W sztuce „Saszka”, w warszawskim Teatrze Współczesnym, grasz 40-letnie- go mężczyznę, który nie może uporać się z problemem ojca, bo ten był dla niego zbyt wymagający i w zasadzie go porzucił. Ty sam też wychowywałeś się bez ojca...

Chcesz pewnie spytać, czy Saszka to ja? Oczywiście, że tak. Ale to jest bardzo delikatny i skomplikowany problem. Nie chcę go roztrząsać publicznie...

Trudno Ci grać w spektaklu, w którym czterdziestoletni facet pyta: „Tato, czy ty w ogóle mnie kochałeś”?

Tak. Bardzo trudno to grać. Trudno też o tym rozmawiać. Ta sztuka bardzo łączy się z moim życiem. Niezwykle łatwo jest wypowiadać pewne słowa na scenie, ale w życiu już nie jest to takie proste.

Chciałbyś swojemu ojcu zadać to pytanie, tak jak wciąż zadajesz je na scenie?

Mieliśmy z ojcem sporo spotkań. Dużo na ten temat myślę. Sam przecież jestem ojcem. Takie sztuki w pewnym sensie „rozwibrowują” człowieka, stawiają przed nim na nowo pewne dylematy. A zupełnie inną sprawą jest to, że jestem teraz w bardzo dziwnym momencie życia. Bardzo dziwnym.

Czyżbyś przechodził już kryzys wielu średniego? To chyba niemożliwe.

Mam nadzieję, że jednak nie!

To już Twoja druga rola teatralna, w której pojawia się problem nieobecnego ojca. W Hamlecie, którego grasz z powodzeniem już drugi rok, jest podobnie. Oba spektakle dzieli parę- set lat, ale są bardzo aktualne.

To prawda. I jakoś się tak złożyło, że Janusz Michałowski stał się moim teatralnym ojcem, bo gra go i w „Hamlecie”, i w „Saszce”. (śmiech)

Saszka” jest chyba taką współczesną wersją „Hamleta”?

Mówi się, że w każdym dramacie jest trochę z „Hamleta”, dlatego Szekspir jest taki niesamowity i uniwersalny. Poprzednia moja sztuka, czyli „Płatonow” w reżyserii Agnieszki Glińskiej to był tak zwany wiejski Hamlet. I stąd całe to hamletyzowanie, rozważania nad swoim jestestwem, czy być, czy nie być, czy w ogóle istnienie ma sens, a jeżeli ma, to jaki, po co się żyje... Takie poszukiwania znaczenia życia. W każdej poważniejszej sztuce to jest.

Taki twardy jak Ty facet, triatlonista, hamletyzuje od czasu do czasu?

Na razie jednorazowy triatlonista. (śmiech)

I jak Hamletowi startuje się w triatlonie?

No cóż, mam w czasie biegu czas na roztrząsanie pytania: „być albo nie być”. (śmiech) Ale pod koniec triatlonu, na ostatnich metrach biegu, skłaniałem się już do „nie być”. (śmiech) Ale szczerze mówiąc, triatlon to taki wewnętrzny monolog. Bo nie ścigałem się z innymi, tylko sam ze sobą. Ilość myśli, jaka pojawia się w czasie takiego biegu, jest niesamowita. Poczynając od takich: „Po co ja to robię? Przecież to bez sensu!”. Albo: „Robię to dla córki. Robię to dla siebie. Nie, to w ogóle bez sensu, muszę zejść teraz i odpocząć, przerwać to szaleństwo”. A potem coś ci mówi: „Nie, musisz to zrobić. Skoro straciłeś tyle czasu na jakieś głupoty, to teraz wykonaj taką pracę, żeby sobie coś udowodnić”.

 

Triatlon to ściganie się z samym sobą?

