczną, więc od razu Polacy w tych etażach się jakoś odnaleźli, oczywiście w barze, przy wódeczce. I tam przekąską były pakowane próżniowo suszone ryby. Nie wiem, jakie, ale takiego ohydztwa w życiu nie jadłem! Smakowały jak słony kapeć pomieszany ze skarpetą i jeszcze z jakimś pleśniowym serem. Nigdy nie zapomnę tych próżniowo pakowanych ryb i wódki, czyli asortymentu hotelu Rakieta.

I teraz, po takich doświadczeniach, sam otwierasz miejsce, gdzie pobudza się zmysły?

Chciałem, żeby moja restauracja nazywała się Akademia, bo to pojemna nazwa: akademia i smaku, i sztuk pięknych, i muzyki, i teatru. Może kiedyś spa Akademia. To słowo, zawiera dużo znaczeń. Przede wszystkim chcę połączyć genialną kuchnię naszego szefa Grzegorza Nowakowskiego z moim odwiecznym marzeniem: zawsze, kiedy jestem w jakiejś fajnej restauracji, w której mi smakuje i najem się do syta, momentalnie chciałbym przenieść się do starożytnego Rzymu i położyć się niczym Neron. Desery, kawę czy wino spożywać już na leżąco. Z racji tego, że Akademia ma pięć metrów wysokości i jest antresola, wymyśliłem, że tam będzie chillout space autorstwa A&A Bath.

 

Czyli nie „Uczta” Platona, tylko „uczta Borysa”?

Oczywiście! (śmiech) Jest też biblioteka. A w każdym chillout spasie musi być kąt, gdzie można sobie wziąć backgammona, szachy lub jakąkolwiek inną grę, albo książki. Więc może i Platon się tam znajdzie. Będę otwarty na sugestie gości. Najpierw umieszczę tam swój ulubiony księgozbiór.

Podejrzewam, że na pewno będzie Czechow, Masłowska?

Czechow tak. Rosyjska literatura na pewno się tam znajdzie. Ale także amerykańska, i Hłasko też, bo ostatnio nagrałem audiobook „Piękni dwudziestoletni”. Nagrałem też „Bajki robotów” Lema. To było moje największe wydarzenie „słowne”, a właściwie organoleptyczne. (śmiech) Wypowiedzenie słów, które powymyślał Lem, te onomatopeje i to słowotwórstwo, jest niesamowite. Nagrałem też „Podziemny krąg” Chucka Palahniuka. Zrobiłem ostatnio trzy audiobooki, więc jeśli ktoś nie ma siły czytać, przysypia – bo i takich gości z chęcią będziemy widzieć – może posłuchać audiobooków.

Dlaczego dopiero teraz realizujesz swoje marzenie o restauracji?

Już kiedyś mi się nie udało. Trochę się sparzyłem z racji złego doboru wspólnika. Teraz to coś zupełnie autorskiego. Poza tym to jednoczenie ludzi związanych z różnymi rodzajami sztuki. Myślę też o mojej córci. Chcę, żeby dzieciaki się tam dobrze czuły, więc latem będzie ogromny ogródek w parku, z placem zabaw. I jeżeli się uda, i połączymy siły z Pawłem Adamskim, wieczorami będzie tam też kino letnie ze świetnym repertuarem.

Bardzo zmysłowo opowiadasz o swoich doświadczeniach kulinarnych. Jesteś znany z tego, że lubisz przyjemności. Teraz nadszedł moment, kiedy chcesz się tym dzielić z innymi?

Wiesz, mam takie dziwne poczucie, że tylu dookoła jest ludzi, którzy się nie lubią. Lub udają, że się nie lubią. Internet jest ściekiem, gdzie widzisz, że wszyscy się nienawidzą. Drugi ściek to polityka. Tam się naprawdę nienawidzą. I przez to, że tam, na górze, się nie lubią, my też zaczynamy się kłócić. A przecież na co dzień jednak spotykam się z ludźmi, którzy się uśmiechają, chcą pogadać, są pełni empatii. Ja na co dzień nie spotykam się z objawami nienawiści czy braku sympatii. Więc chciałbym, żeby inni spędzali czas tak, jak ja lubię. Moim marzeniem jest patrzenie na uśmiechnięte ludzkie twarze. Dlatego otwieram tę restaurację.

Świat off-line to ten prawdziwy świat, choć nam wydaje się, że prawdziwy jest on-line…

Tak. Z mojego doświadczenia wynika, że tylko znajomości face to face się utrzymują. Genialnym przykładem jest restauracja La Grotta w Montepulciano, gdzie cały system podawania jedzenia jest starotoskański. To znaczy, że stoły są duże, niedzielone. Bardzo trudno się tam dostać, a jak już się dostaniesz i jesteście tylko we dwójkę, to wiadomo, że zaraz dosiądą się do ciebie cztery osoby, jeszcze dwie i jeszcze cztery. Siedzimy razem i biesiadujemy przy jednym stole. Widać piec, w którym pali się drewno, i wychodzi z niego ten słynny stek fiorentina. Wszyscy ustawiają się w kolejce, żeby jeść te pyszności. Jak musisz poczekać chwilę, to stoisz na zewnątrz, w otoczeniu kotów i innych czekających. Żona właściciela w kolejnej ciąży, z pokaźnym brzuchem, wynosi krzesełka i karafki z winem dla tych, którzy czekają. Już wtedy zaczynają się rozmowy. W tej kolejce spotykasz wszystkie nacje, które zjechały się tam po to, żeby uczestniczyć w tej wspólnej hedonistycznej uczcie. To jest niesamowite. Na początku siadamy do tego stołu trochę najeżeni, spięci. Ale już po drugim kieliszku wina okazuje się, że bieguny się odwracają i masz chęć dowiedzieć się, kto koło ciebie siedzi, czym się zajmuje, co robi. I po którejś butelce wina wpadamy na pomysł – obok nas była też para – że ja maluję dziewczynę po mojej przekątnej, a kolega moją. I tak każdy komuś po przekątnej namalował portret, potem się wymieniliśmy, podpisaliśmy i każdy miał pamiątkę. Innym razem siedzieliśmy ze starszym państwem. Obserwujemy ich, widać jakieś relacje, że on jest pod pantoflem, ona rządzi w tym związku. Istny Bergman. Zacząłem fantazjować, co oni o mnie, o mojej dziewczynie myśleli...

