- Nie nazywam się Alicja, ale będę szukała Krainy Czarów - śpiewa Lady Gaga w utworze otwierającym właściwą część płyty "Chromatica". Ta bajkowa metafora niemal idealnie podsumowuje przesłanie jej kolejnego muzycznego dziecka, które po dość długo przenoszonej ciąży, w końcu przyszło na świat. Nowy album artystki miał się pierwotnie ukazać 10 kwietnia, ale ostatecznie z powodu szalejącej pandemii koronawirusa, jego oficjalna premiera odbyła się dopiero 29 maja. Czy warto było na to czekać?

W warstwie lirycznej Lady Gaga odbywa na nim podróż w głąb siebie w poszukiwaniu oczyszczenia i uzdrowienia. To jednak nie jest krążek dla tych, którzy pokochali ją dopiero jako emocjonalną oraz odartą z cekinów, brokatu i kolorowych piór Ally z oscarowych "Narodzin gwiazdy". Na swoim szóstym studyjnym krążku Mother Monster składa hołd muzyce pop i dance z przełomu lat 80. i 90 oraz... swojej własnej twórczości z początków kariery.

Recenzja nowej płyty Lady Gagi - "Chromatica"

Lady Gaga stworzyła album, na który jej fani czekali ładnych parę lat. Po nieco eksperymentalnym i niezbyt dobrze zrozumianym "ARTPOP", jazzowym "Cheek To Cheek" z Tonym Bennettem, sentymentalnym "Joanne" i przepełnionym balladami soundtracku do "A Star Is Born", Stefani Germanotta zdecydowała się powrócić do swoich tanecznych korzeni z czasów ery "The Fame" i "The Fame Monster". Słychać to bardzo wyraźnie w eksplorującym temat wyzwolenia się z traumy bycia ofiarą przemocy seksualnej "Free Woman", opowiadającym o problemach psychicznych "911" i szczerym do bólu wyznaniu na temat życia w świetle fleszy "Plastic Doll".

Muzyczne podróże do przeszłości Gaga zaserwowała nam także w kończącym tracklistę "Babylon", który jednak może się okazać koronnym argumentem dla tych, którzy twierdzą, że twórczość Gagi w dużej mierze opiera się na reinterpretacji dokonań Madonny sprzed paru dekad. Piosenka niestety aż nadto nasuwa skojarzenia z kultowym "Vogue" z 1990 roku. Na tym tle mocno zyskuje wybrane na pierwszy singel "Stupid Love", w którym Gaga wraz producentami BloodPopem i Tchami choć starała się zbadać nowe muzyczne rewiry.

Przeskok o kolejne dekady w muzyce następuje też w niestety dość rozczarowującym "Sour Candy" z południowokoreańskim girlsbandem Blackpink. Ten singiel najprawdopodobniej robiłby o wiele lepsze wrażenie, gdy nie fakt, że niemal identyczny beat można było usłyszeć już w co najmniej kilku hitach z lat 2017-2018, od "Swish Swish" Katy Perry po... "Tamagotchi" w wykonaniu polskich raperów Quebonafide i Taco Hemingwaya.

Skoro już mowa o duetach, to muszę przyznać, że pozostałe dwie kooperacje wyszły Gadze rewelacyjnie. Singlowe "Rain On Me" z Arianą Grande o terapeutycznej mocy płaczu i odurzaniu się alkoholem z pewnością już minutę po premierze królowałoby na parkietach wszystkich klubów gejowskich na całym świecie, gdyby tylko nie były one teraz zamknięte z powodu COVID-19.

Z kolei "Sine From Above" z sir Eltonem Johnem to moim zdaniem absolutnie jeden z najmocniejszych momentów całej płyty. Gdyby więcej utworów na tym albumie było tak ciekawych, nieoczywistych i poszukujących nowych rozwiązań, "Chromatica" byłaby bezapelacyjnie najlepszym albumem w dotychczasowej dyskografii Lady Gagi. Tymczasem gwiazda dostarczyła nam po prostu kawał porządnego dance'u, który dzięki energicznemu tempu oraz nieprzepraszających i niezwykle intymnych tekstach pomoże nam przetrwać depresyjny okres domowej i społecznej izolacji.

Ocena końcowa: 7/10