Ja robię to po to, żeby sobie pokazać, że jednak stać mnie na taki wysiłek. To jednak jest pokonanie samego siebie, barier, które masz na co dzień. Poza tym ilość endorfiny, która wytwarza się w czasie takich treningów, w czasie przygotowań - to jest świetna rzecz. Moje samopoczucie, odkąd biegam, jest dużo lepsze.

Ale czy granie np. w „Hamlecie” nie jest pokonywaniem samego siebie?

Można też tak na to spojrzeć i szukać paraleli. Można trzy akty „Hamleta” nazwać triatlonem. (śmiech) W każdej dobrej sztuce jest: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. I w triatlonie jest środek - 90 km na rowerze - bardzo trudny i przełomowy. W „Hamlecie” natomiast jest taki moment, kiedy książę Danii od udawania wariata wariatem się właściwie staje. Jak kogoś za długo udajesz, to w końcu możesz się stać tą postacią. To też niebezpieczeństwo zawodu aktora...

Kogo udawałeś przez lata, Borys?

No, różne typy. (śmiech) Chyba jednak najbliższy jest mi Płatonow. Chyba trochę się nim wówczas stałem. Wtedy chodziło o relacje z kobietami, problemy z używkami, o jakiś smutek i ogólne niezadowolenie z życia. Płatonow ma pewną nadświadomość i nadwrażliwość, która powoduje, że życie go boli, a pomimo to jest świetnym błaznem. I jak każdy błazen jest postacią tragiczną. Jakoś tak się dzieje, że grając na przykład komedię, często wychodzę z teatru smutny. Bo baterię humoru, dobrego samopoczucia zostawiam na scenie i pozostaje już tylko ta druga, smutna część.

Można więc powiedzieć, że Saszka to Ty? I Płatonow to Ty?

Ja raczej miałem już wcześniej cechy charakteru Płatonowa, co dobrze zauważyła Agnieszka Glińska. I pewnie dlatego obsadziła mnie w tej roli.

Jakie podobieństwa?

Mam te same problemy, co on: niepoukładane związki z kobietami, jakieś takie zagubienie w świecie uczuć. Poza tym jestem - jak on - ironistą.

Może raczej jesteś cyniczny?

Rzeczywiście, bywam. Ale to wynika z buntu przeciwko rzeczywistości. Płatonow to taki buntownik bez powodu. I na pewno boli go otaczająca głupota. Ciągle chce się zmienić, tylko nie do końca wie w kogo. (śmiech) I to jest również jego dosyć duży problem. Ma spore ambicje, których nadmiar powoduje rosnącą frustrację, zwłaszcza że ma przekonanie, że mógłby być w zupełnie innym punkcie swojego życia. I to go bardzo dręczy.

Nie wierzę, że Ty też możesz być sfrustrowany.

Ja mam taką straszną cechę charakteru, że szybko zaczynam się nudzić. Sporo rzeczy w życiu przyszło mi dosyć łatwo i dlatego często po ich zdobyciu zostaje jakiś kac moralny. Szybko osiągnięty sukces nie cieszy. Dlatego tyle satysfakcji sprawiły mi wszystkie nagrody za role w „Wojnie polsko-ruskiej”, „Płatonowie” i „Hamlecie”, bo włożyłem w nie mnóstwo wysiłku, energii i poświęciłem ogrom czasu. Chciałbym więcej takich wyzwań.

Chyba masz syndrom znudzonego genialnego chłopca?

Nie chcę używać takich słów, mówiąc o sobie. (śmiech) Bo to brzmi co najmniej kabotyńsko. Ale coś takiego jest. Jeżeli szukamy jakichś wspólnych punktów pomiędzy tymi postaciami, to uczciwie przyznaję, że mam ten rodzaj melancholii.

 

Rzeczywiście wszystkie te postaci łączy pewien rodzaj znudzenia światem...

