Wchodzę do apartamentu hotelu Bristol i w pierwszej chwili cofam się speszony.Piękna, seksowna dziewczyna z burzą ciemnych loków, ubrana jedynie w męską koszulę całuje się namiętnie z wysokim przystojniakiem. „Wchodź! Zaraz kończymy...” – pogania mnie producentka sesji zdjęciowej stojąca obok splecionej w uścisku pary. Dopiero teraz dostrzegam fotografa, oświetleniowców, specjalistów od makijażu, stylistkę... No tak, jestem na planie sesji zdjęciowej do „Gali”. Oprócz gwiazdorskiej pary jest tu cały sztab ludzi. Tylko wciąż nie wiem, czy Dagmara i Patrick pozują, czy właśnie wykorzystują krótką chwilę przerwy przed kolejnym ujęciem?

Oba scenariusze są prawdopodobne. Od ośmiu lat Dag i Pat są nierozłączni. Pobrali się po zaledwie kilku miesiącach znajomości, choć krążyli przez wiele lat po wspólnych orbitach. Kończyli ten sam uniwersytet, oboje zajmowali się aktorstwem, grywali w nowojorskich teatrach i kasowych filmach. O Dagmarze, Polce wychowanej w Stanach Zjednoczonych, zrobiło się głośno w 2002 roku, po roli w ekranizacji powieści Aleksandra Dumasa „Hrabia Monte Christo”. Patrick Wilson podbił serca publiczności rolą Raoula, wicehrabiego de Chagny, w hollywoodzkiej wersji hitowego musicalu Andrew Lloyda Webbera „Upiór w operze”. A w zeszłym roku widzieliśmy go w „Prometeuszu”, dramacie science fiction Ridleya Scotta. Do Polski przyjechali na zaproszenie Władysława Pasikowskiego, by zagrać w filmie „Jack Strong”. Aktorska para pierwszy raz ma okazję wystąpić na ekranie razem. I widać, że sprawia im to ogromną radość. Ale Dagmara, córka legendarnego działacza Solidarności Mirosława Domińczyka, miała jeszcze zrozumiałe, całkiem osobiste powody, by wystąpić w filmie opartym na biografii bohatera antykomunistycznej opozycji z czasów PRL, pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. A Patrick, Amerykanin z krwi i kości, jest dumny z tego, że film opowie historię, którą jego rodacy powinni koniecznie poznać.

Dagmaro, gra Pani po raz pierwszy w polskimfilmie i od razu trafiła na temat, który jest jej bardzo bliski. Patrick wiedział, jak się Pani znalazła w Stanach Zjednoczonych?

Dagmara Domińczyk:Oczywiście, że tak. Zawsze, jak kogoś poznawałam, od razu mówiłam o swoim ojcu, który był działaczem Solidarności. I opowiadałam naszą historię: jak tata został deportowany z Polski w stanie wojennym, jak przez Niemcy trafiliśmy do Nowego Jorku. Dla Amerykanów to fascynująca opowieść.

Patricku, zanim poznał Pan Dagmarę, to...

Patrick Wilson:Nie wiedziałem o Polsce prawie nic. Ale z tym większą ciekawością tu przyjechałem. I w ciągu ośmiu lat byliśmy tu już pięć razy. W zeszłym roku wynajęliśmy samochód i zjechaliśmy kraj z góry na dół. Bardzo mi się tu podoba i nie rozumiem, dlaczego wszyscy w Polsce dziwią się, jak mówię, że Kielce – gdzie mieszkają krewni Dagi – wydają mi się niezwykle stare i interesujące.

To była miłość od pierwszego wejrzenia?

Patrick: Dag od razu mi się spodobała. Chodziliśmy razem do szkoły. Nie znałem jej dobrze, ale bardzo chciałem, żeby poszła ze mną na randkę. Namówienie jej zajęło mi jednak aż 10 lat...

Dagmara: Patrick twierdzi, że próbował się ze mną umówić w college’u, ale ja tego nie pamiętam. Za to pamiętam dobrze, jak go oglądałam w szkolnym przedstawieniu. Wszystkim dziewczynom się podobał. 10 lat później on grał w musicalu na Broadwayu, a ja też pracowałam w teatrze. Nasz wspólny profesor napisał mi, że robi przyjęcie dla klasy, która właśnie kończy szkołę. A imprezę organizuje Patrick Wilson. I byłoby miło, gdybym przyszła. Wtedy spotkaliśmy się na przyjęciu i już zostaliśmy razem. To była miłość od... drugiego wejrzenia.

