GALA: Tworzysz nowe światy, tak?

CEZARY PAZURA: We wrześniu dostałem promesę, żeby robić „Sztos 2”. A „Weekend” to mój debiut reżyserski. Tymi dwiema produkcjami zajmuje się moja fi rma. Cezar 10 się nazywa. Nie wiem, dlaczego tak... A jak miałem ją nazwać? Nazwa nie jest ważna. Pomidor zawsze będzie pomidorem. Mam już swoje biuro przy Chełmskiej w Wytwórni Filmów. Piętro niżej niż dyrekcja, więc, wiesz, skromnie (śmiech). Nieee, no jest fajnie. Fajnie jest, nooo. W tej chwili strasznie podnieca mnie praca, a gdy każdemu po kolei opowiadam ideę tego fi lmu, to wszyscy twierdzą, że to będzie zajebiste kino, więc nie jest nerwowo. Tak twierdzą...

GALA: Ty też sądzisz, że to zajebiste kino?

CEZARY PAZURA: Ja wiem tylko jedno. To będzie dobra rozrywka. Jeśli ktoś wyda te pieniądze na bilet, powie, że mu się podobało albo nie, ale nie będzie żałował.

GALA: Jesteś wielkodusznym dyrygentem filmowej orkiestry, czy panem dyktatorem?

CEZARY PAZURA: Ja po prostu wiem, co chcę zrobić. Wszystko dokładnie widzę: tło, rytm, kolor. Nawet sam robię im efekty dźwiękowe. Tego się chyba później nie da napisać, ale posłuchaj: Śśśśśś, tatam, szu szu szu, uczu uczuczczu. Chodzę, gram, pokazuję sobą, wyciągam pistolety, czytam dialogi z podziałem na role, np. trzy naraz. Jestem wariatem. I oni od razu widzą film, rozumiesz? Dostałem już też parę miłych recenzji od inwestorów. No, tak: „Nie wiemy, co z tego wyjdzie, ale jest pan dobrym sprzedawcą” (śmiech).

GALA: Ile kosztuje Twój towar?

CEZARY PAZURA: 6,5 miliona złotych. To gigantyczne pieniądze. Nie miałem pojęcia, ile jest tych wszystkich elementów. Efekty specjalne zrobione przez facetów, którzy pracowali przy filmie „Casino Royale” (tylko na dwa z nich wystarczyło nam pieniędzy), dźwięk, wizual, kaskaderka, preprodukcja. Zagram też chyba w jednej scenie pewnego nieprzyjemnego typa, którego zbiją i złamią mu rękę. Tak sobie myślę, że jak podpadnę ekipie, to zrobią to naprawdę! Będę produkował i grał. I jest to możliwe, bo nie ma tu konfliktu interesów, oprócz tego, że... będę poganiał kolegów, bo już taki jestem. Szkoda pieniędzy. Wolę system wynagrodzeń, w którym motywacją jest krótszy dzień zdjęciowy, a nie dłuższy. Nie, nie, nie. Ja nie lubię tzw. „międzyczasów”.

GALA: Zawsze taki byłeś?

CEZARY PAZURA: Nauczyłem się tego w liceum w Tomaszowie Mazowieckim. Miałem tam profesora Bińczyka, który mawiał: „Zapełniamy »międzyczasy« – jak gramy w piłkę, to między zagraniami robimy jeszcze jakieś ćwiczenia”. Teraz przy filmie mamy nabity harmonogram, musimy być sprawni i solidarni, mamy dużo lokacji, a zdjęcia są piekielnie skomplikowane, bo to film akcji. A scenariusza to ja już ci nie opowiem, nie. To tak, jakby chcieć opowiedzieć „Przekręt” albo „Pulp Fiction”. Jest stworzona nowa jakość. Chciałbym, żeby po moim filmie chłopaki stylizowali się na Małacha, jak kiedyś na Lindę z „Psów”. Sorry, ale coś mi się przypomniało. Muszę zadzwonić teraz do Wilczaka, bo zapomnę. Tylko na chwilę. (Dzwoni).

GALA: W filmie zatrudniasz zatem przyjaciół?