Może raczej rozczarowania? Bo spójrzmy: Hamleta boli świat i zakłamanie ludzi. Oraz to, że można robić sobie ogromne świństwa. On odkrywa, że sam może je robić, a przecież tak się tego brzydził. Wściekłość Hamleta bierze się z tego, że stał się taki sam jak ci, z którymi walczył. I tu też ja sam bardzo się w tym odnajduję.

To prawda, Hamlet robi dużo świństw. To, co robi z Ofelią, jest naprawdę okrutne.

Niby wynika to z jego dobrych intencji. On chce ją do siebie zrazić, żeby nie przeżywała tego wszystkiego, co on, żeby w ogóle nie wkraczała w ten świat - brudny, pełen zakłamania, w którym każdy facet jest draniem. „Wszyscy jesteśmy łajdakami, co do jednego” - mówi. I dodaje: „Może lepiej idź do tego klasztoru i tam spędź spokojne życie, poświęcając się Bogu”.

Każdy facet to łajdak?

Oczywiście! (śmiech) No nie, pewnie są wyjątki.

Ty też tak traktujesz kobiety? Też straszysz je sobą?

Pewnie się zdarzało, że je sobą straszyłem. ale ja raczej bardzo lgnę do kobiet. Wydaje mi się, że tak naprawdę to, że jeszcze jakoś egzystuję, jest zasługą kobiet. Bez nich nie mógłbym żyć. Potrzebuję kobiet. Ale tak samo potrzebuję samotności. Dla mnie przebywanie z samym sobą jest niezmiernie ważne, co jednak często, paradoksalnie, powoduje też problemy z kobietami. Takie bycie razem, w pojmowaniu kobiet, polega na tym, że cały czas wszystko przeżywa się wspólnie. Kobiety często chcą przejąć mój czas, chcą się czuć najważniejsze na świecie. Co jest zresztą zrozumiałe, ale dla mnie - i to jest chyba taka przypadłość wszystkich, którzy mają w życiu pasję - to problem. Często pasja jest na pierwszym miejscu. I potrzeba specyficznej, mądrej osoby, która by to zrozumiała - że bez tej pasji, bez uprawiania tego zawodu... tak naprawdę nie istnieję. I kobiety nie mogą o to ze mną rywalizować.

Te sztuki, o których mówimy, ci bohaterowie, są Ci bliscy. Czy to znaczy, że dla Ciebie teatr jest lustrem?

Tak. Dla widzów chyba też. W tym sensie przeglądam się w tych postaciach. Czasami spektakle są dla mnie jak terapia. Ja nie muszę przecież być dokładnie Saszką, nie jestem Hamletem i nie byłem dokładnie Płatonowem, ale jakieś podobne cechy charakteru odnajduję w każdej z tych postaci. Szukam wspólnego mianownika ze sobą i z postacią. Bo tylko wtedy czuję, że to, co robię, jest szczere. A jeśli jest szczere, to oddziałuje na ludzi. I wtedy ktoś przychodzi siedem razy na „Płatonowa”. Czasami widzowie bardzo utożsamiają się z granymi przez nas bohaterami. Mamy w Teatrze Współczesnym takiego chłopaka. To dla nas wielka tajemnica, kim on jest, ale z tego, co zliczyliśmy, był na „Hamlecie” co najmniej 27 razy. Siedzi zawsze w pierwszym rzędzie. Ma u nas przezwisko Breivik. (śmiech) Mam nadzieję, że się nie obrazi, jeśli to przeczyta. Zawsze jest z tą samą dziewczyną, która - wydaje mi się - już jest trochę znudzona. (śmiech) On jest pierwszą osobą, która wstaje i klaszcze, ale nie patrzy nam w oczy. Taka dziwna postać, która towarzyszy „Hamletowi” dosyć często. Kiedy kończyliśmy zeszły sezon, wszyscy się umówiliśmy, że nagle spojrzymy na niego i wszyscy mu się ukłonimy. I zrobiliśmy to. (śmiech) Był w takim szoku, że pojawiły mu się łzy w oczach.

