Jako aktorka jest Pani nieustannie w kostiumie i zakłada maski. Co te maski skrywają?

Każdy człowiek, nie tyko ja, aktorka, ma ich pełen zestaw. (śmiech) Na każdą okazję.

Inną dla męża, inną dla przyjaciółek, inną dla nieznajomych?

Najgorzej, kiedy zakładamy je dla siebie samych...

Zdarzyło się, że któraś przywarła tak mocno, że trzeba było się namęczyć, żeby ją zdjąć?

Najtrudniej chyba zdjąć te maski, które nam dorośli – rodzice, nauczyciele – nakładają w dzieciństwie. Takie opakowania, w których się dobrze prezentujemy, w których się nie wymykamy spod kontroli, w których jesteśmy panaceum na ich niespełnienia czy kompleksy... Inni je nakładają i bardzo pilnują, żeby się nie zsunęły, żebyśmy ich nie zdjęli. A one z czasem tak przywierają, że nawet bezpośrednio zainteresowany zaczyna je traktować jak własne oblicze. Nie podejrzewa, że pod nimi może się kryć ktoś trochę czy zupełnie inny. Mnie w pewnym momencie zaczęła uwierać maska grzecznej dziewczynki, maska wzorowego ucznia...

Ale czasami są one bardzo wygodne...

Oczywiście. Po to je przecież zakładamy. I mamy ich coraz więcej. Im dłużej żyjemy, tym lepiej sami uczymy się konstruować kolejne, na nowe okoliczności. A potem nakładamy je dzieciom... Ja niestety też córkom ponakładałam kilka masek... Jak w sztafecie – to, co dostajemy, podajemy dalej. Szczęśliwy ten, kto się zreflektuje i potrafi się z tego wyrwać.

Zdejmowanie masek boli?

To na pewno nie jest przyjemne. Maska jest pewną stałą, daje złudzenie bezpieczeństwa. Pod nią może się kryć niewiadoma, lęk.

Jakie maski zakłada Pani córkom? W jakie  role je wpycha?

Wepchnęłam w te, które sama dostałam: „Skromność to skarb dziewczęcia”, „Siedź w kącie, a znajdą cię”.

Zła jest Pani za to na siebie?

Nie jest to powód do chluby. Ale robiłam to nieświadomie, można powiedzieć: siłą inercji. Teraz pracuję nad sobą. Pokazuję im problem na swoim przykładzie – z boku zawsze lepiej widać.  I łatwiej znaleźć radę dla kogoś.

To się nazywa: wychowanie partnerskie.

Ja bym to nazwała wspólnym poszukiwaniem. Jesteśmy dla siebie nawzajem „pomocami naukowymi”. Bo ja szukam w sobie różnych rzeczy i wcale tego przed nimi nie ukrywam, dzielę się z nimi moimi odkryciami. One zaglądają do moich ślepych uliczek, widzą, co jest moją kulą u nogi.

 

Którą z masek Pani z ulgą zdjęła?

Chyba nie mogę powiedzieć, że którąś zdjęłam i definitywnie odwiesiłam  na kołku. Cały czas jestem w procesie... Jestem na etapie uświadamiania sobie, że one istnieją, i pracy nad tym, żeby się ich pozbyć.

Więc wciąż chodzi Pani w tej masce „perfekcyjnej Danusi”?

Też. To dość męczące. (śmiech)

Rozmowa o maskach to rozmowa o oszukiwaniu się. Jak Pani samą siebie oszukuje?

To raczej rozmowa o ukrywaniu prawdziwego oblicza przed światem, o zmyleniu przeciwnika. Maski spełniają przecież różne funkcje. Możemy się za nimi schować albo przyczaić. Ukryć swój strach albo swoje intencje. Ale są momenty, kiedy same spadają... Na przykład w jakichś sytuacjach granicznych, kiedy coś się kończy, umiera, kiedy wali się świat... Tam nie ma już miejsca  na odgrywanie ról.

Pod maską ukrywa się strach. Pani się czegoś boi?