Jaki jest przepis na Ciebie? Przepis na Borysa?

Ja się szybko gotuję. (śmiech) Szybko dochodzę do wrzenia. Więc to może sposób na mnie: dłużej gotować w niskiej temperaturze.

I uważać, żeby nie wybuchło?

Tak, czyli trzeba zapakować próżniowo. (śmiech) Jestem jak slow food. Trzeba mnie wrzucać na głęboką wodę, ale nie wrzącą, bo sam mam w sobie dużo gorąca.

A z jaką potrawą można Cię skojarzyć?

To nie tyle potrawa, ile dodatek, czyli trufla.

Bo?!

Bo trzeba na nią trochę poczekać. Jest zbierana blisko moich urodzin, we wrześniu. W okolicach, które najbardziej lubię, czyli Włochy, Piemont, Umbria. I szukają jej świnie. (śmiech) Czyli paparazzi, którzy ciągle mnie prześladują. Na szczęście świnie tylko trufle znajdują, a jedzą je ludzie, którzy na to zasługują.

Czy dla Ciebie, Borys, życie czasami traci smak?

Rzadko. Życie trzeba sobie doprawiać przyprawami, które się lubi. Jak ktoś lubi podróże, to podróżuje. Niektórzy lubią w spokoju leżeć w domu i patrzeć, jak za oknem pada śnieg. Kiedy życie traci dla mnie smak i czuję, że może ja już ostygłem jako danie, robię wszystko, by się podgrzać. (śmiech)

Odgrzewany Borys?

 

Odgrzewane dania nie są dobre, więc może muszę coś zmienić w moim przepisie. Tak w sensie metaforycznym. Stoję teraz przed ważnymi wyborami. Stoję na pewnym rozstaju.

Kryzys 40-latka? Nie za wcześnie?

Nie jest to kryzys, ale w życiu zawodowym mam poczucie, że doszedłem do ściany. Właściwie zrobiłem wszystko, co w młodym wieku mogłem tutaj zrobić. Mam dwa Feliksy, Wiktora, główną nagrodę w Montrealu, Złote Orły, Złotą Kaczkę. Drobiu jest tu dużo. (śmiech) Dlatego wymyślam sobie jakieś inne wyzwania.

Cały czas się sprawdzasz?

Na tym chyba polega życie, prawda? Ja byłem trochę rozpuszczony, bo wszystko łatwo mi przychodziło. To sprawia ci przyjemność i daje kopa wtedy, kiedy cały czas się powtarza, cały czas się udaje, cały czas wychodzi. Nie zauważasz minusów, sygnałów dookoła siebie, bo lecisz do przodu i nie masz czasu na zastanowienie. Więc takie momenty uderzenia w ścianę czy dojścia do rozdroża są potrzebne, bo wtedy masz czas, żeby postać i sobie pomyśleć.

I Ty, Borys, sobie teraz tak stoisz i myślisz?

Tak. Czasami leżę. (śmiech)

A niesmak? Co w życiu zawodowym pozostawiało niesmak? „Kac Wawa”?

Można rzucać tytułami, ale na pewno „Kac Wawa” jest sztandarowym przykładem, o którym już nawet nie chcę mówić. Wielu aktorów pewne rzeczy robi dla kasy, a inne dla sztuki, dla siebie. Kiedyś zrobiłem najgorszą rzecz – „Ranking gwiazd”. (śmiech) Ale dzięki temu mój dom stoi właściwie wykończony. Dzięki pewnym projektom, może nie najwyższych lotów, mogę usiąść spokojnie z „Hamletem” u siebie na strychu i przygotować porządnie tę rolę. Mogę patrzeć przez okno, jak po choinkach skaczą wiewiórki. To są trudne wybory. Bo z jednej strony tego zawodu nie można uprawiać, jeśli nie jest się idealistą. Każdy rodzaj sprzedania siebie pozostawia rysę i właśnie ten niesmak w ustach. Pamiętam, że kiedyś był festiwal szkół teatralnych z całego świata u nas, w Akademii Teatralnej. Jako fan literatury rosyjskiej zawsze czekałem na szkołę rosyjską, żeby zobaczyć, co pokaże. A później były cudowne wieczory, kiedy studenci tych wszystkich szkół z całego świata imprezowali, gadali. Były jakieś miłości, romanse. A ja oczywiście siedziałem z Ruskimi, bo czułem, że dusza bolit mienia, dawaj malczik... Zacząłem opowiadać, co to nie ja, w jakim serialu nie zagrałem, że pieniądze mam, że gdzieś tam dorabiam na imprezach, żeby mieć spokój finansowy. A ten mój kompan Dima tak na mnie spojrzał i powiedział: „A nie pobrudzisz sobie tym duszy?”. Zamilkłem. I do tej pory męczy mnie to zdanie studenta z Rosji...

Bardzo brudna ta Twoja dusza, Borys?

Niestety, brudzimy sobie duszę. Na szczęście są jakieś metafizyczne gumki do wycierania duszy, jak „Hamlet”. Można ją więc czasem chociaż przepłukać. Kiedyś nie wyobrażałem sobie, że zagram gdzie indziej niż w teatrze czy filmie, seriale wydawały mi się dyshonorem. No, mój idealizm znika powoli...

Masz kogoś, kto cię „naprostowuje”, sprawia, że wracasz do pionu?

Na pewno teatr jest dla mnie takim miejscem, taką przystanią i lecznicą, czy może sanatorium. Chociaż może lecznicą, bo idę na parę godzin i wracam. (śmiech) Jest to też taki rodzaj psychoterapii. Pociesza mnie, że kilku krytyków napisało, że umiem połączyć sztukę wysoką z komercją. Na całym świecie się tak robi, Brad Pitt wisi jako twarz Chanel i nie przeszkadza mu to grać w najlepszych filmach i pracować z najlepszymi reżyserami...

