GALA: Przyznaj się od razu, po co takiemu świetnemu aktorowi, jak Ty, śpiewanie? Aktorstwo już Ci nie wystarcza?

BORYS SZYC: A może śpiewanie było pierwsze? Spójrz: rodzimy się i już drzemy wniebogłosy. To jest nasza pierwsza muzyka. Ona towarzyszy nam od pierwszych chwil na tym świecie. Myślę, że muzyka siedzi we mnie bardziej niż aktorstwo. Bez niej nie wyobrażam sobie życia.

GALA: Poza krzykiem na sali noworodków jaka muzyka pojawiała się w Twoim życiu?

BORYS SZYC: Moje dziecięce fascynacje były dość oczywiste. Jako dziecko popkultury w latach 80. i 90. fascynowałem się Michaelem Jacksonem. Walczyłem o taśmy VHS z jego teledyskami, godzinami trenowałem ruchy przed telewizorem. I stałem się szkolnym Jacksonem. Od tamtej pory nie umiem inaczej tańczyć. Jak już zmuszę się do tańca, to tylko w ten sposób. Jakoś tak się dzieje, że nie umiem się uwolnić od choreografii przypominającej ruchy moonwalk. Taniec towarzyski, w parze z kobietą, jakoś gorzej mi wychodzi...

GALA: Wiesz, w parze trzeba liczyć się z partnerką...

BORYS SZYC: No właśnie, ani w życiu, ani w tańcu człowiek nie może się skupić na sobie! Choroba, nawet w tańcu jestem zbytnim indywidualistą...

GALA: Muzyka łączy, ale też dzieli, prawda?

BORYS SZYC: Jasne. Pamiętam z podstawówki wojny z „Depechami”, czyli wielbicielami Depeche Mode. Nienawidziliśmy ich. Dla młodego człowieka wychowanego na popie to była awangarda nie do zniesienia. Teraz mnie to śmieszy, ale wtedy denerwowało nas ich sekciarstwo, odmienność. Poza tym nikt za dobrze nie znał angielskiego, więc nie wiedzieliśmy, o czym śpiewają. Dziś ich uwielbiam. Zresztą Jacksona też nie rozumiałem. Miałem zeszyty, gdzie zapisywałem sobie fonetycznie teksty jego piosenek. Uczyłem się tych sylab i mogłem imponować koleżankom z klasy.

GALA: A potem mały Borys kupuje sobie gitarę. Albo perkusję.

BORYS SZYC: A właśnie, że nie. Tu cię zaskoczę. Mama zapisuje mnie do Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca im. Haranam przy Fabryce Włókienniczej w Łodzi i wywijam kujawiaki oraz oberki. Teraz bardzo mi się to przydało przy „Ślubach panieńskich”, kręconych przez Filipa Bajona. A potem poszedłem z duchem czasu i zapisałem się do Młodzieżowej Akademii Tańca. Tam był już breakdance i hip hop. Występowałem na dużej scenie w Teatrze Wielkim w Łodzi. Pamiętam, że jeden ze starszych kolegów się rozchorował i przejąłem jego solówkę. Wchodziłem sam na tę scenę i obtańcowywawłem jakąś małą dziewczynkę. To dopiero było gigantyczne przeżycie! Więc widzisz, że mój kontakt z muzyką zaczął się od ruchu, od tańca, a nie od grania na instrumencie. To moje domniemane ADHD musiało w ten sposób znaleźć ujście. Ćwicząc palcówki na fortepianie, nigdy bym tego nie osiągnął.

GALA: Żaden instrument Cię nie fascynował?

BORYS SZYC: W domu był fortepian, który mama dostała od swoich rodziców, gdy była maleńka. I tak sobie stał ten Becker w salonie, a ja sobie na nim czasami brzdąkałem. Potem miałem incydent z saksofonem tenorowym. I tutaj lenistwo wzięło górę nad instrumentem. Był on tak ciężki, że po dwóch latach zaprzestałem nauki.

GALA: I teraz instrumentem, o który musisz dbać, jest głos. Zimne drinki są zakazane?

BORYS SZYC: Często mam chrypkę...

GALA: Ona akurat jest czarująca...