Na co dzień boję się na przykład tego, że nie sprostam oczekiwaniom innych, że nieświadomie kogoś zranię...  Od dziecka noszę maskę grzecznej dziewczynki, która nie jest prawdą  o mnie. To znaczy nie do końca jest prawdą o mnie, bo często słyszę w środku mojego człowieka jakieś straszne wycie: „To nie ja! Ja tak nie chcę!”. Ale tłamszę to, żeby nie sprawiać kłopotu innym. (śmiech)

Co to jest to coś, co w Pani wyje?

Mój własny ludzki głos.

Jerzy Pilch kiedyś powiedział: „Ja się nie zajmuję szukaniem szczęścia. Bo im bardziej się tym zajmuję, tym bardziej ono mi umyka”.

Właśnie na tym polega problem! Całą naszą życiową energię wkładamy  w szukanie szczęścia gdzie się tylko da: w karierze, w pieniądzach, w miłości... Tymczasem ono siedzi w nas, niezauważone. Przemierzając z nami te wszystkie życiowe szlaki, czeka, żebyśmy je po prostu dostrzegli. Niestety małe szanse, bo szukamy go nie w sobie, ale na zewnątrz. To jest szczęście, którego pragnę. Szczęście, które istnieje bez względu na to, co się dzieje ze mną czy dookoła mnie, istnieje bez względu na wszystko i nie jest uzależnione od niczego. Taki stan ducha, w którym nie musi się korzystać z masek, kostiumów, min, całego tego teatru, który na co dzień uprawiamy wobec siebie. Stan harmonii pomiędzy moim wewnętrznym człowiekiem a moją skorupą. I wiem, że to jest możliwe, bo kilka razy w życiu dotknęłam tego stanu, doświadczyłam go. To były chwile, a chciałabym mieć do niego stały dostęp.

Po „Fedrze” w reżyserii Mai Kleczewskiej mówiło się, że Pani „wywleka z siebie potwora, obdziera się ze skóry na oczach publiczności”.

Po każdym spektaklu byłam totalnie wyczerpana. Fizycznie. Dla psychiki to był raczej rodzaj oczyszczenia.

Oczyszczenia? Czyli to było kontrolowane szaleństwo?

W granicach roli, bezpieczne.

A jednak chciałabym się dowiedzieć, co jest tym potworem, który drzemie w Pani?

A ja nie odczuwam potrzeby poddania się wiwisekcji. Ale mogę powiedzieć,  że nawet jakaś mała historyjka, jakiś drobiazg, drobiażdżek, zamknięty szczelnie w pudełeczku, bez ujścia, bez dostępu powietrza i światła, przez lata trzymany pod kontrolą może zamienić się w potwora.

 

I co Danuta Stenka robi z tym potworem?

Mimo że chcę, żeby doszedł do głosu, że próbuję jego głos usłyszeć, to siłą przyzwyczajenia cały czas jednak przycinam mu futro, uszy, ogon, przypiłowuję zęby. I tłumię...

Ale kiedyś to pękło?

Praca nad „Fedrą” to był ważny moment w moim życiu, w zawodzie. Takie hydrauliczne kolanko, zwrot. Ta rola wywołała mnie do tablicy. Żeby sobie coś ponazywać, żeby się temu przyjrzeć, żeby wywlec z siebie, nie przykrywać maseczkami. Maseczką od kosmetyczki czy maseczką uśmiechu na bankiecie, czy maseczką szczęśliwej pani z fotografii w kolorowym piśmie.

Ta maska i tak będzie...

No, pewnie będzie. (śmiech)

Dlaczego akurat rola Fedry była dla Pani wstrząsem?

Nie była wstrząsem. Po prostu ta postać zaproponowała mi we właściwym momencie mojego życia poważną rozmowę na temat przemijania. Fedra, kobieta, która zakochała się w synu swojego męża, w młodszym mężczyźnie. Bez wzajemności i na śmierć,  nomen omen. Do tej pory mogła się  zakochać czy w starszym, czy w młodszym. Wszystko było dostępne. A tu nagle koniec. Nie ma. Nie chcą jej. Nie obsadzą jej w tej roli...

To dramatyczna historia o zakazanej miłości. Ale kobiety władcze chyba się dobrze Pani grało? Wspaniale się Pani prezentowała na deskach Teatru Narodowego w tym pięknym futrze w „Królowej Margot”.