Ty byś też tak chciał?

...a tutaj panuje takie przeświadczenie, że sztuka musi się odbywać w jakimś zakurzonym miejscu, w dymie papierosowym, w cierpieniu i wtedy tak naprawdę wiemy, o co chodzi, i czujemy, jakie to jest głębokie. Ale dlaczego później nie mogę wziąć prysznica i mieć białego, czystego ręcznika? I napić się dobrego wina? Dlaczego nie umiemy tego połączyć?! Mnie nie przeszkadza w zagraniu Płatonowa czy Hamleta to, że później kierowca odwiezie mnie do domu. Al Pacino w Nowym Jorku, kiedy wychodził z „Kupca weneckiego”, wracał trzema limuzynami, bo razem z makijażystką i fryzjerką. Tylko u nas się wydaje, że nie można łączyć tych dwóch światów.

Pierwsze gotowanie?

Najpierw gotowałem dla mamy. Nie wiem, czy jej to smakowało, ale mówiła, że tak. To był kogel-mogel. (śmiech) Dodawałem kakao, ale też vibovitu. Vibovit to był rarytas, jadło się go z saszetki. Koledzy do mnie dzwonili i pytali: „Jak ty to zrobiłeś?”. Nie zdradziłem nikomu receptury. (śmiech) To było dopiero odkrycie! Że w zasadzie najważniejsza jest własna receptura. Mam własną recepturę na życie, której nie mogę zdradzać.

Nadmierne konsumowanie?

O, zdarza mi się... To był chyba mój najczęstszy grzech.

Mówisz o jedzeniu czy tak generalnie?

Nie tylko. Tak ogólnie. Ja strasznie łapczywie jadłem, tak jak i żyłem łapczywie, więc miewałem kłopoty z trawieniem. Połykałem wszystko łapczywie, wielkimi kęsami. Dużo w życiu miałem wszystkiego: ludzi, życia, alkoholu i innych rzeczy... Mogę o sobie powiedzieć: konsumuję, więc jestem – consumo ergo sum. (śmiech)

Kiedy myślisz sobie: „Jestem ugotowany”?

 

To ma dwa znaczenia. W teatrze „gotowanie się” to śmiech. „Zgotować” kogoś to rozśmieszyć. Mnie trudno zgotować w teatrze, chociaż uwielbiam żarty i lubię się śmiać. Ale może w teatrze jestem w jakimś transie, nie wypada mi? Bo każde takie ugotowanie to wyskoczenie z roli. A jeśli chodzi o inne znaczenie, takie bardziej życiowe, to ugotowany bywałem głównie przez własną głupotę. Coś nabroiłem, wkopałem się. Jak z prawem jazdy. Musiałem usiąść „na dołku”. Po znajomości dostałem sam celę, bo kolega statystował w „Oficerach”, więc czekał na mnie z kawą rozpuszczalną, bo już wiedział, że jadę. Ale materac i koc musiałem sobie sam nieść.

Wstyd?

Shame on me. (śmiech)

A trunki? Bez nich nie ma prawdziwej uczty...

Nie skończyłem żadnego kursu kiperskiego. Raczej poznawałem trunki metodą prób i błędów. A że prób, a pewnie i błędów było sporo, więc się na tym znam. Jeżeli chodzi o wino, to mogę powiedzieć, że znam się na winach włoskich. Moje ukochane to amarone z Piemontu, robione z suszonych winogron, czyli rodzynek. Rubinowy kolor, głęboki smak, słodki. Dosyć ciężkie wino, do mięs, drugich dań. Nie powinno się go zbyt dużo wypijać. Niestety nie jest zbyt tanie. Trzeba je otworzyć wcześniej, musi długo pooddychać. Prawie wyginął rocznik ’98, który był genialny, w Warszawie już go nigdzie nie widziałem.

Fajne okoliczności picia krystalicznie czystego trunku?

Okoliczności picia wódki były raczej zawsze słabe... Ale kiedyś Daniel Olbrychski opowiadał cudowną anegdotę o wódce. Pił w Paryżu z Barysznikowem w Russian Samovar. Barysznikow z dwiema baletnicami po dwóch stronach. Skończyli butelkę, Daniel zamawia kolejną. Mówi po francusku, że ma być zmrożona, tylko żeby był ten sam rocznik co poprzednia. I kelner zgłupiał. Przyniósł schłodzoną, Barysznikow nalał, spróbował. A Daniel mówi: „Kartofliska tego roku były bardzo dobrze nasłonecznione”. (śmiech)

Kiedy poznałeś gorzki smak życia?

Myślę, że szeroko pojęte dojrzewanie ma gorzki smak. Słodko-gorzki. Czyli pierwszy zawód, nie tyle może miłosny, bo te akurat są przydatne, ale kiedy zawiódł cię przyjaciel albo kiedy okazało się, że wszystko jest oparte na układach, a myślałeś, że wszystko jest świetlane i czyste. Nie ma szczerości, tylko coś się dzieje za twoimi plecami. Gorzkie jest też to i zostawia niesmak w ustach, kiedy nagle okazuje się, że sam jesteś w tych wszystkich układach i w pewnym momencie zachowujesz się podobnie.

Wtedy pojawia się chęć rzucenia wszystkiego i zaczęcia od nowa.

Tak, tylko ile razy można rzucać? Albo być autodestrukcyjnym? Kiedy się tak zniszczysz, i w przenośni, i w realu. I budzisz się rano, i nic się nie zmieniło, a ty masz po prostu kaca. Mam strasznie parszywy charakter. Ciągle jestem niezadowolony z tego, co się dzieje w moim życiu. Jestem jak z piosenki Bono: „I still haven’t found what I’m looking for”... Więc ciągle gdzieś gonię, żeby to znaleźć, a jak to znajduję i jeszcze mi – co gorsza – wyjdzie, to mówię: „Ale to nie było to...”.

Opowiedz o takich momentach, kiedy tworzyłeś się na nowo po takiej rozsypce.

