Spotykamy się w restauracji warszawskiego SPATiF-u. Kiedy do stolika podchodzi kelner i pyta, co podać, Daniel Olbrychski, trzymając w ręku kartę dań, mówi: „Wszystko po kolei...”.

...bo jak się dzierży szablę w dłoni, to trzeba dobrze zjeść. Z powodu szabli się spotkaliśmy. Wspólnie. Pan i Pański wnuk Antoni, student historii na Uniwersytecie Warszawskim. Z szablą przez pokolenia Olbrychskich?

Daniel Olbrychski: Moja żona znalazła wczoraj zdjęcie (aktor zwraca się do Antoniego), na którym masz jakieś sześć lat i machasz szablą, choć ledwo ją możesz udźwignąć. Pamiętam, jak baliśmy się z Krysią, że potłuczesz wszystko w salonie.

Antoni Olbrychski: Ale z kijem czy z szablą wtedy stałem? Bo pamiętam, że moje pierwsze pojedynki odbywały się na kije.

Daniel: Z szablą! Oburącz ją trzymasz.

Pan też najpierw za kij chwycił?

Daniel: U mnie zaczęło się od razu od uprawiania szermierki. Wyczynowo. Zacząłem pod koniec szkoły podstawowej. Wszystko przez to, że miałem być mistrzem olimpijskim, a nie aktorem. Pamiętam, jak przyjechałem z Podlasia, gdzie nie było klubów sportowych, do Warszawy i od razu zapisałem się do sekcji szermierczej w Pałacu Kultury i Nauki. W tym samym czasie do kółka teatralnego uczęszczała wysoka, szczupła dziewczyna. Miała na imię Irena. To była nasza przyszła mistrzyni olimpijska Irena Szewińska, wtedy Kirszenstein. Kiedy po latach zacząłem grać w filmach historycznych, te podstawy szermierki sportowej bardzo mi się przydały.

I dzięki temu nie musiał Pan już uczyć się szermierki w szkole teatralnej.

Daniel: Odwrotnie, chodziłem na te zajęcia przez rok i musiałem się oduczyć wielu zasad, które mi wpajano podczas nauki w Pałacu Kultury. Walka sportowa, której tam mnie uczyli, polega – w największym skrócie – na tym, żeby trafić przeciwnika, a w szermierce teatralnej i filmowej chodzi o to, by go nie dotknąć: poza umówionym momentem, kiedy „zabijamy”. Mój „trener” profesor Waldemar Wilhelm, najwybitniejszy w tej dziedzinie specjalista w Europie ustawiający pojedynki w teatrze, np. w „Hamlecie”, a później w „Potopie”, musiał oduczać mnie stosowania ciosu „z kiści” na zakończenie. W teatrze i w filmie musimy usztywnić nadgarstek, żeby zatrzymać cios. Setki, tysiące razy ćwiczyłem blokadę z łokcia i „z kiści”, żeby na przykład w scenach walki z Tadeuszem Łomnickim w „Potopie” nie zadać mu prawdziwych ran.

A Pan za co pokochał białą broń? Czy to dziadek zaraził Pana tą miłością?

Antoni: Kiedy byłem dzieckiem, lubiłem, tak po prostu, pobiegać sobie z kijem, pościnać nim pokrzywy, ukłuć kolegę, który po chwili się rewanżował... Nie potrafię dokładnie powiedzieć, kiedy pojawiła się pasja do białej broni, ale chyba już wtedy. Lecz pierwszą prawdziwą szablę dostałem od Daniela pod choinkę kilka lat temu.

Daniel: Ku mojej uciesze na twoją wyraźną prośbę. Antoni od dziecka posiadał wrodzony dryg. Strasznie mu się podobało to chwytanie szabli. Bo to przede wszystkim trzeba lubić!

Jakie jeszcze cechy charakteru trzeba posiadać, by móc ją dzierżyć?

Daniel: Niewątpliwie refleks, koordynację ruchową, ale też spostrzegawczość i inteligencję.

Antoni: No ja nie byłem najlepiej skoordynowany, kiedy zacząłem trenować.

Daniel: Ale refleks miałeś. I wrodzony spryt.