CEZARY PAZURA: Tylko przyjaciół i superprofesjonalistów. Nie ma przypadku. To mój debiut, więc chciałbym, żeby wszystkie elementy były mocne. Tak naprawdę to my już wszystko wiemy. Mamy ten film w głowie, widzimy go teraz, tutaj. Trzeba jeszcze tylko przejść ten najcięższy, konieczny (powtarzam: konieczny) okres, stanąć i powiedzieć: „Kamera, akcja”.

GALA: Dlaczego Ty to w ogóle robisz?

CEZARY PAZURA: Wielokrotnie pytano mnie, czy nie chcę stanąć po drugiej stronie kamery. Zawsze mówiłem: „Nieee”. Kiedyś jednak robiłem serial „Faceci do wzięcia”, gdzie partię odcinków reżyserował Olaf, który zachorował. No i teraz co? No to mówię w końcu: „Trudno, ja przynajmniej wiem, o co chodzi w tym filmie”, bo byłem współproducentem. Drugim przypadkiem był moment, gdy obiecałem Piotrkowi Matwiejczykowi, że jeśli wygra festiwal offowy w Gdyni, to dam mu pieniądze na film. Tak powstał „Wstyd”, którym wygraliśmy później Erę Nowe Horyzonty. I wtedy stała się rzecz przedziwna... Poszła fama, że Pazura zwariował i rozdaje forsę. Zostałem zasypany scenariuszami. Miałem ich w domu... wyżej niż lamperia.

GALA: Prawie do pawlacza?

 

CEZARY PAZURA: Tak. Obiecałem sobie, że będę je czytał przed snem. I miałem jeszcze zasadę – jeśli zasypiałem przy jakimś, to już do niego nie wracałem. Kiedyś o pierwszej w nocy wziąłem scenariusz Leszka Kaźmierczaka. Tytuł: „Weekend”. Zobaczyłem fajną zabawę formą, znalazłem wszystkie gatunki gangsterki, jakie kiedykolwiek widziałem, nową jakość, bo to jest rodzaj komedii, ale tam naprawdę strzelają! Chciałbym, żeby ten fi lm był rodzajem baśni, opowieści z morałem, żebyśmy wiedzieli, że wszystko to jest kino. Nie lubię takich werystycznych, brudno prawdziwych filmów. To mnie przeraża, jak wychodzę z kina i się boję! Serio. U mnie ludzie mają się dobrze bawić. Tarantino ma na to dobry sposób: żeby nie wiem, ile krwi się lało, to i tak zawsze wiemy, że jest to konwencja i zabawa w jakąś formę. Jak „Bękarty wojny” – zabierają nas w podróż do drugiej wojny światowej i sprzedają kompletny kit. W ogóle nie było takich sytuacji, ale wszystko się zgadza, tak? I u mnie też tak będzie, że wszystko gra, ale taka historia nie ma prawa się zdarzyć. Dlatego nazywam ten film filmem chuligańskim. Fajni chłopcy, ładne dziewczyny, ale... kobiety w moim filmie będą też głębokie... Chodzi o psychikę. Oprócz kasy będą leciały na coś innego.

GALA: Na?

CEZARY PAZURA: Prawdziwego faceta.

GALA: Kto to jest prawdziwy facet?

CEZARY PAZURA: W filmie – Małaszyński. Na nim dobrze leży garnitur. Przystojny, tajemniczy, małomówny, nie tak jak ja – gaduła. Potrafi świetnie się bić i kapitalnie strzelać, jest bezwzględny dla przeciwników w gangsterskich porachunkach, a dla kobiety traci serce, jest subtelny, trzyma pamiątki po niej. I nawet jak jej nie ma dwa lata, to on nie dotknie żadnej innej. Przez ten czas (śmiech). Jednak takich nie ma w prawdziwym świecie... W „Weekendzie” pojawi się też mój kolega z roku Piotrek Siejka. Zagra szefa, dużą rolę, bo to olbrzymi facet. Będzie Jan Frycz i Paweł Wilczak – mistrzowie świata. I to jest dla tej damskiej strony, a dla męskiej? Będzie przepiękna kobieta, której wciąż poszukujemy. Mam usta zamknięte pieczęcią tajemnicy... Ale tyle mogę powiedzieć – jestem w kontakcie z Alicją Bachledą-Curuś, która już przeczytała najnowszą wersję scenariusza. Jestem zachwycony Martą Żmudą, Olgą Bołądź, Magdaleną Boczarską, Anią Kwintą, która studiowała aktorstwo sama dla siebie i nigdy nie grała.