BORYS SZYC: Dla głosu najlepiej jest po prostu porządnie się wyspać. Zagrałem już kilka koncertów i to mnie wciągnęło. Cały pomysł wziął się z tego, że zobaczyłem Michaela Bublé i zapragnąłem mieć swój big-band. Płytę nagrali najlepsi polscy jazzowi muzycy sesyjni. Inspirowałem się kilkoma wykonawcami, m.in. moim ulubionym zespołem Polucjanci. To takie fankowe, polskie Jamiroquai. I to się czuje w piosence „Cukierek” czy „Relaks”. Muzykę do tych utworów napisał Kuba Badach.

GALA: Czego zabrakło Ci w aktorstwie, że zapragnąłeś być wokalistą?

BORYS SZYC: Muzyka odziałuje dokładnie od pierwszych taktów, a w spektaklu energia uwalnia się trochę wolniej. W kinie, teatrze nie ma takiej spontanicznej wymiany energii. Na przykład na koncercie U2 wszyscy darli się, zanim muzycy pojawili się na scenie. A jak ruszają pierwsze riffy gitarowe, to niektórzy mdleją, inni krzyczą. Ja zapragnąłem tej energii, bliskości ludzi. To działało na moją wyobraźnię: wizja 100 tysięcy ludzi i muzyk. Tak strasznie chciałem się dowiedzieć, co taki Bono musi wtedy czuć. Ta wizja zawładnęła mną. Od dziecka chciałem doświadczyć tej ekstazy.

GALA: Kiedy muzyka Ci pomogła?

BORYS SZYC: Ostanio w łóżku bardzo mi pomogła... Czasami wytwarza tak miły nastrój, że człowiek zaczyna podążać w nieznanych kierunkach, he, he... Nie rumień się tak, przecież znasz takie określenie, jak „pościelówy”...

GALA: A agresja, gniew? Muzyka może je uspokoić?

BORYS SZYC: Oczywiście. Ja lubię się wytańczyć do upadłego. Wolę to niż trening na siłowni. Na siłownię zresztą też dobieram sobie specjalną „playlistę”.

GALA: Bywasz w operze, w filharmonii?

BORYS SZYC: Chodzimy z Sonią na poranki do filharmonii, na słynne zajęcia z ciocią Jadzią. Bardzo pociąga mnie opera, ale reżyserowana tak, jak to robi Mariusz Treliński. Jego „Madame Butterfly” jest magiczna. Ostatnio wykradłem mojej mamie gruby, zmurszały przewodnik operowy i studiuję go namiętnie. Zbieram też serię oper na DVD.

 

GALA: A z muzyką sakralną miewasz do czynienia?

BORYS SZYC: Tak wprost nie, ale ja ostanio bez przerwy słuchałem Gustava Mahlera w wykonaniu Uriego Cane’a. Duże przeżycie. No i Bach w wykonaniu Bobby’ego McFerrina z koncertu w Montrealu. Zajechałem tę płytę na śmierć. Mam gigantyczną kolekcję CD i DVD z koncertami.

GALA: A cisza istnieje w Twoim życiu?

BORYS SZYC: Taka, żeby dzwoniło w uszach? Tak mam, gdy pojadę do swojego domu w lesie nad Pilicą. Dwa dni zabiera mi przestawienie się. Pierwsza noc jest dziwna, bo coś mi wciąż dźwięczy w uszach. Cały ten miejski zgiełk zostaje mi w głowie. Potem to odpuszcza. Lubię ten stan.

GALA: Uważasz, że dobrze śpiewasz?

BORYS SZYC: Zawsze uważałem, że kiepsko i strasznie mnie to gnębiło. Bo śpiewać uwielbiam. Ale jak w kółko coś robisz, to można się wyrobić... Piosenka, która jest ze mną od zawsze, to „Purple Rain” Prince’a. Byłem na jego koncercie w Londynie.

GALA: Płakałeś?

BORYS SZYC: To, co tam przeżyłem, to był rodzaj orgazmu, ekstazy... Prince to jest gigant. Geniusz. Inni nie powinni się zabierać za muzykę. Ale na szczęście muzyka jest tak łaskawa i pojemna, że pomieści wszystkich. Ja w każdym razie chciałem się podłączyć do tego „kręgu ekstazy”. Brzmi to patetycznie, ale uwielbiam momenty, kiedy muzycy, grając i patrząc sobie w oczy, rozmawiają ze sobą bez słów. Na mojej płycie śpiewam Jamesa Browna, Prince’a, bo jest w nich coś transowego, a ja jestem podatny na transowość.