Myślę, że teraz jest taki moment. Nie czuję się rozsypany, ale jestem na rozstaju dróg. Szukam sensu. I wierzę głęboko, że ten sens gdzieś jest.

Pojawienie się Zosi w Twoim życiu jest przełomem?

Od dawna wiadomo, że kobiety wszystko zmieniają. Nic by nie było, gdyby nie kobiety. Tak. Zosia jest dla mnie nowym wyzwaniem.

Uwodzisz ją gotowaniem?

Pewnie, że tak... (śmiech) No wiesz... to ma być wywiad o smakach życia...

No właśnie o to pytam. Jaki nowy smak – metaforycznie – Zosia wniosła w Twoje życie? Co nowego dzięki niej poczułeś, czego posmakowałeś?

Może melisy... (śmiech) Zosia na pewno mnie tonuje. Ale też jest jak wisienka na torcie. (śmiech) Jest w niej uroda i talent. Ona ma to, co ja – chce próbować nowych smaków, nowych rzeczy. Przy niej się rozwijam, prę do przodu. Imponuje mi jej siła i oczywiście rozczula świeżość, z jaką patrzy na życie.

Ty już tak na nie nie patrzysz?

Nie jestem tak niewinny. A szkoda. Przez lata grałem takiego pewnego siebie, może dlatego niektórzy mają o mnie zdanie, że jestem bezczelny, wymagający i wszystko mi się udaje. Wielu myśli: „Niech mu się w końcu nie uda, to może wreszcie coś zrozumie, jak trudno jest żyć i dojść do czegoś”. A prawda jest taka, że ja nigdy nie miałem pewności siebie, to wszystko „nadgrywałem” i dobrze mi szło, bo mam talent w tym kierunku. Ale tak naprawdę ta cała pogoń wynikała z niepewności i starań, żeby kogoś cały czas zaspokoić. Najpierw mamę, później nauczyciela, profesora. Takie to wszystko było rozedrgane i niepewne – czy będą mnie lubić? Chciałem, żeby wszyscy mnie lubili.

Teraz się to zmieniło?

Tak. Teraz przy Zosi czuję spokój.

Kiedy jeszcze czujesz spokój?

Kiedy wchodzę do pokoju i śpi tam Sonia. Albo kiedy czytam jej książkę. Albo ona czyta jedną stronę, ja drugą. Wtedy najczęściej ja zasypiam pierwszy. (śmiech) Albo opowiadam jej bajkę, którą dla niej wymyślam. Czuję duży spokój w domu. Są ludzie, którzy nie lubią miejsca, gdzie mieszkają, to musi być nieszczęście. A ja chętnie wracam do domu i marzę, żeby się położyć pod kołdrą albo pójść na kanapę na górze i włączyć film. Zjeść rano śniadanie, wyjść do ogródka. To moja oaza spokoju. Odczuwam też spokój – co dziwne – w czasie latania samolotem. Lubię moment, kiedy znajduję się w takim zawieszeniu, próżni, 10 kilometrów nad ziemią. Ja mam kłopoty z zaufaniem drugiej osobie i kiedy tak lecę, czuję, że muszę zaufać pilotowi. To mój trening zaufania...

Są rzeczy, które lubiłeś robić w przeszłości, a teraz już nie?

 

Może człowiek naturalnie przechodzi w życiu od fast foodu do slow foodu? Więc teraz chyba wolę – nie zawsze się to udaje – poczekać dłużej i dostać to, czego chcę naprawdę. Nie zadowalam się półproduktem i mrożonką. Robię się wybredny. To dotyczy chyba wszystkich dziedzin życia. Kiedyś wydawało mi się, że lubię bardzo ostrą kuchnię. (śmiech) A teraz wolę jednak zjeść tak, żeby spokojnie zasnąć i nie mieć koszmarów. To się tyczy też kobiet. (śmiech)

Zosia to Twoja uspokajająca melisa?

Dokładnie. Już teraz chcę smakować bez pośpiechu. Zależy mi na innym typie relacji.

A jaki smak ma miłość?

Ma zapach nagrzanej słońcem ziemi, która paruje. Jest wiosna, wszystko kwitnie. Kojarzy mi się ze słońcem, które wydobywa ze wszystkiego zapachy, z takim nabrzmiałym toskańskim pomidorem. Miłość ma smak czerwonego wina. Nawet jak nie jesteś zakochany, po którymś kieliszku, zwłaszcza amarone, myślisz: „Jak ja kocham życie! Wszystko jest takie piękne”. Ale dość już tego gadania. Przecież przyszliśmy tutaj dobrze zjeść!

No dobrze, Tobie już odpuszczam. Porozmawiam sobie o smakach życia z Twoimi przyjaciółmi.

ZOFIA ŚLOTAŁA

Czy jedzenie jest sexy?

Baaardzo. Niektórzy mówią: przez żołądek do serca, i akurat w naszym przypadku tak było. Wpadliśmy sobie w oko przy pierwszym obiedzie, który jedliśmy razem... Zresztą do tej pory Borys kojarzy mi się z potrawą, która wtedy pojawiła się na stole, czyli foie gras. Bardzo wyjątkowa, wytrawna, nie dla wszystkich, ciężka, ale z dodatkiem karmelizowanej gruszki staje się słodka.

Czyli Borys jest trochę ciężki i słodki zarazem?

Tak, ale to właśnie w nim jest wyjątkowe. 

Tak naprawdę co Cię najbardziej urzekło przy tym pierwszym obiedzie?

Kiedy jedliśmy foie gras, on się tym daniem ze mną podzielił. A dla mnie dzielenie się jedzeniem jest przejawem pewnej ważnej cechy. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: siedzimy sobie z rodziną przy obiedzie, każdy ma coś innego na talerzu i każdy od każdego próbuje. Od razu można po tym poznać człowieka: jeżeli lubi się dzielić, oznacza to, że jest otwarty. Borys bywa łobuziakiem, ale jest przy tym bardzo dobrym człowiekiem. On potrafi się dzielić tym, co ma. Każda kobieta lubi takich niebanalnych mężczyzn.  