Antoni: Bo wcześniej tłukłem się z kolegami na kije od szczotki. (śmiech)

Zadziorność też się przydaje?

Daniel: Zdecydowanie tak. To są sporty – bądź co bądź – walki. Choć niebezpieczeństwo urazów jest tutaj znikome. Ale już kiedy walczymy na prawdziwe szable, to ryzyko zranienia jest niemałe. Trzeba być bardzo dobrym technicznie, żeby je zminimalizować.

Teraz już nikt nie walczy w filmie, bo nie robi się takiego kina. Co najwyżej strzela się – ale to też rzadko.

Daniel: No nie do końca. Powstają jeszcze ciągle filmy, w których szabla bywa ważna. I na szczęście jest teatr. Niedawno widzieliśmy z żoną, jak w „Hamlecie” Borys Szyc grający tytułową rolę pojedynkuje się z moim studentem Marcinem Januszkiewiczem, który gra Laertesa.

Walczyli zgodnie ze sztuką?

Daniel: Bardzo pięknie i fachowo. Obaj niezwykle sprawni.

Panie Antoni, czym imponuje Panu dziadek?

Antoni: Sportowym zacięciem. Tym, że wciąż trzyma się w dobrej formie. Lepszej niż większość naszej rodziny, nawet tej młodszej.

Które jego role Pan ceni szczególnie?

Antoni: Na pewno historyczne: te z „Potopu”, „Ogniem i mieczem”. Ale lubię też „Boksera”.

Nazwisko Olbrychski zobowiązuje. Jak się z nim żyje?

Antoni: Na studiach na szczęście nie jest to specjalnie niezwykłe, jak się okazało. Raz jedna z wykładowczyń zapytała mnie, czy jestem z „tych Olbrychskich”. Powiedziałem, że tak, ale nie było to dla niej szokiem. Dodała: „Wielu potomków sławnych ludzi przychodzi na uniwersytet”. Poza tym ja się specjalnie nie afiszuję i nie będę się chwalił, dopóki sam czegoś nie osiągnę.

A Rafał, Pański tata, odwrotnie – jako dziecko już grał, i to główne role, został muzykiem. Afiszował się.

Daniel: Trudno to nazwać „afiszowaniem”. On się przecież tak nazywa. To miał się przedstawiać: Kowalski? Rafał nie miał entuzjastycznych pierwszych skojarzeń z nazwiskiem. Mówił, że w piaskownicy obrywał albo za to, że jest rudy, albo że się nazywa Olbrychski. Przez wiele lat nazwisko nie było dla niego – wbrew pozorom – atutem w towarzyskich układach. Ale wcześnie sam na nie zapracował. Został muzykiem, otrzymał Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego za debiut aktorski w filmie „Rozmowa z człowiekiem z szafy”.

 

Pan, Panie Antoni, nie poszedł w ślady ojca. Chociaż jako dziecko zagrał z nim i dziadkiem w „Dziejach mistrza Twardowskiego”.

Antoni: Nawet tego nie pamiętam...

Ile Pan miał lat?

Daniel: Miałeś półtora roku, a Kubuś, mój starszy wnuk, bo on również zagrał, dwa i pół.

Antoni: Teraz sobie przypomniałem. Zagrałem w scenie, w której musiałem gonić koguta.

Daniel: Byłeś długo wyczekiwanym synem starego Twardowskiego.

Wnuk Antoni jest pierwszym mężczyzną po Pa-nu, który chwycił w rodzinie za szablę?

Daniel: Po mnie tak, ale w dalekiej przeszłości... Jędrzej z Brochocic, nasz pra, pra, pra po kądzieli, towarzysz Zawiszy Czarnego w bitwie pod Grunwaldem, wziął do niewoli młodego Niemca, który potem ożenił się z jego córką. Taki jest początek tradycji białej broni w naszej rodzinie.

Antoni imponuje Panu, kiedy walczy?