GALA: Śpiewasz: „Wciąż nie idealny, a wręcz banalny”. To o Tobie?

BORYS SZYC: Bywam banalny. Każde „kocham” w gruncie rzeczy bywa banalne. Jak się jest zbyt szczerym, to często wpada się w banał. Wiesz, od dziecka miałem paranoję oryginalności. Zawsze chciałem być inny. Nie zawsze to popłaca. Ludzie lubią „tych innych”, ale tylko do pewnego momentu. Casus malowanego ptaka. Najpierw wszyscy są go ciekawi, a potem zaczynają dziobać. I ja też wciąż lawiruję na cienkiej granicy inności i normalności.

GALA: Jestes „podziobany”?

BORYS SZYC: Wejdź w internet i zobaczysz... Ale internet to ściek, gdzie każdy może sobie ulżyć i to anonimowo. Bardziej boli mnie, jak ludzie uważani za przyjaciół donoszą do gazet albo plują za plecami. Koło mnie wciąż kręcą się takie uśmiechnięte, zabawowe typy, a potem okazuje się, że tylko czekali, aż mi się noga powinie. Dlatego jakiś czas temu zrobiłem mocną selekcję moich znajomych.

GALA: Jestes współautorem teksu piosenki „Sushi”.

BORYS SZYC: ... „Coś tu śmierdzi? A to ta ryba”...

GALA: To piosenka o rozkładzie związku.

BORYS SZYC: Śpiewam wbrew sobie, bo uwielbiam sushi. Ale dla mnie to także piosenka o zdradzie. Ja jestem potwornie zazdrosny. Nie lubię tego w sobie.

GALA: Jesteś gotów zrobić wszystko, żeby zatrzymać kobietę?

BORYS SZYC: Zdarzało mi się poniżać, błagać, żeby została na przykład. Teraz już wiem, że nie można nikogo zmusić do miłości. „Sushi” to dla mnie piosenka o granicy cierpliwości. Przez cały czas facet prosi kobietę: „zostań”, a na koniec rzuca krótkie: „zostaw”. Ja też tak mam: staram się, dopasowuję, ale jak nie iskrzy, to pewnego dnia wychodzę bez słowa.

GALA: Śpiewasz: „Rozwinę cię z papierka, potem cię zjem”. Brzmi groźnie...

BORYS SZYC: Niee, dlaczego? Chodzi o „ciućkanie”... Jakie to piękne polskie słowo. Jakie erotyczne.

GALA: A chciałbyś, żeby o Tobie śpiewać, że jesteś czekoladką do zjedzenia?

BORYS SZYC: A jak wy, dziewczyny, mówicie na przystojnych facetów? Ciacho. Robiąc tę płytę, chciałem uzyskać lekki, fankowo-soulowy klimat. Te teksty mają nieść rytm i lekkość. Można na nie też kogoś poderwać...

GALA: No nie jest to poezja śpiewana...

BORYS SZYC: Jestem od tego daleko! Nigdy nie zrobię płyty szemrano-szeptanej, że „lubię, kiedy kobieta...”.

GALA: Świetne dziewczyny towarzyszą Ci na płycie.

BORYS SZYC: To, że na mojej płycie zaśpiewała Ewa Bem, to dla mnie ogromny zaszczyt. Justyna Steczkowska czy Kasia Cerekwicka dawały mi cenne uwagi. Justyna twierdziła, że muszę się wyluzować i że mam śpiewać pełniejszymi dźwiękami. Dużo nauczył mnie genialny jazzman i saksofonista Grzegorz Piotrowski.

GALA: Jak Ty to robisz, że nie jesteś wypalony?

BORYS SZYC: Czasem jestem. Ale się szybko regeneruję. Zmienność mnie regeneruje. Działam na kilku frontach. Wtedy jest ciekawiej i przede wszystkim weselej.

GALA: A jak to sie stało, ze Twoja sława dotarła juz do Hollywood?