Gotujecie z Borysem czy wolicie restauracje?

Polubiłam gotowanie przy Borysie. Kuchnia jest miejscem, gdzie najczęściej siedzimy we dwójkę. Gotujemy i gadamy, gadamy... A poza tym mamy bzika na punkcie kupowania gadżetów do kuchni!  

Zdarza się, że czekasz na Borysa z obiadkiem? 

Raczej z kolacją. Wiem, ile energii wkłada za każdym razem, kiedy gra Hamleta.

No to ma chłopak szczęście! 

Ja też, bo czasami, jak jestem grzeczna:), zdarzają się śniadania do łóżka! 

Jesteś zwolenniczką zup, drugiego dania czy deserów?

Uwielbiam zupy. Myślę, że wyniosłam to z domu, ale strasznie ciężko jest zrobić dobrą zupę. 

Zupy wydają się czymś pospolitym. 

Wręcz przeciwnie! Zupy potrafią być Niezwykle wyrafinowane. To było coś, czego bardzo mi brakowało w Mediolanie. Tam nauczyłam się robić rosół, bo tak strasznie tęskniłam za Polską. 

A co Ci w kuchni nigdy nie wychodzi?

Omlet. (śmiech) Nie wiem dlaczego. Na wszelki wypadek w ogóle się za omlet nie zabieram. Moim popisowym daniem na śniadanie są jajka po florentyńsku, czyli jajka w koszulce na blanszowanym szpinaku i angielskim toście, polane sosem holenderskim. Pierwszy raz zjadłam takie jajka w Londynie, w mojej ulubionej paryskiej brasserie w South Kensington w Londynie. Niedawno zabrałam tam Borysa na śniadanie! 

Wasza ulubiona potrawa?

Kaczka po pekińsku. Ostatnio zjedliśmy niebywałą kaczkę w Hongkongu, w restauracji z widokiem na całą zatokę. 

Poznałaś przy Borysie nowe smaki życia? 

Oczywiście, że tak! Mamy takie charaktery, że całe życie będziemy poznawać, bo nie potrafimy wysiedzieć w jednym miejscu. Czy to są nowi ludzie, czy podróże, nowe kultury, nowe miejsca. Mam nadzieję, że nigdy nam się „motorek” nie wyłączy. A myśląc o tym tak bardziej metaforycznie, to Borys mi dodał odwagi w życiu. Wiary w siebie, że coś mogę osiągnąć. Wydawało mi się, że nigdy mi tego nie brakowało, ale on dał mi to jedno delikatne popchnięcie, żeby bardziej uwierzyć w siebie. Bardzo sobie cenię rozmowy z nim. Dzięki temu znalazłam w sobie tę pewność, że mogę wszystko. (śmiech)

Borys jest bardzo wymagający wobec siebie, wobec innych. 

Być z takim mężczyzną – to jest trudne. Bo ja muszę pracować dwa razy więcej, żeby nie być postrzegana tylko jako jego kobieta. Ale z drugiej strony to inspirujące patrzeć, jak Borys po 10 latach pracy nie osiada na laurach, ciągle tworzy, ciągle ma nowe pomysły. Piękne jest też to, że mimo swojego doświadczenia często pyta mnie o zdanie. 

Wasza lodówka – zawsze pusta czy przepełniona? 

My dosyć często robimy zakupy, bo strasznie szybko znika nam jedzenie.  Czasami znajdują się tam dziwne rzeczy. Na przykład teraz jest jakaś odżywka z owoców acai z Brazylii, szparagi marynowane i makowiec... Przeważnie w zamrażarce są nasze ulubione lody, wieczorem do filmu – idealne! 

Jak w takich warunkach się odchudzać? Przecież dziś wszyscy stosują diety. Jemy po to, żeby się odchudzać. 

My się nie odchudzamy! Staramy się zawsze zjeść razem śniadanie, chyba że Borys wstaje o piątej rano na plan filmowy. Ale wspólne śniadanie to taka podstawa dnia, później lunch na mieście albo robię jakąś sałatkę dla Borysa, kiedy wraca do domu po spektaklu. Staramy się zdrowo odżywiać. Borys przygotowuje się teraz do startu w triathlonie.

Czego Ty, Zosiu, nigdy nie tkniesz?

Móżdżku. Owsianka nie jest moim ulubionym daniem. Od dziecka z siostrą jadłyśmy takie rzeczy, że ludzie się dziwili. Patrzyli, jak małe dziewczynki wcinają sushi albo szpinak.

Masz przepis na Borysa? Jakie składniki, co pomieszać, co przypiec, w jakich proporcjach?

Nie mam pojęcia. On jest tak nieobliczalny!

 

Może na niego nie ma przepisu? 

Myślę, że jest, ale taki na wyczucie. I to jest właśnie fajne, bo nigdy mi się nie znudzi. Wiem, że zawsze będę zaskakiwana. Ja uwielbiam piec ciasta i muffiny i godzinami je dekorować. Robię to naprawdę precyzyjnie. Można by to przełożyć na to, jak ubieram Borysa, bo to jest pewien sposób ekspresji, tego, jak go widzę, czuję. Czy widzę go jako dandysa, amanta czy dżentelmena. I przekładając to na kulinarne metafory, to też jest takie żmudne układanie i dekorowanie. 

Czyli istotne jest to, co na torcie – wisienka...

...element niespodzianki, chyba że to jest ta kiczowata karmelizowana wisienka:)

Afrodyzjaki?

Ostrygi, ale to jest banał. Na mnie działa mango, nawet w najprostszej formie. 

A co innego Cię nakręca poza jedzeniem? 

Praca i niespodzianki. Jeżeli ktoś jest w stanie mnie zaskoczyć – a jestem bardzo czujna! – ma u mnie 10 punktów. A świetnie wystylizowana sesja zdjęciowa czy udany projekt modowy kojarzy mi się ze smakiem szampana, a kto tego nie lubi? 

MARCIN PROKOP

Co konsumował Pan w towarzystwie Borysa i czego Pan nigdy nie zapomni?

