Dwie kobiety, dwa pokolenia, dwa punkty na mapie - oto splątana historia rodziny Verelli i odkrywania tego, co w życiu najważniejsze: miłości, przyjaźni i miejsca, które nazywamy domem. O swojej najnowszej książce "Ogród Kobiet" opowiada jej autorka, Carla Montero.

 

Międzynarodową rozpoznawalność przyniósł Ci sukces "Szmaragdowej tablicy". Cechą Twojego pisarstwa było zawsze umiejętne łączenie wątków historycznych i współczesnych. Skąd takie upodobanie?

Carla Montero: Pierwszą powieścią, którą przeczytałam, a która wykorzystywała podwójny czas narracji, była Ósemka Katherine Neville. Pamiętam, że zachwycił mnie ten chwyt, sposób na stworzenie napięcia, prowadzenie zauroczonego czytelnika przez całą historię, bo nie może się doczekać zakończenia jednego i drugiego wątku. Mnie, jako autorce pozwala on na wykorzystywanie innych stylów: bardziej dynamicznego we współczesności i wyszukanego w przeszłości. Jest to też sposób na zanurzenie się w historii, co uwielbiam, jednocześnie nie tracąc z oczu mojego otoczenia: sądzę, że jest to bardzo interesujące ćwiczenie, takie spojrzenie na naszą epokę przez pryzmat przeszłości.
 
Twoja najnowsza powieść to książka o sile kobiet wspierających się w różnych życiowych okolicznościach oraz o często nieobecnych w ich życiu mężczyznach. Tak by się mogło wydawać przez większą jej część, ale finał tej historii jest dość zaskakujący…Przewrotnie chciałaś nam pokazać, że mężczyźni zawsze stanowią nasz (kobiecy) punkt odniesienia?

Bardziej niż nieobecni (bo w sumie nie brak bardzo wyrazistych postaci męskich w tej powieści) są to mężczyźni zagubieni, zapomniani, ukryci przez to, do czego zmusiły ich okoliczności życia. To wymusza na kobietach stanięcie ponad ich stratą, ich samotnością. One muszą, poza wypełnianiem swojej funkcji jako kobiety, przejąć głos mężczyzn. Uważam oczywiście, że mężczyźni są dla kobiet punktem odniesienia, jak my jesteśmy dla nich. Piękne w zdrowym związku pomiędzy kobietą i mężczyzną jest to, że oboje się dopełniają.

Powiedziałaś, że "Ogród kobiet" to zaproszenie na wycieczkę po kolorach, zapachach i smakach Morza Śródziemnego. Najbardziej urokliwy wydaje się młyn, w Castelupo. Widziałaś gdzieś taki czy jest to wytwór Twojej wyobraźni? Skąd pomysł, by tym razem akcję przenieść do włoskiego miasteczka?

Castelupo to fikcyjna miejscowość, ale została zbudowana w oparciu o podróż, którą miałam okazję odbyć po Ligurii. Miasteczko z powieści jest mieszanką innych, rzeczywistych, które wtedy odwiedziłam, takie jak Triora, miasteczko czarownic, Borgomaro, u stóp wzgórza i otoczone przez rzekę, i wiele innych, z których ukształtowane zostało Castelupo. Wydaje mi się, że każdy, kto przeczyta Ogród kobiet, po czym uda się w podróż po interiorze Ligurii, w każdym z miasteczek rozpozna Castelupo. Młyny wodne to zwyczajne budowle w tym regionie, gdzie pełno jest rzek i strumieni spływających z Alp. Pamiętam, że przy jednym z takich młynów, tuż przy wąskiej szosie, niezbyt uczęszczanej, pomyślałam: to mógłby być młyn Anice. Odkąd przyszedł mi do głowy pomysł napisania Ogrodu kobiet, nie miałam wątpliwości, że ta powieść będzie się rozgrywać we Włoszech. Od dawna miałam ochotę umieścić jedną z powieści w tym kraju, tak podobnym do naszej Hiszpanii, i który znakomicie się nadaje do umieszczenia w nim każdej opowieści, przez swoje bogactwo historyczne, kulturalne, artystyczne, naturalne… Liguria jest doskonałym miejscem na tę powieść. To niezbyt znany region Włoch, oczywiście, mniej niż jej sąsiednia Toscania, ale porównywalna co do piękna, gastronomii i historii.

W tej przyjemnej sensualnej powieści, jaką jest "Ogród kobiet", dostrzec można ważne społecznie pytania o feminizm, równość kobiet i mężczyzn w miejscu pracy czy poglądy na temat aborcji. To kwestie, które zawsze budzą ogromne emocje. Nie bałaś się ich dotknąć?