BORYS SZYC: Nie róbmy z tego aż tak wielkiej hecy! Wydawca i producent Grzegorz Hajdarowicz współprodukuje „Empire of crime for dummies”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Imperium zbrodni dla opornych” i to on mnie polecił. Do Stanów poleciała kaseta z nagraniem i na tej podstawie mnie zaakceptowali. Zagram skinheada, który ma wykończyć szefa gangu żydowskiego, którego gra Bruce Willis. Lecę właśnie do Stanów, żeby to zagrać.

GALA: Będziesz wykańczał Bruce’a Willisa?

BORYS SZYC: Będę wykańczał kobietę z jego gangu. W tym filmie zagrają też Harvey Keitel i Danny DeVito.

GALA: Denerwujesz się?

BORYS SZYC: Nie. Już się nie mogę doczekać! Mam „dialog coacha” – człowieka, który pilnuje, żebym dobrze wymawiał tekst. Zagram trzy duże sceny. Ale nazwałbym to epizodem. No i fajną przygodą.

 

GALA: To nie jest Twój pierwszy pobyt w Stanach.

BORYS SZYC: Dwa lata temu podróżowałem po Kalifornii. Uwielbiam światło w Ameryce, bo ono pada pod innym kątem niż u nas. Smog nad Los Angeles daje efekt rozproszonego światła, jaki uzyskuje się na planie dymiarką. Widziałem w Stanach te ogromne studia filmowe. Tam naprawdę może się spełnić american dream! Odwiedziłem Małgosię Belę w Los Angeles, która mieszka dokładnie vis-à-vis Brada Pitta i Angeliny Jolie. Któregoś dnia siedzieliśmy z Małgosią i znajomymi w ogródku i jedliśmy truskawki, popijając szampanem. Nagle ktoś zaczął odpalać motor. Przekrzykując hałas, Małgosia powiedziała, że to Brad. Zrozumiałem, że to jej brat. A ona przedstawiła mnie Bradowi Pittowi. Odjechał w kasku, goglach i masce. Wzdłuż trasy jego przejażdżki co 100 metrów stał ochroniarz z krótkofalówką i kontrolował jego przejazd. Lekka paranoja.

GALA: Zdecydowałbyś się porzucić Polskę, gdyby w Stanach Ci się powiodło?

BORYS SZYC: Polski się nie da porzucić. Każdy tu jednak wraca. Jeteśmy specyficznym narodem, bardzo przywiązanym do tego kawałka ziemi.

GALA: Czujesz się gotowy na Hollywood?

BORYS SZYC: Ja to się czuję! Pytanie, czy Hollwood jest gotowe na mnie?! Na razie traktuję to jako miłą przygodę. Zagram też amerykańskiego żołnierza u Jerzego Skolimowskiego w dużej, międzynarodowej produkcji. Zdjęcia będą kręcone w Izraelu. Ale muszę szybko wracać, bo mam premierę „Płatonowa” w Teatrze Współczesnym w reżyserii Agnieszki Glińskiej.

GALA: Gdzie właściwie jest Twój dom, Borysie?

BORYS SZYC: Niby go mam, ale jest ciągle w remoncie. Męczę się już dwa lata. Mama mi go urządza, jest architektem wnętrz. Mam mały ogródek, co jest bardzo przyjemne, szczególnie wiosną. Kupiłem dom na Saskiej Kępie w Warszawie, bo bardzo odpowiada mi jej klimat. Jest magiczna, jak miasteczko w mieście. Na każdym kroku historia. Tu mieszkała Agnieszka Osiecka czy Jan Cybis.

GALA: Podoba Ci się to, co mama projektuje dla Ciebie?

BORYS SZYC: Muszę to lubić, bo inaczej by mnie zamordowała! Tak na serio, nasze gusty na szczęście się pokrywają.Wnętrze będzie w stylu eklektycznym. W naszym rodzinnym, łódzkim domu było sporo antyków, rzeczy przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dlatego teraz mam specjalnie wyciętą dziurę w ścianie, żeby się zmieścił stary rodzinny kredens. I oczywiście z trudem, ale jest wniesiony do domu fortepian. Na strychu mam kino domowe. To jest mój raj. Wygląda jak loft z cegalną ścianą. Kuchnia będzie w stylu prowansalskim. Kanapy muszą być głębokie. Moja działka to elektronika. Steruję zamykanymi oknami w dachu. Strasznie się tym podniecam. Gadżeciarz ze mnie. Natomiast Sonia zażyczyła sobie pokój cały w czerwieni.