To futro obleka Katarzynę Medycejską – wdowę po królu Francji, matkę  następcy i strażniczkę korony. Widzę  w niej matkę, która dla dobra swoich dzieci, dla ich przyszłości poświęci wszystko. Nawet je same.

Wobec córek też Pani stosuje metodę „wszystko dla korony”? (śmiech)

Pewnie popełniam takie błędy. Próbuję coś nieudolnie zrobić dla ich dobra, a to może się obracać przeciwko nim.

Jak bywanie z córkami na salonach? Czy to wprowadzanie córek w świat medialny to trochę jakby wprowadzanie na dwór królewski?

To jakaś dęta historia (śmiech) ten szum medialny wokół mojego wyjścia z córką na pokaz mody. Starszą córkę Paulinę interesuje film, teatr, więc jeżeli wybieram się na premiery, a mąż nie ma ochoty czy nie może ze mną pójść, ona chętnie mi towarzyszy. Młodsza córka Wiktoria interesuje się modą. Jako że dostałam zaproszenia na kilka pokazów, pomyślałam, że ją może zainteresować taka premiera. I tyle.

Ale my trochę żyjemy tym życiem pałacowym. I ta piękna Danusia Stenka ze swoją piękną córką pojawia się na salonach. Tu role są rozdane...

Na szczęście Wiktoria macha na to ręką, zachowuje zdrowy dystans. Zaplanowałyśmy sobie, że pójdziemy na trzy konkretne pokazy – co było również związane z moją dostępnością – i poszłyśmy. Moje córki nie chodzą ze mną za kulisy teatralne czy na plany filmowe. Nie sprzedaję ich do żadnych spektakli, filmów, reklam, seriali, nie prowadzam na castingi, choć były takie propozycje. Nie wprowadzam ich  w show-biznes.

A może szkoda?

One mają swoje zabawki i swoje sprawy, ja mam swoją pracę. Nie mieszamy tego. Jednocześnie nie widzę powodu, żeby nie pokazywać im interesującego ich świata od strony widowni, nie widzę powodu, dla którego miałabym nie zabierać ich ze sobą jako odbiorców sztuki, która je interesuje.

 

Jak się przejawia zainteresowanie Wiktorii modą?

Śledzi nowe trendy, ogląda pokazy w internecie, komponuje swoje zestawy,  komentuje... Obserwuję, jak wyrabia swój gust. Do niedawna konsultowałam kwestie ubioru z Pauliną, teraz, coraz częściej, obie pytamy o zdanie czy prosimy o radę Wiktorię. Czasami woła mnie do swojego pokoju, żeby pokazać jakieś zdjęcia, opowiada o nowinkach. To jest ciekawe. Właściwie ona jest moim oknem na modę.

Myśli o tym, żeby być kostiumografem, projektantką mody?

Nie mam zielonego pojęcia, czym będzie się chciała zająć w przyszłości. Ona pewnie też jeszcze nie wie. Właśnie skończyła gimnazjum. W liceum wybrała klasę matematyczno-angielską. To raczej umysł ścisły. A może będzie chciała projektować krzesła? Albo zostanie księgową, która potrafi świetnie się ubrać? To taki etap w życiu, kiedy się sprawdza, szuka, próbuje wszystkiego, więc niech próbuje. Wszystko, co wrzuci do swojego koszyka, to jej.

A nie mówi jej Pani: „Te ciuszki to jest pozór, to takie niepoważne”?

Na początku tak właśnie myślałam!  Łapałam się na komentarzach: „Przestań już studiować te sukienki, torebki i zajmij się czymś istotnym!”. Ale zorientowałam się, że to nie jest tylko takie zwykłe zastanawianie się godzinami, co by tu jutro na siebie włożyć, tylko że ona się temu przygląda w poważny sposób. Że to jest jej teatr – jej dekoracje, jej kostiumy, jej utwory, jej obrazy. I zdałam sobie sprawę, że to chyba ja zbyt płasko to traktuję – jako tanią rozrywkę, która zabiera jej cenny czas. I kto wie, czy w ten sposób nie zabijam w człowieku pasji.

Te converse’y nosi Pani pod jej wpływem?

