W 1965 roku w londyńskim urzędzie stanu cywilnego zjawiła się rozbawiona grupa. Mick Jagger przyszedł w niebieskiej marynarce, wrzosowej koszuli i czerwonych dżinsach. Pan młody miał błękitny sweter i zielone spodnie, a panna młoda czarną sukienkę. Przed złożeniem przysięgi urzędnik poprosił ją, żeby choć na tę jedną chwilę zgasiła papierosa, bo paliła jednego za drugim. Tak wyglądał ślub Catherine Deneuve z brytyjskim fotografem Davidem Baileyem. Jagger pełnił funkcję świadka, a druhna panny młodej, jej siostra Françoise, jak zwykle się spóźniła. Małżeństwo przetrwało dwa lata, było jedynym w życiu Deneuve, choć aktorka zawsze marzyła o tradycyjnej rodzinie. Takiej, w jakiej się wychowywała. 

Bardzo szczegółowa intercyza 

Państwo Dorléacowie, aktorzy, mieli cztery córki. Ojciec, który za każdym razem marzył, że urodzi się… dziewczynka, uwielbiał je i rozpieszczał. Catherine i starsza od niej o półtora roku Françoise kochały się najmocniej. Mówiły o sobie: bliźniaczki, choć bardzo się różniły. „Ona nie piła i nie paliła, ale mogła tańczyć całą noc. Kipiała emocjami, natomiast ja byłam dyskretna, zamknięta  w sobie”, wspomina Catherine, która miała mnóstwo kompleksów, uważała, że jest za chuda i brzydka. Często rezygnowała z imprezy, twierdząc: „Z taką twarzą nie mogę się pokazać!”.

Françoise pierwsza została aktorką i gdy Catherine poszła w jej ślady, przyjęła panieńskie nazwisko matki. W jednym z klubów, do którego  wyciągnęła ją siostra, poznała reżysera Rogera Vadima. Miała 16 lat, on 32 i był po dwóch rozwodach: z aktorkami Brigitte Bardot oraz Annette Strøyberg. Catherine rzuciła szkołę, wyprowadziła się z domu i zamieszkała  z ukochanym. Dwa lata później ufarbowała włosy na blond – jest naturalną ciemną brunetką. „Gdy je zobaczyłam, przeżyłam szok. Wyglądałam blado i bez wyrazu. Z czasem się przyzwyczaiłam”, opowiada. Szykowali się z Rogerem do ślubu, jej rodzice przygotowali intercyzę. „Miała chyba ze sto stron. Kiedy notariusz monotonnym głosem odczytał kolejne zdanie: w przypadku śmierci jednego z małżonków sprzęt kuchenny przechodzi na wyłączną własność drugiego (...), nie wytrzymałem. Zapytałem, co z popielniczkami, i wyszedłem. A potem sprawa ślubu jakoś się rozeszła”, wspomina Vadim. Nakręcili razem swobodną adaptację dzieł markiza de Sade’a, recenzje były miażdżące, publiczność gwizdała w kinach.

Catherine, jeszcze niepewna swoich sił jako aktorka, była załamana. Postanowiła poświęcić się życiu rodzinnemu, urodziła syna Christiana. Rok później nakręciła „Parasolki z Cherbourga” i została gwiazdą. Śpiewana przez nią piosenka Michela Legranda „Je t’attendrai toute ma vie” jest jednym z największych przebojów kina. W tym czasie u boku Vadima pojawiła się Jane Fonda i Deneuve została sama z dzieckiem. Rodzice mieli do niej żal, nawet ukochana Françoise nie szczędziła siostrze wymówek: „Mogłaś tak szybko nie odchodzić z domu”. Jedynym pocieszeniem była dla aktorki miłość reżyserów, widzów i krytyków, którzy pisali: „Jest dyskretna, ale nie wyniosła, niewinna, ale nie banalna, łagodna, ale nie naiwna”. Zachwycano się jej schizofreniczką we „Wstręcie” Romana Polańskiego. Reżyser rok wcześniej proponował Deneuve inną rolę, jak to określił, kompletnej idiotki, którą ona z oburzeniem odrzuciła. 

 

Nago przed ukochanym

Współpraca na planie układała im się idealnie, Polański pisze w autobiografii: „Wiedziała dokładnie, czego od niej oczekuję. Wcieliła się w bohaterkę do tego stopnia, że pod koniec zdjęć stała się wręcz dziwna”. Swój następny film „Matnia” nakręcił z Françoise i wspomina to jako koszmar. Panna Dorléac próbowała przemycić do Anglii swojego chihuahua i gdy celnik włożył rękę do jej torby, został dotkliwie pogryziony. Producent Gene Gutowski użył wszystkich swoich wpływów, żeby ją wyciągnąć z aresztu. Françoise nie cierpiała filmowego partnera, z wzajemnością. Kręcąc scenę kłótni, pobili się naprawdę, do krwi. Catherine natomiast nigdy nie pozwalała sobie na utarczki na planie, przeciwnie, zawsze łagodziła konflikty. 

