Jak sam przyznaje, mało pamięta z czasów, gdy romansował z Demi Moore i Britney Spears. Był wtedy notorycznie pijany. Prosty chłopak z Irlandii, syn drugoligowego piłkarza, zwrócił na siebie uwagę Hollywood rolą w filmie „Kraina Tygrysów” Joela Schumachera. Zachwycił się nim Kevin Spacey, uznając Colina za jednego z najlepszych, najbardziej charyzmatycznych aktorów młodego pokolenia. Przedstawił go na bankiecie w Los Angeles Stevenowi Spielbergowi i tak Colin dostał rolę w „Raporcie mniejszości” u boku Toma Cruise’a. „Pierwszym filmem, jaki kiedykolwiek widziałem w kinie, był »E.T.«, a największym bohaterem mojego dzieciństwa – Indiana Jones. Możliwość pracy pod kierunkiem takiego reżysera to było spełnienie wszystkich marzeń” – mówi dziś Colin Farrell.

Nagła sława i przypływ dużej gotówki przewróciły mu w głowie. Zaczął imprezować. Opamiętał się po roli w „Miami Vice”. Poszedł na odwyk, potem na kolejny… Dziś twierdzi, że problemy z używkami ma już za sobą. W 2003 roku z przelotnego związku z modelką Kim Bordenave urodził się pierwszy syn Colina – James. Okazało się, że choruje na syndrom Angelmana, czyli ma wadę genetyczną powodującą opóźnienie w rozwoju fizycznym i umysłowym. Farrell ukrywał przed światem chorobę syna. Dopiero w 2007 roku, gdy zobaczył w telewizji relację z paraolimpiady w Szanghaju, postanowił przerwać milczenie. Teraz James ma dziesięć lat i stały kontakt z kochającym ojcem. Odkąd w 2009 roku Colinowi urodził się drugi syn – z relacji z Alicją Bachledą-Curuś – choć nie jest już związany z gwiazdą, sumiennie i z wielkim zaangażowaniem spełnia swoje ojcowskie obowiązki.

W „Ratując pana Banksa” grasz ojcaalkoholika. Co czułeś, czytając scenariusz przypominający najgorsze chwile w Twoim życiu?

To był najbardziej poruszający tekst, jaki przeczytałem od piętnastu lat, czyli od chwili, gdy zacząłem zajmować się filmem na poważnie. Tym, co zwróciło moją uwagę, był sposób przedstawiania postaci. Bracia Shermanowie czy Pamela Travers to genialnie zarysowane role. Moja postać, Travers Goff, jest niesłychanie złożona – to poeta, lekkoduch, ojciec zmagający się ze swoimi demonami i nieświadomie wpływający na życie córki, przyszłej autorki „Mary Poppins”.

To dla Anglosasów kultowa książka. Czytałeś ją w dzieciństwie?

Wychowywałem się w Irlandii, w rodzinie, w której prędzej rozmawiało się o sporcie niż o literaturze. A już na pewno nie o książkach dla dziewczyn. Teraz, gdy po nią sięgnąłem, uderzył mnie kalejdoskop emocji: zmysłowość, kruchość postaci, humor i tragizm, fantastyczne dialogi i historia, która porusza.

„Ratując pana Banksa” to film o relacji ojca z dzieckiem. Jak wspominasz swoje relacje z ojcem?

Mój tata był piłkarzem. Jeśli w ogóle się mną zajmował, to popołudniami kopaliśmy piłkę przed domem. Nie przypominam sobie, żebyśmy ze sobą rozmawiali. O wiele mocniej byłem związany z matką. Tak to już chyba jest. Córki są zapatrzone w ojców, a dla syna wzorem kobiety będzie zawsze matka. Relacje rodzicielskie są najsilniejsze, najpiękniejsze, ale i potencjalnie najbardziej niebezpieczne. Dlatego trzeba uważać, żeby tu czegoś nie schrzanić. Miłość dziecka jest bezgraniczna, ale może też być bardzo bolesna. Ważny bohater „Ratując pana Banksa”, Walt Disney, był gotowy poświęcić wszystko dla córek. Autorka „Marry Poppins” cierpiała, bo nie mogła zrozumieć swojego ojca. Miłość Disneya dawała mu siłę i determinację, by walczyć przez dwadzieścia lat o prawa do ekranizacji „Mary Poppins”, ulubionej książki jego dzieci. A Pamela Travers, która ją napisała, miała tak bolesne wspomnienia, że w dorosłym życiu nigdy nie wróciła do rodzinnej Australii. Nigdy też nie wspominała swojego ojca. Starała się wyprzeć go z pamięci, ale do końca życia nie uporała się z duchami przeszłości.

Lubisz chować się za postacią, którą grasz?

Oczywiście. Aktorstwo daje mi taką możliwość. Wejście w cudzą skórę, emocje, życiowe historie... Po to zostałem aktorem, żeby móc przeżywać życie według kilku scenariuszy.

A prywatnie jakim jesteś ojcem?

Nie wiem, jakim ojcem jestem w oczach moich dzieci. Wiem, jakim staram się być – obecnym i czułym. Może nawet trochę nadopiekuńczym. W miarę moich możliwości chcę uczestniczyć w życiu i wychowaniu moich synów. Cieszę się, że zarówno mama Jamesa – Kim, jak i Alicja, z którą mam Henry’ego, mieszkają niedaleko mnie, w Los Angeles. Pracuję zazwyczaj nad dwoma filmami w roku. A mam nadzieję, że ze względu na synów uda mi się tę liczbę jeszcze ograniczyć.