GALA: Uczysz się być dobrym tatą?

BORYS SZYC: Kupiłem sobie taki podręcznik. Ale bardziej z ciekawości. Zaglądam do internetu. Jestem zasypywany przez mamę i Anię artykułami na temat wychowania dzieci. Ale uważam, że ostatecznie trzeba ufać intuicji.

GALA: Wymieniasz się czasem uwagami z innymi ojcami?

BORYS SZYC: Robert Więckiewicz ostanio opowiadał o szkole muzycznej swojego syna, i zacząłem się zastanawić, czy Soni tam nie posłać. Natomiast Paulina Holtz stworzyła grupę aktywnych, wspierających się mam. Wciąż mnie zaprasza, ale nie udało mi się tam jeszcze dotrzeć.

GALA: Dla dziewczynki ojciec to wzór mężczyzny. Jak myślisz, jaki jest ten mężczyzna, na którego ona patrzy?

BORYS SZYC: To facet, który daje jej dużo miłości, zabawy, rozmowy. Sonia dobrze wie, z czym się może do mnie zwrócić. Ma pięć lat i już sama kłusuje. Ale też raz fiknęła z kucyka. Byłem z niej bardzo dumny, bo najpierw się popłakała, a potem wsiadła jeszcze raz. Niestety wprowadziłem ją też w świat elektroniki.

GALA: A z czym się nie wyrabiasz jako ojciec?

BORYS SZYC: Nie mieszkamy razem z Sonią i wciąż mam strach, że ominie mnie coś ważnego. Bezradny jestem, gdy kręcimy film poza Warszawą, a Sonia dostaje ospy, ma 40 stopni gorączki i majaczy. Wtedy jestem wściekły. Widujemy się w określone dni, ale jak mam wolne, to potrafię długo z nią być. Wakacje, wyjazdy na narty zawsze spędzamy razem. Jakiś czas temu Sonia zaskoczyła mnie swoim wyznaniem. Byliśmy na koniach z jej kolegą. Potem w hotelu kazała mi usiąść i poważnym tonem stwierdziła: „Tata, ja się zakochałam”. Popatrzyłem na tę 4-latkę i łzy mi się w oku zakręciły. Zapytałem ją, skąd wie, że się zakochała. Ona mi na to, że czuje to w serduszku. Zgłupiałem i spytałem: „I co z tym teraz zrobimy?”. Na co ona: „Chodźmy tam!!!”.

GALA: Córka się zakochuje, a Ty planujesz zaręczyny z Kają?

BORYS SZYC: Więc oficjalnie dementuję: Nie planujemy małżeństwa, nie planujemy dziecka. Nie weźmiemy też ślubu w Hollywood. Kaja nie jest żadną aktorką. Skończyła grafikę i malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych i właśnie zaprojektowała okładkę mojej płyty. Jest niesamowicie zdolną, piękną i mądrą osobą. Niezależną i mocno zapracowaną w reklamie. Projektowała też kostiumy do „Ślubow panieńskich” Filipa Bajona. Nie potrzebuje żadnej mojej pomocy w rozwoju swojej „kariery”, jak gdzieś przeczytaliśmy. To raczej ja liczę, że mnie weźmie do noszenia ciuchów, jak mi zabraknie propozycji. Obydwoje mamy frajdę z tego, że się rozwijamy. To nas teraz bawi i zajmuje. Kropka.

 

GALA: A co Kai najbardziej podobało się na Twojej płycie?

BORYS SZYC: „Sushi”. Ta piosenka poprawia jej humor. Ma to ustawione jako dzwonek w telefonie. Odbiera ode mnie telefon i już się śmieje...

GALA: Co Ci się w Kai spodobało?

BORYS SZYC: Blond kucyk! Kiedyś, gdy miała 17 lat, zobaczyłem ją w stroju amazonki. Ale tak naprawdę poznaliśmy się, gdy miała trzy latka i oboje byliśmy na planie „Kingsajzu” Machulskiego. Chodziliśmy tam za rączkę. Mamy zdjęcia z tamtych czasów. I jak to się nazywa? Prze...? zna...? cze...? Nie!