GALA: No dobrze, a życie jak reżyserujesz?

CEZARY PAZURA: Życia się nie reżyseruje, przecież wiesz. Siedzę w domu, parę minut samochodem od mojego biura. Nie, rzeczywiście może masz rację, że ja zacząłem trochę reżyserować życie? Zatrudniłem rzecznika prasowego, który śledzi to, co się dzieje w prasie wokół mnie i mojej rodziny oraz ma wiedzę, którą ja daję i moje zielone światło, żeby dementować i prostować nieprawdziwe wiadomości. Tylko tyle i aż tyle. Będę dochodził swoich spraw. Miałem już dość kłamliwych komentarzy w gazetach na swój temat (czas mojego ślubu i narodziny Amelki to było piekło, piekło, mówię ci), próbowałem walczyć na różne sposoby, procesowałem się. Jako prezes Stowarzyszenia Aktorów Filmowych i Telewizyjnych, wspólnie m.in. z Andrzejem Grabowskim podjąłem kolejną próbę walki z tabloidyzacją życia w ogóle. Już nie tylko naszego, ale też naszych dzieci w przyszłości. Inaczej one nas znienawidzą. Cel? Uświadomić ludziom, że wedle polskiego prawa my nie jesteśmy osobami „publicznymi”, ale „powszechnie znanymi”. Osoby publiczne to tylko politycy, wybrani w publicznych wyborach na urzędy publiczne. O mnie, o tobie nie wolno pisać bez naszej zgody. Kropka. Jeżeli ja chcę z tobą rozmawiać, to jestem tutaj. Siedzimy, pijemy razem kawę. Chcę wreszcie poczuć, że mam do czegoś prawo, a przede wszystkim do swojej prywatności. Ostatnio ktoś mnie zapytał, jak długo będę to robił. Do śmierci. Nie mam wyjścia. Przykład z ostatnich dni. Zadzwoniła do mnie pani i mówi: „Wie pan co, ja chciałam z panem zrobić wywiad”. „Ale ja procesuję się z pani gazetą”– mówię. Następnego dnia w tejże gazecie ukazał się tekst, że się kończę i nic mi się nie układa. Od miesięcy nie udzieliłem wywiadu, ale ciągle gdzieś był ze mną wywiad. To paranoja.

GALA: Chciałbyś, żeby co Amelka po Tobie odziedziczyła?

CEZARY PAZURA: Naiwność. Jednak. Trzecia żona, a ja wciąż podchodzę do tego wszystkiego po raz pierwszy. Uważam zresztą, że skrzywdziłbym Edytkę, gdybym zbliżał się do niej z bagażem moich poprzednich związków. To dziewczyna absolutnie świeża, na początku drogi. W duchu nazwałem ją diamentem. Parę sznytów i to będzie brylant wspaniały – sama zobaczysz. Poczułem w niej dobrego człowieka, cudowną kobietę i zajebistą matkę. Dopiero teraz rozumiem, co to znaczy kontakt matka–dziecko. Na przykład mnie Mała marudzi, a kiedy Edyta coś jej szepnie, zrobi minę i jest spokój. One są zrośnięte ze sobą. Edytka zresztą nadal karmi ją piersią. Ja też mam silną więź z matką, a jestem 47-latkiem. Złośliwi mówią, że do dziś nie odciąłem pępowiny. A co dopiero takie malutkie dziecko! Nie wiedziałem, że Edyta aż tak dobrze poradzi sobie z tym wszystkim. Zasuwa jak motorek, kończy studia w tym roku, robi licencjat i myśli o następnym kierunku. Razem z Małą jeździ do Krakowa. Zawsze tymi samymi pociągami. Już mamy je obcykane, wiemy, gdzie się zatrzymuje nasz wagon. Wszystko idzie nam tak zręcznie! Amelka zresztą uwielbia pociągi.