Ostrygi, których nie cierpię, odkąd dowiedziałem się, że w zasadzie cała jadalna część składa się z narządów płciowych. Jedząc ostrygę, mam więc poczucie, że uprawiam seks oralny z przypadkowym partnerem.

Czy Borys umie gotować?

Nie mam pojęcia, nigdy nie podejmował mnie niczym, co sam przygotował. Na pewno natomiast zna się na drinkach. Wystarczy wymienić nazwę dowolnego z nich, a on w tej samej sekundzie bezbłędnie recytuje z pamięci składniki i proporcje.

Jaki jest przepis na Borysa?

Taki sam jak na rosół. Przede wszystkim trzeba go bardzo długo gotować na wolnym ogniu. Wszelkie gwałtowne ruchy albo próby przyspieszenia procesu przez podkręcenie płomienia mogą go tylko spłoszyć. Ale o tym pewnie najlepiej wiedzą jego byłe narzeczone. (śmiech)

Co nadaje smak życiu?

Odpowiednia proporcja ryzyka i świętego spokoju, które powinny być nierozłączne jak wódka i zakąska. Samym alkoholem można się szybko upić i struć, a zakąszanie bez picia może tylko zemdlić.

Kiedy życie przestaje smakować?

Kiedy młode dziewczyny w autobusie uśmiechają się na nasz widok, ale nie z sympatii, tylko dlatego, że chcą nam ustąpić miejsca. Kiedy zyskuje się świadomość, że wszystko już za nami, a niewiele przed nami. Że jest więcej rzeczy, których już nie zrobimy, niż tych, które na nas jeszcze czekają.

Pana popisowa potrawa?

Naleśniki na 1001 sposobów. Jestem ich panem i władcą.

Ulubiona scena jedzenia z literatury, kina?

Scena z grubasem, liściem mięty i wiaderkiem z „Monty Pythona”. Piękna, choć obrzydliwa metafora balansowania na krawędzi, kiedy jeden krok więcej oznacza o jeden krok za dużo. Lubię w życiu testować na różnych polach, sprawdzać, gdzie leży ta granica.

Niezapomniana podróż kulinarna?

Do nocnego na drugi koniec miasta, kiedy w przeddzień urodzin mojej córki okazało się, że brakuje jakiegoś egzotycznego składnika, żeby upiec urodzinowy tort. Na miejscu musiałem zintegrować się z grupą nietrzeźwych studentów, którym wydawało się, że są w programie „Mam talent!”. Zmusili mnie, żebym wysłuchał, jak śpiewają do spontanicznie przygotowanej choreografii, a następnie wydał werdykt, czy się nadają. Dla świętego spokoju zapewniłem ich, że jak najbardziej, ale czułem, że w tym momencie nos mi rośnie jak Pinokiowi.

Trunki – istotny dodatek do posiłku? Ulubiony trunek i dlaczego?

Na deser – baileys, kahlúa i wódka zmieszane razem. Pewnie się to jakoś fachowo nazywa, ale trzeba by zapytać Borysa. Znajomi się śmieją, że mam gust alkoholowy jak moherowa babcia – lubię słodko i niezbyt mocno.

Najdziwniejsze miejsce, w którym Pan coś konsumował?

Korea Południowa. Wszystkie dania w karcie były opisane w ich języku, a nie było zdjęć w menu, więc zamawiałem w ciemno. Do dziś nie wiem, co właściwie jadłem. I chyba wolałbym, żeby tak zostało.

Najbardziej ekskluzywna rzecz, jaką zdarzyło się Panu jeść?

Ostatnie opakowanie moich ulubionych owocowych żelków, które przywiozłem z USA, niedostępnych w Polsce.

Największe odkrycie kulinarne?

Kiedy odkryłem, że mimo mojego przekonania o wyjątkowych talentach w każdej dziedzinie, jednak nie potrafię gotować i jestem w kuchni skrajnie niezdolny.

Potrawy wyzwania?

Podroby. Nigdy tego nie tknę. Jedzenie móżdżku, nereczek, serca czy płucek jest dla mnie gorsze od kanibalizmu. Wolałbym zjeść Dorotę Wellman niż flaki.

Proszę skomponować menu (życiowe) dla Borysa.

Cokolwiek, byle dużo pieprzył. Tego mu życzę. Ostre przyprawy są ważne.

SZYMON MAJEWSKI

Czy Borys umie gotować?

Chciałbym, żeby umiał, bo mam zamiar chodzić do jego knajpy...

Co nadaje smak życiu?

Bycie wiecznie w sosie. Swoim własnym najlepiej. Kiedy zabraknie sosu, wtedy człowiek jest nie w sosie. „Sos” oczywiście równa się „sens”.

Pana popisowa potrawa?

Sernik i szybkie ciasto z jabłkami lub śliwkami. Robiłem to często, bo mi wychodziło. Teraz pałeczkę przejmuje córka.

Ulubiona scena jedzenia z literatury, kina?

Jak Christoph Waltz w „Bękartach wojny” je ciasto w kawiarni. Nie wiem dlaczego, ale często o tym myślę.

Najdziwniejsze miejsce, w którym Pan coś konsumował?

Mielonka w pociągu do Zakopanego podgrzewana na grzejniku. Lata 80. Harcerstwo. Coś cudownego. Ten pociąg już nie wróci.

Potrawy wyzwania?

Wszystko mogę zjeść, ale psa nigdy i robaków też nie.

Jak zachować apetyt na życie?

Trzeba całować swoją dziewczynę i patrzeć jej w oczy.

Proszę skomponować menu (życiowe) dla Borysa.

 

Od tego jest Zosia. Myślę, że to ona jest jego najlepszym przepisem. A jak go znam, to na pewno je palcami...

MARYLA RODOWICZ

Czy, kiedy i co konsumowała Pani w towarzystwie Borysa i czego Pani nigdy nie zapomni?

Niestety tylko whisky... ale i tak wrażenia niezapomniane.

Pani popisowa potrawa?

Nie mam. Jestem na etapie nienawiści do gotowania!

Ulubiona scena jedzenia z literatury, kina?