To chyba bardzo fajne dla aktora?

To rzeczywiście coś, co nadaje właściwy sens temu zawodowi. Ale nie ma co ukrywać, że robi się to też dla siebie. Dla własnej przyjemności. Dla własnego rozwoju, który jest przecież podstawą w życiu każdego człowieka.

Mówisz, że jesteś jak Płatonow, że szybko się nudzisz, a jednocześnie jesteś tak wierny teatrowi. Teatr Ci się nigdy nie znudzi?

Tak. Teatrowi jestem wierny. Jak każdy, miewam momenty zwątpienia i znudzenia, znużenia, ale dla mnie teatr jest jak powietrze - nie mogę bez niego żyć. A poza nim jest wielki pośpiech, niepokój.

 

Wiemy, jak żyjesz, media często donoszą o zmianach w Twoim życiu...

Ja to nazywam joie de vivre, co oznacza radość życia. Ale szukam takich miejsc jak teatr, które są dla mnie bezpieczną przystanią. Teatr jest też miejscem spotkań z literaturą, z którą w filmie właściwie się nie spotyka. Bardzo rzadko robi się adaptacje książek. Trzymam kciuki za Borysa Lankosza i „Ziarno prawdy”, bo uwielbiam go jako reżysera i człowieka. Do tej pory moją ulubioną adaptacją była „Jowita” Janusza Morgensterna, na podstawie „Disneylandu” Stanisława Dygata. To jedna z moich najukochańszych książek.

Dlaczego tak ją lubisz?

Bo jest o poszukiwaniu, gonieniu za ideałem, którego przecież nie ma. Ale każdy w tej swojej romantycznej naturze lubi gonić za tym ideałem. Często jednak ten ideał może się okazać wielką iluzją. Albo kimś, kto jest obok ciebie, jak tytułowa Jowita. Poza tym w tej książce pojawia się też bliski mi wątek bohatera na rozdrożu, znudzonego tym, co robi. Marek Arens, genialnie zagrany przez Daniela Olbrychskiego, jest słynnym lekkoatletą, biegaczem, jest w tym najlepszy, tylko że tak naprawdę w ogóle go to nie kręci, to nie jest to, co chciałby robić. Mnie także zdarzają się takie momenty bycia na rozdrożu i myślenia, czy nie zginął gdzieś ten chłopak, który szedł do szkoły teatralnej z gigantyczną wiarą i przekonaniem, że to jedyna rzecz, jaką może w życiu robić. Dziś okazuje się, że może niejedyna... Może rzeczywiście kiedyś chciałbym coś wyreżyserować? Ale teraz zająłem się produkcją filmową.

Borys Szyc producentem?!

Byłem tak zwanym koproducentem artystycznym filmu „Dżej Dżej”, który pojawi w kinach w czerwcu. Nasz film opowiada również o facecie, który zakochuje się w wirtualnej kobiecie z GPS-u. Podobny film nakręcił, niestety, Spike Jonze. Świetny zresztą. Ale cóż zrobić. Jest jak w komiksie „Tytus, Romek i A’Tomek”: w którymś zeszycie Tytus strasznie chciał być artystą i co chwila wpadał na jakieś genialne pomysły - a to wymyślił słynną operę, a to znowu, że dwójka dzieci ucieka i trafia na chatkę z piernika. (śmiech) Okazuje się, że wszystko już było. Na szczęście nasz bohater żyje w Polsce, w teraźniejszości, i pracuje w Bydgoszczy, na śluzie.

Dużo robisz, jak na „znudzonego życiem”...

To gonienie za ideałem jest moim pomysłem na życie. (śmiech) Na pewno nie jestem jeszcze na etapie emerytury, domu w Toskanii i winnicy, co jest moim skrytym marzeniem. Jeszcze chyba trochę na to za wcześnie. Parę rzeczy mam jeszcze do wykonania.