GALA: W końcu poznaliście się z Edytą w pociągu. To naturalna kolej rzeczy...

CEZARY PAZURA: Amelka lubi też samochody, ale nienawidzi sygnalizacji. Od razu się budzi i wyraża niezadowolenie, więc samochód musi być w ruchu. Jeśli zatrzymujemy się na stacji benzynowej, żeby coś kupić, to jedno z nas idzie, a drugie jeździ wokół stacji, żeby Mała się nie obudziła. Nie daj Boże się zatrzymać! Ale ja też tak miałem w dzieciństwie. Wsiadałem i od razu spałem. Nawet w autobusie, który jechał 10 minut, bo ja przecież całe życie dojeżdżałem. A teraz moje dziecko dojeżdża do szkoły swojej matki. To jakaś zemsta po latach (śmiech).

GALA: Jak się ma Twoja starsza córka Nastka?

 

CEZARY PAZURA: Nastka studiuje w Anglii art design. Teraz przez trzy miesiące nie była w Polsce, po raz pierwszy aż tak długo. Widzieliśmy się, gdy byłem w Irlandii, wtedy doleciała do Dublina, gdzie występowałem. A tak na ogół gadamy przez telefon i internet. Ale gdy ma przyjechać, wszyscy to bardzo przeżywają, jej pokój czeka wysprzątany. Przywiezie pewnie znowu walizkę brudów do prania, trzeba będzie się złapać za głowę i powiedzieć z westchnieniem: „Dziecko...” (śmiech). Chociaż ja w jej wieku byłem jeszcze gorszy. Byłem samodzielny, prałem w rękach, co mogłem, a resztę? Do domu, do mamy. Wysyłam Nastce przez cały czas zdjęcia Amelki, bo jest strasznie jej ciekawa. A Amelka? Ma charakter: spokojna, ale energetyczna. I wiesz co? Ona nie marudzi, tylko oświadcza. Trzeba tylko zgadnąć, co chce. Ona nie ma w sobie złości. Jest pogodnym, szczęśliwym dzieckiem. Jak ją dopadam, to tak ją zawsze wycałuję, że potem jest cała w śladach (śmiech). Czasem ma mnie dosyć i wtedy jej daruję. Ale ostrzegam, że jeszcze po kąpieli będzie kolejna seria całusów. Słuchaj, ja się specjalnie codziennie golę, żeby jej nie kłuć. Żeby dała mi się więcej całować. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Nic mnie nie interesuje, żyję z dnia na dzień. Wczoraj Edytka mówi: „Popatrz”. Daje Amelce butelkę z piciem, a Mała sama ją trzyma. I wkłada do buzi. „Czemu mi nie powiedziałaś?” – pytam. „Bo to stało się wczoraj. Spóźniłeś się jeden dzień”. Szybko więc biegnę po kamerę. Tak samo było z łyżeczką. A w ogóle skąd to dziecko wie, że ma złapać butelkę i włożyć do ust? To jest niesamowite. Niesamowite, rozumiesz? Myślę też, że Amelka wcześnie zacznie mówić. Czasem jestem tym przerażony i dzwonię do pani doktor, że Amelka skrzeczy. Martwię się. A ona mówi: „Nie, dziecko kształtuje krtań”.

GALA: Czyli niczego Ci już w życiu nie brakuje?

CEZARY PAZURA: Tylko jednego. Gwarancji, której nigdy nikt mi w życiu nie da. Że to, co człowiek sobie wypracował, zostanie na zawsze. Że będzie tak, jak jest. Że będziemy zdrowi, że Edysia będzie wciąż taka szczęśliwa, a Amelka będzie się tak dobrze rozwijać. Każdego dnia mówię: „W dupie tam, jakie będzie miała oceny, byle była zdrowa”.

GALA: Ale jakby tak, wiesz, przy okazji miała dobre... ...

CEZARY PAZURA: a niech tylko przyniesie złe! To pogadamy inaczej (śmiech). Kurde, jak kupujesz radio czy frytkownicę, to zawsze masz gwarancję na ileś miesięcy. Jak się zepsuje, dostajesz nowe. A na życie gwarancji nie dostaniesz. Mimo że codziennie dziękujesz Bogu za to, że jest dobrze.