W ramach promocji „Wstrętu” producent wymyślił sesję do brytyjskiej edycji „Playboya”. Deneuve nie chciała o tym słyszeć. Już na planie filmu miała wielkie opory, żeby nakręcić kilka scen ubrana tylko w przezroczystą koszulę, Polański z trudem ją do tego nakłonił. Potem namawiał aktorkę, żeby chociaż spotkała się z angielskim fotografem. Był to właśnie David Bailey… „Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Lecz pozowanie dla Playboya to chyba jedyna rzecz, jakiej w życiu żałuję. Już przy drugim spotkaniu z chłopakiem, który potem został moim mężem, byłam zupełnie naga”, opowiadała po latach. Po ślubie zamieszkała w swingującym Londynie i doceniła uroki życia towarzyskiego. Bawiła się z przyjaciółmi męża: Beatlesami, Rolling Stonesami, znanymi modelkami, m.in. Twiggy.

Gdy dostała zaproszenie z Pałacu Buckingham, pojechała do Paryża, do butiku Yves Saint Laurenta, zamówić kreację. Nie znała projektanta osobiście. Na spotkanie z królową uszył jej białą suknię z jedwabnej krepy z czerwonym wykończeniem i tak zaczęła się ich wielka przyjaźń. W 2002 roku, kiedy Saint Laurent swoim ostatnim pokazem kończył karierę zawodową, Deneuve była mistrzynią tej ceremonii. Tuż po ich pierwszym spotkaniu zaprojektował jej ubrania do filmu „Piękność dnia” Luisa Buñuela. Mroczny film o kochającej żonie, która staje się prostytutką, ugruntował pozycję Deneuve jako wybitnej aktorki dramatycznej.

Dwa lata wcześniej zadebiutowała w komedii i też nie szczędzono jej pochwał: „Ta niby wyniosła blondynka ma poczucie humoru, energię i silnik Formuły 1 – potrafi wypowiedzieć mnóstwo słów w rekordowym tempie, nie tracąc ani jednej sylaby”. Reżyser filmu początkowo chciał zatrudnić Françoise, ale ona spóźniła się na spotkanie. 

 

Odcięta od rzeczywistości

Na początku lata 1967 roku Catherine świętowała z siostrą i przyjaciółmi swoje sukcesy w Saint-Tropez. Gdy wszyscy zbierali się do wyjazdu, Françoise postanowiła zostać jeszcze kilka godzin, żeby popływać na jachcie. A potem w ostatniej chwili jechała na lotnisko. Zaczął padać deszcz i gdy wyprzedzała inny samochód na autostradzie, uderzyła w betonowy słup, zginęła na miejscu.

Trzydzieści lat później Catherine napisała  o siostrze książkę. „Sądziłam, że czas uśmierzył ból, jednak przeszłość powróciła z niewyobrażalną gwałtownością. Przez drzwi, które uchyliłam, prześliznął się chłód i zrobiło się bardzo, bardzo zimno”, powiedziała wtedy. W książce pisze: „Śmierć Françoise była największą stratą w moim życiu, poczucie porzucenia cały czas mi towarzyszy. Przez pierwsze lata po jej odejściu czułam się jak zombi, byłam tak zdruzgotana, że wyłączyłam wszystkie emocje, odcięłam się od rzeczywistości”. Żeby zapomnieć o rozpaczy, kręciła film za filmem, pracowała jak robot. 

 

W 1968 r. zaproszono ją do Hollywood, zagrała tam w filmie „Mayerling”. Media amerykańskie nazwały ją najpiękniejszą kobietą świata, dostała bajeczne jak na tamte czasy honorarium: milion dolarów. Była już aktorką cenioną po obu stronach oceanu, samotną matką, rozwiedzioną żoną, siostrą w żałobie i właśnie skończyła… 25 lat! 