Co Was połączyło?

Dagmara: Przeciwieństwa. Ja jestem niespokojną duszą. Łatwo się zapalam, bywam spontaniczna i bezpośrednia. Patrick jest stonowany, spokojny, bardzo rzetelny i pewny tego, co robi. Nasi synowie są odbiciem rodziców. (Dagmara wyciąga zdjęcia z portfela, pokazuje synów). Popatrz. To starszy, siedmioletni Kalin. Jest taki jak Patrick – spokojny, a czteroletni Kasjanek to mały diabełek, jak ja.

Zostali w Ameryce?

Dagmara: Wahaliśmy się, czy ich ze sobą nie wziąć, ale zdecydowaliśmy, że to nie byłoby dla nich dobre. Przyjechaliśmy tylko na osiem dni. Dzieci takie podróże gorzej znoszą. Choćby zmiana czasu – my wypijemy mocniejszą kawę i jest OK, a one by się męczyły. Co innego, jeśli przyjeżdżamy do Polski na trzy–cztery tygodnie. Wtedy jesteśmy wszyscy razem.

Tęsknicie?

Patrick: Oczywiście! Ale staramy się patrzeć na jasne strony tej sytuacji. To nasz miesiąc miodowy...

Osiem lat po ślubie?

Dagmara: Po weselu wyjechaliśmy tylko na dwa dni, a potem musieliśmy wracać do pracy. Poza tym była u nas rodzina z Polski, więc nie mogliśmy nigdzie „uciec”. Podróży poślubnej z prawdziwego zdarzenia nigdy nie mieliśmy. Najpierw nie było czasu, bo intensywnie pracowaliśmy, a potem pojawiły się dzieci...

Kto się najczęściej zajmuje synami?

Dagmara: Zazwyczaj się wymieniamy. Ostatnio ja byłam bardziej zajęta, grałam w teatrze na Broadwayu i Patrick opiekował się nimi non stop.

Dobrze się dogadują? Oczywiście po angielsku.

Dagmara: Ja, dopóki nie poszli do przedszkola, rozmawiałam z synami wyłącznie po polsku. Ale teraz bracia rozmawiają ze sobą po angielsku. Nie dziwi mnie to, bo ja ze swoimi młodszymi siostrami też mówię po angielsku. Tak jest łatwiej i szybciej.

 

W Waszym domu kultywuje się polskie tradycje i zwyczaje?

Dagmara: Oczywiście! Przez długi czas mieszkaliśmy na nowojorskim Greenpoincie – w polskiej dzielnicy. Mieliśmy polskich sąsiadów, obok polskie sklepy, księgarnie. W Wigilię dzieliliśmy się opłatkiem, a w drugi dzień świąt wielkanocnych był...

Patrick: ... szmygus-dyngus!

Dagmara: Nie zapominamy jednak też o tym, że ważna jest znajomość kultury kraju, w którym mieszkamy. Na amerykańskie Święto Dziękczynienia jeździmy do rodziców Patricka, na Florydę.

Oboje jesteście katolikami?

Dagmara: Patrick jest protestantem, ale nasi synowie zostali ochrzczeni w katolickim kościele na Greenpoincie. Bardzo mi na tym zależało, bo to według mnie sprawa tożsamości kulturowej i narodowej. Wiem, że sformułowanie „Polak katolik” nie jest dziś modne, ale dla mnie było to ważne.

Święta Bożego Narodzenia obchodzicie po polsku czy po amerykańsku?

Dagmara: Chodzi o prezenty?

Podrzuca je dzieciom pod choinkę w Wigilię Święty Mikołaj czy może Santa Claus przeciska się przez komin o świcie 25 grudnia?

Patrick: I to, i to. W Wigilię dajemy sobie prezenty nawzajem, a 25 grudnia przynosi je Santa Claus.

Prowadzicie tradycyjny dom z polską kuchnią?

Dagmara: Mamy niewiele czasu na gotowanie. Ale bardzo pomaga nam moja mama. Ja co piątek robię zakupy w polskim sklepie, który jest niedaleko naszego domu w New Jersey. Ale kupuję najczęściej gotowe potrawy. Mama, kiedy do nas wpada, przynosi własnoręcznie zrobione pierogi i zalewajkę. Ja nie mam talentu do gotowania. Co innego Patrick...

Patricku, umie Pan przygotować coś polskiego do jedzenia?

Patrick: Grilluję polską kiełbasę. To zadanie dla prawdziwego mężczyzny.