Converse’y noszę od lat. A Wiktoria pierwsze, które włożyła, pożyczyła  ode mnie... I już do mnie nie wróciły. (śmiech) Ale rzeczywiście umie doradzić. Biorąc pod uwagę mój gust, wiek, typ urody, a nawet samopoczucie.  Muszę przyznać, że w tej dziedzinie jest dla mnie autorytetem.

W dzisiejszym świecie możemy być wolni, żyć przyjemnością. Tego uczy Pani córki?

Myślę, że chodzi głównie  o jedno – o zawartość człowieka w człowieku. Im bardziej się skupiamy na maskach, kostiumach, na zewnętrzu, na skorupie, na pozorach – a do tego jesteśmy zewsząd stymulowani – im więcej czasu, energii, życia temu poświęcamy, tym bardziej tracimy dostęp do człowieka, każdy do swojego własnego wewnętrznego człowieka. W rezultacie to, co jest najbliższe, okazuje się najbardziej niedostępne. I czasem bycie po prostu zwykłym człowiekiem jest cholernie wstydliwe...

A może paradoksalnie teatr to miejsce, gdzie zdejmuje się maski?

Tak. To ciekawe. „Ubierając się” w rolę, paradoksalnie mogę sobie pozwolić  na całkowite obnażenie. Na taką szczerość w rozmowie z widzem, na jaką  nie byłoby mnie stać, gdybym musiała wystąpić w swoim imieniu.

Przy kuchennym stole, na przykład.

Nawet przy kuchennym stole. Rola jest rodzajem wozu bojowego, który pozwala mi dotrzeć w niebezpieczne rejony, daje mi możliwość poruszania tematów, o których trudno i mówić, i słuchać. Myślę, że i widzowi jest łatwiej otworzyć się na taką rozmowę – o wszystkim, co dotyka, boli, co każdy z nas nosi w sobie głęboko pochowane, poupychane. Uświadomione lub nieuświadomione.

 

Czyli kostium bywa zbroją?

Oczywiście! Kostium ma w sobie wielką moc. Starzy aktorzy twierdzili, że rolę buduje się od butów. Nawet w życiu to, co na siebie zakładam, działa trochę jak kostium. Wkładam dżinsy i trampki i daję sobie prawo do luzu, do twarzy bez makijażu, do roztrzepanej fryzury... Wkładam wysokie obcasy, sukienkę i czuję, że twarz domaga się oprawy, choćby delikatnej, bo nie pasuje do zestawu. Pojawia się inny chód, inna postawa – pracują inne mięśnie albo te same pracują inaczej. Czy pani uwierzy, że w zależności od tego, co mam na sobie, może się zmienić nawet tembr mojego głosu? Stojąc na szpilkach czy mając na nogach trampki, to nadal jestem ja, ale wydobywam z siebie różne kolory.

Pamiętamy szokujące plakaty z „Marata/Sade”. Ta Danusia, nasza piękność, która nagle się oszpeciła.

Postarzanie przerabiałam już w wieku 34 lat w serialu „Boża podszewka”. Nawet na większą skalę. Role starych kobiet to było fantastyczne doświadczenie aktorskie, ale też życiowe – taka bezpieczna wyprawa w starość. Zdejmuję charakteryzację i jestem...

...znowu młoda.

Młodsza. W tej sytuacji zdejmowanie make-upu jest dość przyjemne. (śmiech) Wyprawa w starość jest jak podróż wehikułem czasu w przyszłość.

Czy rola w „Marat/Sade” była kosztowna?