Rodzina byłaby takim osadzeniem, zwolnieniem obrotów?

Pewnie tak, ale czy mając rodzinę, trzeba zwolnić obroty? Czy to zawsze muszą być kapcie i pilot od telewizora?

Jesteś jak Saszka - otoczony kobietami, a jednak.

Tak jakoś wyszło, że taty nie miałem od dziecka, więc byłem otoczony kobietami. To pewnie mnie jakoś ukształtowało. Wojciech Eichelberger w swojej książce „Zdradzony przez ojca” pokazuje, jakie powstają szkody z racji nieposiadania męskiego wzorca obok siebie.

Ma się wtedy trudne relacje z kobietami.

Kiedy dorastasz w kobiecym świecie, to chcesz potem robić wszystko na przekór, tylko że za bardzo nie umiesz tego zrobić, bo nie miałeś wzorca. W sztuce, w której gram w Teatrze Współczesnym, Saszka rzeczywiście jest przytłoczony siostrami. I robi wszystko, by pokazać, że zasługuje na miłość ojca.

 

On idzie do wojska, robi karierę. A współczesny mężczyzna staje się pracoholikiem...

Tak. Idziesz do wojska, stajesz się majorem, sławnym aktorem. Ma to jakieś plusy, prawda?

(śmiech) Taki napęd! Tylko przychodzi moment, że musisz za to zapłacić sporą cenę.

Mówi się, że ojciec jest potrzebny, bo bez niego syn nie przechodzi inicjacji, to on wprowadza go w męski świat.

Ja zawsze miewałem dużo starszych od siebie kolegów. W dorosłym życiu takim mentorem jest dla mnie Lońka Fogel- man. Ale to nigdy nie zastąpi kontaktu z największym autorytetem, jakim są rodzice.

Nie mając tego wzorca, chyba trudno potem być ojcem? Jak sobie z tym radziłeś?

Dlatego cieszyłem się niesamowicie, że będę miał córkę. Jednak bałem się syna. Myślałem:

„Co też ja będę mógł mu przekazać?”. Ale myślę, że powoli już się zbliżam do momentu, że mógłbym mieć syna. (śmiech)

A co to znaczy?

To znaczy, że już się tego nie boję. Na pewno nie jest idealnie i być może będę musiał się od syna sam czegoś nauczyć, ale nie mam już lęków, że nie dałbym rady. (śmiech)

Jakim jesteś tatą dla Soni? Myślisz, że jej czasem imponujesz?

Widzę, jakie cechy odziedziczyła po mnie, jakie talenty. I staram się je w niej rozwijać. Sonia cudownie jeździ konno, tańczy, śpiewa. Jest zakochana w Michaelu Jacksonie. (śmiech) Bardzo mnie rozśmieszyło, jak kiedyś mnie zapytała, czy wiem, kto to jest Michael Jackson. (śmiech) A ja od dziecka miałem przecież przezwisko „Michael”. (śmiech) Ale jej zaimponowałem, kiedy wykonałem „Moon- walk”. Oczywiście, nigdy nie nadrobię tego, że nie jesteśmy z jej mamą pełną rodziną. To zawsze jest pewien brak. Ale tę trudną sytuację staram się wykorzystać najlepiej, jak tylko się da. Jeździmy razem na obozy i przejażdżki konne. Staram się rozwijać w Soni wszystkie jej pasje. Ania - jej mama- zajmuje się innymi rzeczami, przede że powoli już się zbliżam do momentu, że mógłbym mieć syna. (śmiech)

A co to znaczy?

To znaczy, że już się tego nie boję. Na pewno nie jest idealnie i być może będę musiał się od syna sam czegoś nauczyć, ale nie mam już lęków, że nie dałbym rady. (śmiech)

Jakim jesteś tatą dla Soni? Myślisz, że jej czasem imponujesz?