Bardziej niż strach, wymuszały na mnie wiele szacunku, bo intencją tej powieści jest to, żeby czytelnik spędził miło czas, a nie obrażanie czyjejkolwiek wrażliwości. Przede wszystkim, starałam się nie być dogmatyczna, lecz przedstawić różne punkty widzenia poprzez przeżycia i opinie bohaterów, żeby wykazać, że nic nie jest czarne i białe, zaś na nasze decyzje wpływają różnorodne okoliczności. Szczególnie w sprawach takich jak usuwanie ciąży, czyli coś tak złożonego dla kobiet i ogólnie społeczeństwa, nie chciałam oceniać osób, które znajdują się w sytuacji, kiedy muszą podjąć w tej sprawie decyzję; wolę starać się zrozumieć ich motywację. Ta powieść zawiera moją wizję bez filtrów ani ocen obecnej sytuacji kobiet. Tak właśnie powiedziałabym swoim córkom o tym, jak widzę ich przyszłe życie: ich opcje, decyzje, które będą musiały podjąć, z czego będą musiały zrezygnować. Nie ma tu rozwiązań problemów, a już na pewno nie ma lekcji etyki. Ja zaledwie przedstawiam sytuację i to czytelnik musi wyciągnąć swoje własne wnioski.

Postać szefowej Gianny, architektki, która za zawodowy sukces zapłaciła brakiem życia rodzinnego, to znak naszych czasów? Tobie udało się połączyć pisanie książek z życiem rodzinnym i wychowywaniem dzieci. Jaka jest tajemnica twojego sukcesu?

Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wiele kobiet czuje, że musiało zrezygnować z czegoś, żeby osiągnąć swoje życiowe cele, czy to z założenia rodziny, czy rozwoju kariery zawodowej w środowisku męskim i z męskimi wymaganiami. W moim odczuciu obecnie prawdziwą walką feministyczną powinno być dążenie do sprawienia, aby tych rezygnacji było coraz mniej i żeby dokonywały się w takim samym stopniu jak wyrzeczenia mężczyzn. Pomijając biologię, która jest nie do przezwyciężenia (tylko my możemy przejść przez ciążę i poród), kobiety powinny projektować swój plan na życie z pełną wolnością, dalekie od etykietek i tego, czego się od nich oczekuje, bo są kobietami. Tego bym chciała dla swoich córek. Co do mnie, miałam szczęście, bo nie odnoszę wrażenia, że musiałam zrezygnować z wielu rzeczy, aby mieć życie takie, jakie chcę. Dla mnie rodzina zawsze była najważniejsza i mogłam się jej poświęcić bez szkody dla rozwoju osobistego i zawodowego. Pisanie znakomicie się godzi z życiem rodzinnym. Sekret? Nie wiem. Szkoda, ze go nie mam, żeby się podzielić. Niemniej, wydaje mi się, że ma to po części związek z tym, jak się podchodzi do okoliczności: od ducha, nastawienia psychicznego. Na przykład, czasem, rezygnacja to tylko adaptacja, żeby osiągnąć priorytetowe cele. To ważne, żeby pamiętać, że nie można mieć wszystkiego, mężczyźni też nie mają wszystkiego.


Czy talent literacki dziedziczy się w genach? Dom Wydawniczy REBIS od lat wydaje nie tylko Twoje książki, ale też powieści Twojego brata Luisa Montero Manglano. Wpieracie się z bratem? Recenzujecie wzajemnie swoje książki?

Oczywiście. Zawsze daję mu do przeczytania pierwsze pięćdziesiąt stron nowej powieści, żeby wysłuchać jego opinii zanim przejdę dalej, a gdy już jest cała, czyta cały maszynopis. On też mi daje do przeczytania swoje powieści. Brat jest dla mnie fundamentalnym oparciem. Luis jest wielkim pisarzem i też dobrym wydawcą, z wielką wizją, poza tym, dobrze mnie zna, dlatego jego opinie są dla mnie bardzo ważne: zawsze ma jakiś, choćby drobny, wpływ na moje historie, potrafi je docisnąć, żeby były lepsze. Ja staram się robić to samo z jego powieściami. Całe szczęście tematy naszych powieści są zupełnie inne i sposób, w jaki je piszemy też. Dlatego dopełniamy siebie i dokładamy sobie wzajemnie inne punkty widzenia, wzbogacając tym naszą pracę.