Daniel: Tak. Sprawia mi ogromną radość. Czasem wzrusza. Nie zapomnę jego walki, którą stoczył przed pałacem w Wilanowie podczas benefisu Jurka Hoffmana. Pojedynek był ułożony identycznie jak ten z „Trylogii” – Kmicica z Wołodyjowskim. Antoni przygotowywał się, oglądając tę scenę kilkakrotnie na ekranie. Ja tylko raz się wtrąciłem, sugerując, aby podczas walki wypowiedzieli moje i Tadeusza Łomnickiego kwestie – te same, które padają w filmie. Pojedynek był świetny. Hoffman bił brawo na stojąco. Kmicica zagrał Antoni, a jego trener Tomek Mleczek Wołodyjowskiego.

Antoni: Przygotowywaliśmy ten układ półtora miesiąca. To była wielka przyjemność i satysfakcja. Zawszechętnie podejmę takie wyzwania. Chciałbym się sprawdzać, może ułożyć jakiś pojedynek w filmie. Mam nadzieję, że to mnie w końcu spotka.

A ze sobą, Panowie, już walczyliście?

Daniel: Trzy lata temu na wakacjach w Cetniewie zrobiliśmy mały układ.

Jak to jest, kiedy wnuk staje przeciwko dziadkowi?

Daniel: Trzeba widzieć naprzeciwko siebie partnera. Po prostu.

Imperatyw zwycięstwa?

Antoni: No trzeba wygrać! Bez taryfy ulgowej.

Panie Danielu, Pan wykorzystał kiedyś szablę w obronie swoich interesów. Wtargnął z nią do galerii Zachęta w Warszawie i porąbał wystawę.

Daniel: To był protest przeciw naruszeniu moich praw autorskich. Użyto wtedy mojego zdjęcia – nie tylko mojego – do celów komercyjnych, nie pytając mnie i pozostałych ponad 200 aktorów o zgodę. Wystawę otwarto pod efektownym tytułem „Naziści”. Użyto zdjęcia z filmu, w którym grałem wcielonego do wojska dyrygenta.

Ale co Panu przyszło do głowy, żeby złapać wtedy za szablę?

Daniel: Bo nie mam pozwolenia na broń palną. (śmiech) Mój adwokat poradził mi wtedy: „Proces wygrasz, ale to może trwać nawet pięć lat, nikt nie będzie już pamiętał, o co chodziło. Wywołaj skandal medialny”. Niestety, większość dziennikarzy szukała wtedy sensacji, a nie mojej pragmatycznej racji.

Jednak rozniosło się po świecie – „Olbrychski niszczy wystawę”.

Daniel: Korygowałem wypowiedzi w tej sprawie, wyjaśniałem dlaczego, ale przeszło to do legendy jako mój albo chuligański, albo patriotyczny wybryk.

Pierwszy raz prywatnie użył Pan wtedy szabli?Może dobrze, że tam wisiały zdjęcia, a nie stali żywi ludzie?

Daniel: Nigdy nikogo nie biłem szablą! Za to kilkakrotnie przydały się moje zdolności bokserskie czy umiejętności dżudoki. Wykorzystałem je kiedyś w dramatycznych okolicznościach: na pokładzie samolotu, gdzie obezwładniłem szaleńca – jak się później okazało – który chciał wtargnąć do kabiny pilota. Znokautowałem go. Inni pasażerowie myśleli, że kręcą ze mną scenę do filmu, rozglądali się, gdzie jest kamera. Dlatego – jak mi później powiedzieli – nie wstali, aby mi pomóc. „Nie chcieliśmy przeszkodzić w ujęciu” – tłumaczyli.

Czy ktoś już zasłużył na potraktowanie przez Pana szablą?

Daniel: Nie. Szablą walić człowieka... Kiedy zachodzi potrzeba, lepszy jest krótki i szybki cios. Zastosowałem go wobec pewnego paparazziego, który prawie wlazł do naszego garażu. Rozejrzałem się wokół, czy nikogo nie ma, czy nikt nie widzi, i powiedziałem do niego: „Krzywdy panu nie zrobię, ale przez kilkanaście sekund będzie pan na bezdechu”. Dostał w splot słoneczny. Ale nie zniszczyłem mu aparatu, choć może powinienem. Nachalność niektórych... Ja szanuję pracę fotografów, bo premiery, sprawy promocyjne. Ale to, co zrobił tamten facet, było haniebne. Szabla do tego była za szlachetna. Nie był jej godzien. Na cięcie szablą trzeba zasłużyć.