Dagmara: Z polskiej kuchni Patrick nie znosi gołąbków. Mogłaby też dla niego nie istnieć sałatka jarzynowa, którą ja bardzo lubię. Ale... Patrick, przypomnij mi, co lubisz najbardziej?

Patrick: (rozpromienia się i mówi po polsku, z akcentem) Racuchy u babci w Kielcach.

Pan naprawdę mówi po polsku.

Dagmara: Sporo rozumie. Gdy jesteśmy w Kielcach, siadamy do stołu razem z całą rodziną. Nikt tam nie mówi po angielsku, ale do Patricka wszyscy się przysiadają, zagadują go. Musi sobie jakoś radzić. No i radzi sobie znakomicie. Zresztą uczy się polskiego od samego początku. Gdy przedstawiłam go po raz pierwszy mamie, wręczył jej bukiet kwiatów i powiedział po polsku: "Kwiaty dla ciebie!". Potem go z mamą obgadałyśmy. Zapytałam ją: „Przystojny, prawda?”, a ona pokiwała głową: „No, bardzo przystojny”. Patrick stał, uśmiechał się i nic nie rozumiał.

Patrick: Polki, gdy rozmawiają ze sobą, mówią tak szybko, że nie sposób rozróżnić poszczególnych słów.

Najważniejsze słowa pomiędzy Wami padły po polsku czy po angielsku?

Dagmara: Po polsku...

Patrick: Mama Dagi nauczyła mnie, jak poprosić ją o rękę. W święta Bożego Narodzenia 2004 roku zapytałem ją: „Czy wyjdziesz za mnie za mąż?”.

Dagmara: Kompletnie mnie zaskoczył.

Oświadczył się Pani w romantycznym miejscu? Na szczycie Empire State Building?

Dagmara: Skąd! Przed naszym domem na Greenpoincie. Byłam w spodniach dresowych i w okularach. Ale doceniłam, że włożył sporo wysiłku, żeby nauczyć się tego pytania po polsku.

Patrick: Pochodzę z tradycyjnej rodziny z Florydy. My, południowcy, bardzo poważnie traktujemy swoje związki. Od razu po zaręczynach zaczęliśmy przygotowania do ślubu. Chcieliśmy, żeby wszystko było tak jak należy.

Dagmara: Pobraliśmy się w małym, drewnianym kościółku w stanie Nowy Jork. Nabożeństwo prowadziło dwóch polskich księży. Ceremonia odbywała się po polsku i angielsku. Ale Patrick powtarzał słowa przysięgi po polsku.

Minęło ponad osiem lat...

Dagmara: A my wciąż jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Mam świadomość, że weszłam do cudownej, kochającej się rodziny. Rodzice Patricka są razem od wielu lat i są świetną parą. To nam dobrze rokuje.

Do tej pory nie graliście razem. Świadomie na wspólny debiut wybraliście polski film o pułkowniku Kuklińskim?

Dagmara: To był przypadek. I mało brakowało, a przegapilibyśmy tę szansę. Moja młodsza siostra Weronika powiedziała mi przy jakiejś okazji, że dwa tygodnie wcześniej na Facebooka ktoś jej przesłał wiadomość dla mnie. To była propozycja z Polski dla mnie i Patricka. Poprosiłam o przysłanie scenariusza i... się zaczęło.

 

Patrick: Przez tydzień Dagmara czytała mi scenariusz, który był po polsku. Wprawdzie od razu powiedziałem jej, że chcę z nią nakręcić ten film, ale ona tak bardzo się tym ekscytowała, że nie sposób było jej przerwać.

Dagmara: Bo to było niezwykłe. Mieliśmy grać po raz pierwszy razem. A przed Patrickiem stanęło ogromne wyzwanie, bo postać, którą gra, oficer CIA David Forden, mówił świetnie po polsku. I w tym filmie Patrick mówi płynnie po polsku i angielsku, a ja z kolei tylko po angielsku. Pomyśleć, że to mój pierwszy polski film i akurat gram Amerykankę.

Reżyserem „Jacka Stronga” jest Władysław Pasikowski...

Dagmara: Bardzo miły, dżentelmen. Wiem, że ma opinię wymagającego i ostrego. Ale wie, czego chce. Bardzo przypomina mi Clinta Eastwooda. Jest szczupły, wysoki. Szybko pracuje, nie marnuje czasu. Otwarty na pomysły aktorów. Niektórzy się go boją. Ale może ja w ludziach wywołuję pozytywne emocje, bo na planie uśmiechał się i chyba był zadowolony.