Nie lubisz swojej pracy?

Uwielbiam ją, ale poza pracą jest jeszcze życie, które ucieka przez palce. Jeden film rocznie powinien mi wystarczyć. Resztę czasu mógłbym przeznaczyć dla dzieci. Na razie tak układam sobie zdjęcia, by mieć w roku dwa razy po trzy–cztery miesiące na życie w Los Angeles.

Czyli sześć–osiem miesięcy jesteś w tym samym mieście, co synowie. To wystarczy?

Nie mieszkam z nimi. Nie jestem już ani z Kim, ani z Alicją. Ale założę się, że spędzam więcej czasu z synami niż niejeden ojciec, który pracuje na etacie od dziewiątej do siedemnastej, a potem wraca do domu i zaczyna się zastanawiać, gdzie są jego dzieci. Ja przez te pół roku poświęcam synom cały swój czas. Wożę ich na zajęcia do szkoły i przedszkola, odrabiam z nimi lekcje, zabieram na wycieczki. A przede wszystkim dużo z nimi rozmawiam.

O czym?

O zwyczajnych sprawach. Dwa dni temu w Los Angeles odrabiałem z Jamesem lekcje z matematyki. On cierpi na syndrom Angelmana, więc wymaga znacznie więcej miłości i troski.

 

Jak wiele z Ciebie znajdziemy w ojcu autorki „Mary Poppins”?

Mam nadzieję, że niewiele. Mieliśmy kompletnie inne życiorysy, inne podejście do życia, rodziny, dzieci. Chyba że…

Zamilkłeś...

Chyba że chodzi o demony, które gryzły jego duszę. Ja też musiałem walczyć, żeby nie stracić szacunku do siebie i nie zawieść swoich dzieci.

To takie ważne?

Strach i wstyd, że zawiedzie się swoje dzieci, jest chyba najsilniejszym uczuciem, jakie popycha mężczyzn do działania. Mam nadzieję, że moi synowie zawsze czuli się kochani. Choćbym nie wiem, co robił i gdzie był, oni mają tę żelazną pewność, że kocham ich bezwarunkowo. I że to się nigdy nie zmieni.

Dzieci zawsze w to wierzą. Nawet jeśli rodzice na to nie zasługują.

Dlatego tak łatwo się obwiniają o błędy rodziców, jeśli cokolwiek złego dzieje się w rodzinie: przemoc, zdrady, alkohol… Pierwszą myślą dziecka będzie: „to przeze mnie”. Gdy to zrozumiałem, moje serce rozpadło się na kawałki. To potwornie smutne.

Co czuje ojciec, który pije?

Samotność. Gdy byłem uzależniony od alkoholu, poznałem wszystkie odcienie wstydu, lęku, desperacji i głębokiej melancholii.

Trudno było się z tego wyrwać?

W moim przypadku bardzo trudno. Bo paradoksalnie w tym samym czasie odnosiłem spore sukcesy zawodowe. Bałem się powiedzieć sobie „stop!”, ponieważ każdy dzień i każda pozytywna opinia o mnie, czy to notka w prasie, czy pochwała na przyjęciu, utwierdzała mnie w tym, że idę właściwą drogą. Może łatwiej by mi było, gdybym nie wracał do pięknego domu i nie miał na koncie dużych pieniędzy, tylko stoczył się i zamieszkał na ulicy. To by mnie może wcześniej otrzeźwiło.

A kiedy przyszedł ten zimny prysznic?

To naprawdę smutne, jak wielu ojców pije i stacza się na dno, porzucając swoje dzieci i unieszczęśliwiając całe rodziny. Ale to nie była moja historia. Kiedy ktoś mnie ostrzegał, mówiąc: „skończ z piciem, bo będzie źle!”, zaśmiałem mu się w twarz, bo wtedy moje życie było pełne miłości i ciepła. Chociaż piłem coraz ostrzej... Byłem na tej samej równi pochyłej, co bohater, którego gram w „Ratując pana Banksa”, ale z własnego doświadczenia wiem, że to nie musi się wcale tak skończyć, jak w filmie. Jest droga ucieczki. Jednak w 1907 roku Travers nie miał w Australii żadnych szans. Nie było wtedy żadnych grup wsparcia, a alkoholizmu nie traktowano jako choroby, co najwyżej niewielką skazę charakteru.

To jak się udało Panu z tym skończyć?

Gdy zorientowałem się, co się ze mną dzieje, wpadłem w panikę i zacząłem czytać książki o uzależnieniach, jedną po drugiej, i poradniki przeznaczone dla takich jak ja – alkoholików, którzy chcą się wyrwać z zaklętego kręgu picia. Miałem też szczęście, że wokół siebie znalazłem życzliwych ludzi, którzy mi bardzo pomogli. Travers nie miał tyle szczęścia. Mam nadzieję, że ten film pomoże jakiemuś pijącemu ojcu spojrzeć na swoje życie trzeźwo i zdecydować, żeby dla dobra dzieci skończyć z czymś, co zabija i jego, i całą rodzinę.