Widzę, jakie cechy odziedziczyła po mnie, jakie talenty. I staram się je w niej rozwijać. Sonia cudownie jeździ konno, tańczy, śpiewa. Jest zakochana w Michaelu Jacksonie. (śmiech) Bardzo mnie rozśmieszyło, jak kiedyś mnie zapytała, czy wiem, kto to jest Michael Jackson. (śmiech) A ja od dziecka miałem przecież przezwisko „Michael”. (śmiech) Ale jej zaimponowałem, kiedy wykonałem „Moon- walk”. Oczywiście, nigdy nie nadrobię tego, że nie jesteśmy z jej mamą pełną rodziną. To zawsze jest pewien brak. Ale tę trudną sytuację staram się wykorzystać najlepiej, jak tylko się da. Jeździmy razem na obozy i przejażdżki konne. Staram się rozwijać w Soni wszystkie jej pasje. Ania - jej mama zajmuje się innymi rzeczami, przede wszystkim codziennym wychowaniem, codziennym przebywaniem z Sonią. Jest świetną, zaradną mamą. I w ten sposób jakoś sobie to dzielimy. Myślę, że całkiem fajnie.

 

Córki się bardziej rozpieszcza?

W sztuce „Saszka” ojciec cztery siostry wychowuje w inny sposób. Inaczej traktuje córeczki niż synów, inaczej z nimi rozmawia, może trochę rozpieszcza. Zresztą Saszka to mówi, że dziewczyny zawsze kocha się bardziej niż chłopców.

Ty nie wiesz, jak to jest mieć siostrę.

A tu cię zdziwię. Mam. Mam starszą przyrodnią siostrę, mieszka w Krakowie. Ale widziałem ją chyba raz w życiu.

Nie chciałeś jej bliżej poznać?

Myślę, że jesteśmy jak dwa drzewa, które rosły daleko od siebie. Ich korzenie się nie połączyły. I teraz trzeba pogodzić się z tym, że wiatr wieje i te drzewa się tak kołyszą, czasem dotkną się paroma liśćmi, ale pewnych rzeczy się nie nadrobi. Można próbować odtwarzać rodzinę, rozmawiać z ojcem, z siostrą, ale to wydaje mi się bardzo trudne...

Saszka udaje się na seanse spirytystyczne, żeby porozmawiać z duchem swego ojca. Ciebie coś takiego pociąga? Tak, chodzi do medium. Ja chętnie poszedłbym do hipnotyzera, (śmiech) Mógłbym spróbować jakichś szarlatańskich metod. Dajcie mi jakąś wróżkę do wróżenia! Albo mojego idola, wróżbitę Macieja. Mało kto poprawia mi humor tak jak on. (śmiech)

Porozmawiajmy jeszcze o jednej rzeczy, która łączy Cię z Saszką. On ma obsesję na punkcie rodzinnego domu. Wydaje mi się, że Ty też stworzyłeś piękny dom, który jest Twoją przystanią.

To prawda. Nie jest to dom, który dziedziczyłbym z dziada pradziada, aczkolwiek paru dziadów musiało tu chyba mieszkać, skoro ten dom jest z 1929 roku. (śmiech) Czasami słyszę, że coś łazi, coś hałasuje. Ale muszą to być dobre duchy, bo się ich nie boję.

Czyli tak: syn ma być, dom jest, drzewo pewnie też tu posadziłeś.

Tak jest. Brakuje tylko tego syna. (śmiech) Pojawiają się takie dziwne myśli... Chyba że się już zestarzałem, cholera. To było dla mnie duże odkrycie... (śmiech)

Borys, nie poznaję Cię...

(śmiech) Ja chyba już do końca życia będę błaznem. Błazen to postać gdzieś tam w środku bardzo smutna. Ale przynajmniej będę się starał rozśmieszać innych. Mam nadzieję, że będzie mi to dobrze wychodzić.