„Ziemia obiecana”. Pociąg, Jędrusik Kalina, Olbrychski Daniel.

Kiedy życie przestaje smakować?

Kiedy się kończy.

Co to właściwie znaczy „smakować życie”?

Wolnym być.

A jak zachować apetyt na życie?

Nie dojadać...

KATARZYNA FIGURA

Czy, kiedy i co konsumowała Pani w towarzystwie Borysa i czego Pani nigdy nie zapomni?

Och, wiele razy spotykaliśmy się przy jedzeniu, jesteśmy smakoszami. Cieszy nas świeża, z pomysłem zrobiona sałata i stek. Tak naprawdę najprostsze jedzenie, gdy jest zrobione z dobrych składników, jest najlepsze.

Czy Borys umie gotować?

Borys to artysta. Jeśli ma natchnienie, pomysł i chęci, to potrafi zadziwić. Jeśli nie zostałby aktorem, to pewnie zrobiłby karierę jako mistrz kulinarny. (śmiech) Albo to jeszcze przed nim!

Jaki jest przepis na Borysa?

Kilka szklanek cierpliwości, pół kilograma poczucia humoru, łyżka czułości i szczypta złośliwości wystarczą.

Kiedy życie przestaje smakować?

Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem! Potrafię sobie tylko wyobrazić, że jeśli wokół nas jest za mało dobrych emocji, to musi być strasznie ciężko. Dlatego tak ważne jest, żeby otaczać się pozytywnymi ludźmi i wymieniać dobrą energią.

Czy stół jest ważny w Pani domu?

Prawdopodobnie jak w większości domów to centrum życia rodzinnego! Przy nim nie tylko się je i spędza wspólnie czas, przy nim również się czyta, pracuje i gra w chińczyka. Nawet moje córki niechętnie idą odrabiać lekcje do swojego pokoju, wolą siedzieć razem ze mną przy dużym stole. Każda z nas pilnie pracuje, ale jesteśmy razem.

Najbardziej ekskluzywna rzecz, jaką zdarzyło się Pani jeść?

Wszystko zależy od punktu widzenia. Homary, które w Polsce są dość drogie, w Stanach na wybrzeżu je się za grosze na tekturowych talerzykach, tak jak ryby w smażalni nad Bałtykiem. A przy dłuższym pobycie za granicą polski chleb na zakwasie jest rarytasem, za którym się tęskni.

Największe odkrycie kulinarne?

W ostatnim roku to chyba targi ekologicznej żywności w Warszawie, na ulicy Żelaznej, i Le Targ na Saskiej Kępie. To wspaniałe spotkać pasjonatów i wytwórców zdrowej żywności, regionalnych produktów. Jestem wielką fanką i częstym klientem.

Jak jeść i nie zostać zjedzonym?

Po prostu chyba jeść zawsze połowę tego, na co miałoby się ochotę, bo inaczej tzw. Życzliwe komentarze nas zjedzą! (śmiech)

Potrawy wyzwania?

To chyba kuchnia francuska, a już na pewno sosy. Wbrew pozorom sosy potrafią być tak skomplikowane w przyrządzaniu, że podobno tylko po nich można ocenić kucharza. Do niektórych wywary gotuje się kilka dni. Myślę, że w domu to chyba niewykonalne.

Proszę skomponować menu (życiowe) dla Borysa.

Jak najwięcej przystawek! I to z różnych kuchni, różnych krajów. Doświadczać i smakować, najlepiej w doborowym towarzystwie!

LEJB FOGELMAN

Co konsumował Pan z Borysem, czego nigdy Pan nie zapomni?

Konsumowałem z Borysem wiele posiłków, ale wydaje mi się, że to on ich nigdy nie zapomni.

Jak zachować apetyt na życie?  

Jeżeli to porada dla Borysa, to niech się po prostu wzoruje na mnie! Jeżeli chodzi o mnie, to moim wyzwaniem jest, jak ten apetyt, to moje nieokiełznane joie de vivre poskramiać, żeby chociaż trochę dla Borysa zostało...

WOJCIECH PSZONIAK

Na co Borys powinien uważać w swojej karierze?

Na to, żeby siebie dawkować. To największa sztuka aktorska. I kontrolować, w czym gra i dlaczego.

Ale mówi się, że dobrego aktora poznaje się po tym, że jest w stanie zagrać wszystko.

Nie. Trzeba na to bardzo uważać. Żeby utrzymać jakość. Podobnie jak w restauracji –najtrudniej jest utrzymać jakość. Dlatego we Francji jest tzw. policja kulinarna, która wciąż sprawdza, czy dobre restauracje nie zaniżają poziomu. Jeżeli zakłada pani dobrą restaurację, nie może pani użyć pewnych produktów, bo to sprawdzają. I tak zdarzają się nadużycia, bo z kuchnią jest tak, że jeżeli ktoś już spożyje i nie umrze, to nie ma dowodu. (śmiech)

Jest ktoś, kto mógłby kontrolować Borysa poza jego własnym sumieniem? Czy może Pan jest takim mentorem, do którego może się zgłosić?

Jego trzeba zapytać, czy chciałby, żebym był kimś takim. Ale myślę, że niedobrze by było, gdyby nie miał kogoś, kto byłby punktem odniesienia. Człowiek musi mieć spowiednika. Nawet papież go ma, pomimo że nad nim jest już tylko Pan Bóg. Psychoterapeuci mają swoich terapeutów, superwizorów. Człowiek nie jest w stanie sam nabrać do siebie takiego dystansu, żeby siebie kontrolować. Człowiek nie może rozmawiać sam ze sobą, musi być ktoś do rozmowy. Człowiek rozwija się, tylko mając kogoś obok, sam nie rozwinie się nigdy.

Kogoś, kto stymuluje, a czasem krytykuje?

Kogoś, kto pobudza. Bo jeżeli nie ma kogoś, to człowiek traci czujność, orientację, człowiek dla drugiego może być busolą.

Pana popisowa potrawa?