Dziś już to wiecie, ale wtedy? Dostaliście scenariusz. Nazwisko reżysera Władysława Pasikowskiego zapewne niewiele Wam wtedy mówiło. Więc...

Dagmara: Rzuciliśmy się do internetu, żeby sprawdzić, kto to jest. I okazało się, że to bardzo znana postać.

I kontrowersyjna. Jego ostatni film „Pokłosie” wywołał w Polsce burzę. Nie inaczej będzie pewnie po „Jacku Strongu”. A co w Ameryce mówiło się o pułkowniku Kuklińskim?

Patrick: Tej historii Amerykanie nie znają. Moi rodzice mieszkają na Florydzie. Tata jest dziennikarzem politycznym. Wie wszystko, zna wszystkich, a nie miał pojęcia, że w jego mieście – Tampa, mieszkał największy polski bohater ostatnich lat.

Ale dla Polaków pułkownik Kukliński jest...

Dagmara: Jest bohaterem! Jak tylko dostaliśmy scenariusz, zadzwoniłam do mojego taty i on bez zastanowienia powiedział: „To był wielki patriota! Walczył z systemem komunistycznym!”.

Pani ojciec był działaczem Solidarności, opozycjonistą. Ale dla całkiem sporej liczby Polaków Kukliński to jednak postać dwuznaczna. Był szpiegiem obcego mocarstwa.

Dagmara: Wchodziłam na polskie fora internetowe i byłam zaszokowana tym, ile osób uważa go za zdrajcę.

Patrick: Dla Amerykanów pułkownik Kukliński jest bohaterem w sposób absolutnie jednoznaczny. Może dlatego, że mamy to szczęście, że nigdy nie musieliśmy żyć pod dyktaturą. Nie trzeba było wybierać pomiędzy wiernością ojczyźnie a lojalnością wobec swoich przekonań i walką ze zbrodniczym systemem.

Filmy o szpiegach są modne. „Operacja Argo” Bena Afflecka dostała najważniejszego Oscara.

Patrick: Z całym szacunkiem, ale „Operacja Argo” pokazuje wydarzenia, które miały miejsce w Teheranie w 1979 roku wyłącznie z amerykańskiej perspektywy. To jest fałszowanie historii. W rzeczywistości brawurowa akcja przemycenia do USA sześciu zakładników, którzy uciekli z oblężonej ambasady, była dziełem Kanadyjczyków. Przyznał to nawet ówczesny prezydent USA Jimmy Carter. Przywłaszczyliśmy sobie tę historię.

„Jack Strong” uniknie tego błędu?

Patrick: Pasikowski nie ogranicza się do jednej perspektywy. W naszym filmie patrzymy na pułkownika Kuklińskiego oczami Polaków, Amerykanów, ale także Rosjan.

Pan patrzy na niego oczami agenta, który go zwerbował.

Patrick: To nie jest do końca tak... Rozmawiałem z Davidem Fordenem – pierwowzorem postaci, którą gram. Chciałem konkretnych wskazówek. Pytałem go: „Jak trzymasz papierosa?”, „Jak wyglądało twoje życie w Polsce w latach 70.?”. Forden był agentem CIA przez 34 lata i od lat trzymał w swojej pamięci niesamowite historie. Ale to, co mnie uderzyło, to charakter jego relacji z Ryszardem Kuklińskim. To była prawdziwa męska przyjaźń. Obaj ryzykowali i obaj postanowili być wobec siebie absolutnie szczerzy. Forden musiał zrozumieć, dlaczego Kukliński zdradza tajemnice wojskowe, a nie chce pieniędzy. W CIA dociekano, dlaczego oficer wojska polskiego chce za darmo pomóc Amerykanom pokonać Układ Warszawski. A on to robił z głębokiego przekonania, że jest to po prostu słuszne i dobre dla jego ojczyzny. Przez lata Forden i Kukliński stali się prawdziwymi przyjaciółmi. Gdy żona Davida zmarła, zadzwonił do Ryszarda i razem płakali.

Dagmara: Kukliński i Forden byli w podobnym wieku. Patrick i Marcin Dorociński, który gra pułkownika Kuklińskiego, są obaj z 1973 roku i skończyli 40 lat. Gdy patrzyłam na nich, kiedy spotkali się w Warszawie, zobaczyłam natychmiast, jak złapali ze sobą świetny kontakt. Mają podobne poczucie humoru i podejście do życia. Myślę, że jeśli Pasikowski chciał pokazać, jak rodzi się przyjaźń pomiędzy Polakiem a Amerykaninem, to trafił z obsadą w dziesiątkę!