Szybko wróciła z Hollywood, twierdziła, że tam wszystko jest sztuczne. We Francji zagrała u reżysera François Truffauta, zostali parą. „Catherine jest tak piękna, że film, w którym gra, nie musi opowiadać żadnej historii. Już sama możliwość podziwiania jej urody powinna być dla widza warta ceny biletu”, twierdził reżyser. Deneuve marzyła o ślubie, Truffaut się nie spieszył, więc odeszła. Kolejną miłość znowu zawdzięcza Polańskiemu: u niego na kolacji poznała Marcella Mastroianniego. Zagrali w filmie „To zdarza się tylko innym” o małżeństwie, które traci dziecko. Reżyserka Nadine Trintignant kręciła historię ze swojego życia, chciała, żeby aktorzy byli naprawdę wyczerpani. Zamknęła ich i kilka osób z ekipy na cztery dni w mieszkaniu. Pisano, że Catherine i Marcello byli w tym filmie „przejmująco prawdziwi”. Z planu zeszli zakochani, zamieszkali w Paryżu, Deneuve urodziła córkę Chiarę.

Jeszcze w ciąży, w 1971 r., podpisała słynny manifest 343 artystek i intelektualistek, jako głos w toczącej się wtedy we Francji dyskusji o aborcji: „Jest nielegalna i wiele zabiegów przeprowadza się w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia. Na temat tych milionów kobiet panuje zmowa milczenia. Oświadczam, że poddałam się aborcji. Żądam prawa do niej”. Pierwszy raz podpisała podobną petycję. „Nie uważam tego za akt odwagi, dla mnie to kwestia uczciwości. Każdy powinien mieć prawo do swobodnego kierowania swoim życiem”, tłumaczyła. Po czterech latach rozstała się z Mastroiannim, załamana, bo nie przestała marzyć o prawdziwej rodzinie. 

 

To tylko próba generalna

Bycie gwiazdą niezbyt się jej podobało. „To ciężar, który krępuje ruchy. Bierzemy udział w swoistej grze, zaczyna się celebra. Trzeba uważać i zachować umiar”, mówiła. Czterdzieste urodziny obchodziła u boku dziennikarza Pierre’a Lescure’a, współzałożyciela Canal+. Kręciła filmy lepsze i gorsze, Francuzi niezmiennie w plebiscytach wskazywali ją jako najbardziej lubianą aktorkę. Ale czuła niedosyt: „Okres między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia jest dla aktorki bardzo trudny. Początkowo można jeszcze grać kochanki, które nie są podstarzałe, a potem nagle zostają tylko role sześćdziesięciolatek”, powiedziała. Niedługo przed 50. urodzinami zagrała w „Indochinach” i dostała nominację do Oscara.

Dwa lata później odniosła kolejny sukces, tym razem muzyczny. Piosenka „Paris, Paris”, którą nagrała z Malcolmem McLarenem, byłym menedżerem zespołu Sex Pistols, stała się międzynarodowym hitem. Gdy dobiegała sześćdziesiątki, znowu zrobiła furorę – w filmie „8 kobiet”. Jego reżyser François Ozon powiedział: „Gaby jest zwykłą dziwką, ale Catherine zagrała z dużą dozą czułości dla swojej postaci. I genialnie zaśpiewała piosenkę, jakby puszczała oko do bohaterki oraz widzów”. W styczniu zobaczymy 72-letnią Deneuve w komedii „Zupełnie Nowy Testament”, gra jedną z apostołek Boga, który zamieszkał z rodziną w Brukseli… 

 

Niewiele aktorek ma podobną charyzmę i jednocześnie tak duży dystans do siebie: „Sądząc po liczbie chirurgów w Paryżu, którzy twierdzą, że mnie operowali, powinnam wyglądać jak narzeczona Frankensteina. Uważam, że jest lepsza broń do walki z czasem niż skalpel: inteligencja”. Właśnie mija 60 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na ekranie.

Francuzi nazywają ją Katarzyną Wielką, a ona wciąż powtarza, że nie uważa się za gwiazdę, po prostu wykonuje swój zawód: „Jestem jak puzzle, z których każdy reżyser może sobie ułożyć inny wzór, choć muszę przyznać, że długość mojej kariery budzi we mnie lęk. Ale czasami myślę, że jak już nadejdzie ostatni dzień, powiem: zaczekajcie, dopiero teraz wiem, o co chodzi, a wszystko, co wydarzyło się do tej pory, było tylko wielką próbą generalną”.

Mówi, że nie ma żalu do żadnego z mężczyzn, których kochała, wszyscy byli wyjątkowi i niezastąpieni. I że już za późno, żeby stała się poważną damą: „Nigdy nie udawałam, nie stwarzałam pozorów. Żyłam tak, jak chciałam. Jeśli naprawdę mam na coś ochotę, nic nie zdoła mnie powstrzymać i gwiżdżę na to, co pomyślą inni”. Cały czas jest bardzo aktywna, kręci filmy, dużo podróżuje. Jednego dnia jest w Stanach, drugiego w Cannes. „To mój sposób, żeby nie dać się melancholii”, tłumaczy.