 

Nie mam popisowej potrawy. Mam dania, które sam wymyśliłem, które opisałem w swojej książce kucharskiej „Pszoniak & Co.” wydawnictwa Noir sur Blanc. W kuchni jestem raczej eklektyczny. Poza deserami, których nie robię i nie umiem robić. Zrobienie deseru to takie ukoronowanie kucharza. Pola manewru i improwizacji są bardzo ograniczone. W prawdziwej, wielkiej gastronomii cukierniczej nie ma żartów, wszystko trzeba robić co do milimetra. Jubilerska precyzja.

A jak to jest z jedzeniem na scenie?

Ja, powiem szczerze, lubię jeść na scenie. (śmiech) Grałem w sztukach, w których jadłem, i zawsze bardzo mi smakowało. Pamiętam genialny bigos, gdy grałem w sztuce Ernesta Brylla „Kurdesz” w Starym Teatrze w Krakowie. To była scena polowania i zawsze czekałem na tę scenę. Kiedyś nawet czekałem po spektaklu na rekwizytora, żeby dał mi ten bigos do domu na kolację. Rekwizytor dał. Czegoś tak niedobrego w życiu nie jadłem! (śmiech) Z tego wniosek, że scena zmienia wszystko. W filmie dobre jedzenie zawsze smakuje. Tyle że jak ma pani po raz szósty przy kolejnym dublu zjeść to samo, to się niedobrze robi.

Czy stół jest ważny w Pana domu?

Bardzo ważny. Nie mogę sobie wyobrazić domu bez jedzenia, wtedy to tylko biuro albo jakaś przychodnia. Stół to podstawa, tam spotykają się ludzie. Stół jest takim spotykaniem-rozliczaniem, miejscem rozliczania dnia, momentu, w którym jest się w życiu. To nie w przedpokoju mówi się, że się kocha czy rozwodzi – chociaż tak się zdarza. Przy stole dzieją się ważne rzeczy.

Najbardziej ekskluzywna rzecz, jaką zdarzyło się Panu jeść?

W Paryżu jądra jagnięcia, które sam zrobiłem dla przyjaciół, m.in. dla Krystyny Jandy i Daniela Olbrychskiego, który wspomina to do dnia dzisiejszego... Nie powiedziałem im, oczywiście. Zjedli, bardzo im smakowało. I wtedy dopiero wyjawiłem im tajemnicę. (śmiech) Zmieniały im się kolory na twarzach, od czerwonego do zielonego... (śmiech)

DANIEL OLBRYCHSKI

Co konsumował Pan w towarzystwie Borysa i czego Pan nigdy nie zapomni?

Pamiętam, jak kiedyś latem w Bukareszcie, po zdjęciach do filmu „Bitwa pod Wiedniem”, siedzieliśmy w restauracji i popijaliśmy bardzo smaczne białe wino. Zapamiętałem szczególnie tamten klimat, bardzo błogą atmosferę i towarzystwo Borysa. A w jego restauracji miałem okazję spróbować tatara. Smakował mi.

ANDRZEJ PĄGOWSKI

Co konsumował Pan w towarzystwie Borysa?

Niedawno, wspaniałą jagnięcinę à la Borys. A potem Borys, jak gdyby nigdy nic, usiadł do fortepianu, zagrał „Imagine” Lennona. Ot tak, na deser.

Czy Borys umie gotować?

Dla mnie nie gotował, ale znając jego poczucie smaku, myślę, że jajecznicę zrobi przepyszną, a może i szabelką zamiesza. Widziałem go ostatnio w „Hamlecie”. Fechtuje się wspaniale.

Jaki jest przepis na Borysa?

Gdybym go znał, to pewnie i tak bym nie chciał się podzielić, bo zbyt cenny jest.

A pana największe odkrycie kulinarne?

Szparagi z jajkiem sadzonym.

Jak jeść i nie zostać zjedzonym?

Powoli. Lepiej smakuje i jest czas na ucieczkę.

JOANNA SARAPATA

Wieczór w towarzystwie Borysa, którego Pani nigdy nie zapomni? 

Pierwsza wieczerza w jego domu. Nie zapomnę tego, bo cały czas rzucał mięsem...

Czy Borys umie gotować?

Borys jedyne, co umie, to mówić: „To be or not to be”...

Co nadaje smak jego życiu?

Teatr, dosłownie i w przenośni.

Kiedy życie przestaje smakować?

Kiedy Szyc przestaje grać.

Czy stół jest ważny w Pani domu?

Następny po sztaludze.

Niezapomniana podróż kulinarna?

Przez 20 lat trzy razy w roku przyjeżdżałam z Francji do kuchni mojej mamy. To były najwspanialsze podróże kulinarne mojego życia...

Najdziwniejsze miejsce, w którym Pani coś konsumowała?

O drugiej w nocy, po jednym z wernisaży, w naszej galerii Sarapata, do najlepszego wina, frytki zamówione w najbliższym snack-barze, z klientami, którzy kochają sztukę.

Najbardziej ekskluzywna rzecz, jaką zdarzyło się Pani jeść?

W ekskluzywnym towarzystwie wszystko jest ekskluzywne.

Proszę skomponować menu (życiowe) dla Borysa.

Lubię Zosię i nie chcę jej popieprzyć lub przesolić ich życiowego menu. Ona wie najlepiej, co Borys lubi. I niech już tak zostanie.

SONIA BOHOSIEWICZ

Wspólny posiłek z Borysem?

Zaprosiłabym Borysa na barszczyk instant. I nie podałabym wody. Takie danie spożywaliśmy już razem przez nos w „Wojnie polsko-ruskiej”.

Niezapomniana podróż kulinarna?

Dla mnie to ta na sushi, które odkryłam kiedyś, i od pierwszej chwili wiedziałam, że to jest to! Do tego stopnia, że mam swoje własne Sushibu na Wielickiej i to jest najlepsze! 

Najbardziej wymyślna potrawa? 

Niezwykłe jest nawet nie samo jedzenie, ale to, gdzie, jak i z kim się je. Grill na tropikalnej plaży z fajnymi ludźmi i bez pośpiechu – o tym teraz marzę.

Przystawki czy desery?

No ja wolę być deserem, zdecydowanie!