Kosztowna o tyle, że ten tekst to był monolog złożony z różnych, nieprzystających do siebie fragmentów tekstów kilku autorów. Połączyć w całość mogła je jedynie logika wariata, czyli mojej postaci. Przestawialiśmy te fragmenty, wykreślaliśmy, dodawaliśmy nowe. Ostateczny układ powstał tydzień przed premierą, a cały monolog składał się z około siedmiu stron maszynopisu. Przed wejściem na scenę przeżywałam koszmar. Wydawało mi się, że pamiętam zaledwie pierwsze dwa elementy i nie wiem co dalej, nie wiem co po czym... Poza tym stałam na samym proscenium, tuż przed widzem, pośrodku, lata świetlne od suflera. Na którymś ze spektakli wreszcie mnie dopadło – orientuję się, że zbliża się koniec monologu, a ja wypowiedziałam zaledwie połowę tekstu. Nagle uświadomiłam sobie, że połowa mózgu pozwala mi mówić ten fragment tekstu, w który właśnie weszłam, a druga szuka partii, którą przeskoczyłam i do której muszę wrócić, zanim dotrę do finału. I jak się tam wpiąć, żeby nie powtórzyć tekstów, które już padły?! A tu jeszcze trzeba coś zagrać, nie tylko wypowiedzieć tekst. Zorientowała się chyba tylko suflerka, ale ja zeszłam ze sceny mokra jak mysz. (śmiech)

Takie trudne role, a Pani od nich nie wariuje, choć niektórym aktorkom to się zdarzało...

Wiem, że potrafię się zrywać jak pies ze smyczy, jak balon ze sznurka i pofrunąć... Ale z drugiej strony stąpam mocno po ziemi.

A co Panią przy tej ziemi trzyma?

Pewnie to, w co mnie zaopatrzono w dzieciństwie. Pamiętam, lata temu, jeszcze przed dyplomem, kolega na roku powiedział: „Ty, Danka, nie zwariujesz, ty chodzisz mocno po ziemi”.

 

Grywa Pani kobiety w obłędzie, ale jednak nie jest Pani z tym obłędem kojarzona, nie niesie Pani w sobie tego autodestrukcyjnego pierwiastka.

Były role, które doprowadzały mnie do granicy, ale, chwalić Boga, nie przekroczyłam jej. Jak w życiu, czasami spadam na dno po to, żeby się odbić i wrócić, pójść w górę. Nie wpadam w otchłań. Nie chcę.

A kiedy była Pani najbliżej tej granicy?

Czegoś takiego doświadczyłam raz jeden w życiu – w „Tartuffie” Moliera. (śmiech) Pracowałam wtedy w poznańskim Teatrze Nowym. Grałam Elmirę. Reżyser Izabella Cywińska poprowadziła scenę, w której mąż siedzi pod stołem, bardzo serio. W efekcie Elmira spada ze stołu i zostaje na ziemi, pod ścianą, do końca spektaklu, jak popsuta lalka. Inaczej mówiąc, traci zmysły. Któregoś dnia zagrało mi się niezwykle, weszłam w jakiś wyjątkowy stan... A po spektaklu podszedł do mnie kolega, który grał Tartuffe’a i zapytał: „Miałaś jakichś wariatów w rodzinie?”. Powiedziałam, że nie, a on na to: „No to uważaj...”. Nie pytałam o nic, wiedziałam, o czym mówi. Tylko strach mnie obleciał. Wtedy

wyraźnie poczułam granicę, której nie mogę przekroczyć. I nie chcę. Jednocześnie lęk, że mogę nad tym nie zapanować. Przez jakiś czas bałam się tej sceny, wreszcie wypracowałam sobie „bezpieczniki”. Nadal działają. (śmiech)

Czy Pani wie, że jeden z krytyków teatralnych powiedział, że Pani ratuje przed rozpaczą?

Ja ratuję przed rozpaczą?! Ciekawe, co miał na myśli?

Rozpacz – czy to uczucie, z którym ma Pani często do czynienia?

Oczywiście, zawodowo. (śmiech) W życiu chyba nie. Nie wiem, czy mam prawo przykładać miarę rozpaczy do moich życiowych tragedii. Nawet nie wiem, czy mogę nazywać je tragediami... Bo jeśli rozejrzę się dookoła, to te moje historie są niczym wobec prawdziwych ludzkich nieszczęść. Może jedynie kiedy odchodził mój tato? Może wtedy pojawiła się rozpacz? To był miesiąc życia z nim, przy nim, ze świadomością, że on umiera i że nic tego nie cofnie, nie zmieni.

Jedyne takie doświadczenie?

Po raz pierwszy i jedyny w życiu czułam obecność śmierci. Poczułam, że ja też stoję przed nieuniknionym końcem. Na co dzień to niby wiem, w wielu rolach ocieram się o ten temat, uruchamiam wyobraźnię, przeżywam. Ale to jest jednak na niby. Natomiast wtedy, przy tacie, wiedziałam, że ona jest, istnieje, jest bardzo blisko, przy mnie, we mnie i jest nieodwołalna.

Czuje się wtedy spokój czy wpada w histerię?

Przeganiamy ją z naszych myśli, z pola widzenia codziennymi sprawami, planami na przyszłość. Robimy wszystko, żeby ją wygonić z naszego życia. A szkoda. Po pogrzebie taty po raz pierwszy zrozumiałam, że „memento mori” nie zna-czy: umartwiaj się, samobiczuj, żałuj za grzechy, bo w każdej chwili może cię dopaść kostucha, łeb ci obetnie i wyrówna rachunki, a wtedy już tylko płacz i zgrzytanie zębów. Po pogrzebie ona nadal była blisko. A ja w tej jej obecności czułam, że wszystkie moje problemy, sytuacje, które mnie dotąd przerastały, od których uciekałam, przed którymi się broniłam, stały się jakieś proste, zwykłe. Z potworów wyleciało powietrze. Żałoba minęła, wróciłam do życia i przeganiam śmierć. I tylko od czasu do czasu dopadają mnie myśli, że jej codzienna, uświadomiona obecność chyba dawałaby mi spokój i życie byłoby prostsze.

Pani jest Kaszubką i na pewno była Pani w kościele w Kartuzach, który jest zbudowany na planie trumny...

Dach tego kościoła ma kształt wieka trumny. Memento mori...

Wracając do rozpaczy: czy rozpaczliwie walczyła Pani o coś?

Tak, rozpaczliwie prosiłam wtedy Boga i do końca nie gasła nadzieja, że zdarzy się cud. Że tata wyzdrowieje. Ale cudu nie było... A może był, tylko nie taki, jakiego chciałam, więc nie zrozumiałam go...

W naszym życiu wszystko jest odwracalne oprócz tej jednej rzeczy.

No właśnie. Ona jest wpisana w umowę o życie, jest naszą codzienną towarzyszką. Więc dlaczego żyjemy tak, jakby jej nie było, jakbyśmy byli wieczni? Dlaczego nie umiemy, jak radzą mędrcy, żyć i cieszyć się każdym dniem, jakby był naszym ostatnim?

Przemijanie traktuje Pani jako pewnik i daje ono Pani energię do dobrego życia?

Ależ mnie przemijanie zasmuca! Zawsze tak było, nawet w dzieciństwie. Zasmuca mnie, że wszystko przemija, ale się nie buntuję. Przyjmuję każdy kolejny etap na każdej płaszczyźnie - jako matka, jako kobieta, aktorka...

 

A jak Pani zapamiętała ojca? Taka scena, która staje w pamięci, która go jakoś definiuje, pokazuje prawdę o Waszej relacji?

Ilekroć myślę o nim, to pierwsze, co mi staje przed oczami – mój tato z ostatnich lat życia, czekający z mamą w przedpokoju, żeby nas powitać. Przygarbiony, uśmiechnięty. Ma na sobie niebieski sweter.

Jaka była Wasza relacja? Córki bywają rozpieszczane przez ojców.

On miał tylko dwóch braci. Pierwszym jego dzieckiem był mój starszy brat, a ja byłam pierwszą dziewczyną w rodzinie. Więc byłam jego córeczką. Ale z drugiej strony skoro już byłam jego córeczką, to musiałam być idealna. „Moja córka jest najlepsza. Jeśli nie najlepsza, to właściwie nie moja córka” – tak to odczuwałam... Taty już nie ma, a ja ciągle nie spełniam jego oczekiwań. Cokolwiek robię, czuję niedosyt. Pewnie na palcach jednej ręki mogłabym policzyć sytuacje, kiedy byłam z siebie zadowolona. (śmiech)

Pani ciągle mało?

Tak. I zawsze myślę, że można było lepiej.

Tata nie był z Pani zadowolony? Osiągnęła Pani właściwie wszystko, jeśli chodzi o aktorstwo.

Cieszył się moimi sukcesami, chwalił się nimi, więc czułam, że muszę je dostarczać. (śmiech)

Wysoko postawiona poprzeczka. Cierpiała Pani z tego powodu?

To dość męcząca cecha: zamiast cieszyć się tym, czego dokonałam, martwię się tym, czego nie udało mi się zrobić.

Jest Pani odważna w rolach, a w codzienności, na czym by dzisiaj polegała odwaga?

Na życiu bez masek. Ale to mogłoby być postrzegane jako kompletne wariactwo.

Gra Pani w tak zwanych mocnych, wywrotowych spektaklach. Czy Pani sama się jeszcze

przeciwko czemuś buntuje?

Na przykład nie ma we mnie zgody na tę powszechną potrzebę dbania o cudzą moralność, na tę walkę o czystość cudzych sumień. Tak to pochłania niektórych ludzi, że nie mają czasu zajrzeć do własnego wnętrza. A zapewne mogliby tam znaleźć sporo do zrobienia. Nie ma we mnie zgody na te lincze w mediach uprawiane na co dzień, którymi podnoszą sobie ciśnienie i samopoczucie jak poranną kawką. Nie chcę brać w tym udziału.

Czego się boi Danuta Stenka?

Przede wszystkim swojej własnej głowy. To moja głowa produkuje lęki.

A czego się Pani boi, myśląc o swoich córkach?

Chciałabym, żeby nie uległy, nie dały się omamić agresywnemu pędowi tego świata, żeby się w nim nie pogubiły jako ludzie. Chciałabym dla nich tego, czego i dla siebie, co powtarzam do znudzenia – szczęścia płynącego z harmonii wewnętrznej.

Wychowując dzieci, trzeba chronić ich autonomię. Pani córki weszły już w etap buntu?

Oczywiście, że walczymy, przepychamy się. (śmiech) Ścieramy się, spieramy, kłócimy, ranimy nawet – jak to w rodzinie. Ale cieszę się, że z całego tego bałaganu chce nam się wyciągać wnioski. Że umiemy się zatrzymać...

Pośpiech Panią męczy?

Nie jestem przyspawana ani do telefonu, ani do maila. Mój mąż się śmieje, że używam komórki jak budki telefonicznej – korzystam z niej tylko wtedy, kiedy muszę gdzieś zadzwonić albo wysłać SMS-a, poza tym leży odłogiem na dnie torebki, często wyłączona. Nie jest to dalekie od prawdy, ale kiedy wchodzę do studia czy na próbę, muszę wyłączyć telefon. Po czym nie pamiętam, że wyłączyłam i zapominam o jego istnieniu, bo nie dzwoni. Kiedy muszę z niego skorzystać, orientuję się, że jest wyłączony od dwóch czy trzech dni. Włączam, a tam lawina! Nie zdążam odpowiadać na te telefony, SMS-y, wiszą nade mną jakieś niepozałatwiane sprawy. Nie zachowuję się jak człowiek pierwszej połowy XXI wieku...

No to ma Pani luksus bycia poza zasięgiem. (śmiech)

Mam też takie poczucie, że ten pociąg życia strasznie szybko pędzi i ja ciągle nie zdążam do niego wsiąść. On już pojechał, a ja stoję na stacji. Mogłabym go pewnie dogonić jakimś kolejnym? Tylko nie wiem, czy chcę... Zachowuję się, jakbym przyleciała z innej planety. (śmiech) Z rzadka czytuję gazety, prawie nie oglądam telewizji, natomiast słucham radia. Nie tyle muzyki, co – jak za dawnych czasów – stacji, które do mnie mówią, które ze mną rozmawiają. Ale są chwile, kiedy radio jest niedostępne, wtedy tracę kontakt ze światem. I prawdę mówiąc, wcale nie jest mi z tym źle. Dopóki się znowu z nim nie zderzę, dopóki nie uświadomi mi, że opuściłam tyle lekcji! Że jestem nieprzygotowana do zajęć! Że muszę dogonić, wyrównać, prześcignąć! Tak. Ten natłok informacji mnie męczy, ten pęd mnie rozstraja. Czasami czuję się jakby mnie ktoś okradł z mojego życia, jakbym musiała żyć według czyjegoś scenariusza, w czyimś rytmie... A ja nie chcę!