Odkrywam w sobie kobietę

Jestem na bardzo ciekawym etapie życia. Odkrywam swoje potrzeby jako kobiety, jako człowieka, żony. Mam ogromny apetyt na życie. Mam wielką potrzebę emocji, odczuwania. Zdałam sobie sprawę, że żeby żyć dalej, muszę wiedzieć, że daję coś ludziom. Sama chcę być szczęśliwa, ale mam taką naturę, że chcę też, żeby ludzie byli szczęśliwi. Ale nie chcę zapominać o moich potrzebach. Bo one też się liczą.

Moje życie inspiruje

Powstaje film o naszym życiu kręcony przez Andrzeja Wajdę, którego poznaliśmy, gdy zaczęły się strajki w 1980 roku. To będzie przede wszystkim film o Lechu i o ludziach, którzy robili Solidarność. Ale pojawię się też ja. W tej roli będzie Agnieszka Grochowska. 13 grudnia zeszłego roku miałam z nią spotkanie. Wiem, że bardzo przeżywa tę rolę. Ja natomiast czuję z panią Agnieszką mocną więź. Ona jest charakterologicznie bardzo do mnie podobna. Jest w niej hart ducha. Miałyśmy długą rozmowę o rodzinie, o dzieciach, o życiu. Pani Agnieszka myślała o macierzyństwie. Wiem, że po naszej rozmowie zaszła w ciążę i spodziewa się dziecka! Ogromnie mnie to ucieszyło! Jeśli zaś chodzi o inne inspiracje naszym życiem – to spotkałam się podczas IV edycji festiwalu Karuzela Cooltury w lipcu w Świnoujściu z Krystyną Jandą, która przygotowuje monodram oparty na mojej książce.

Po co napisałam książkę?

Prawda jest sensem życia człowieka. Albo człowiek jest prawdziwy od początku do końca, albo nie. Ja nic nie ukrywam. Uważam, że szczerość jest w życiu najważniejsza. Dlatego też napisałam moją książkę. Jest w niej realizm i prawda. Zrobiłam to dla mojego męża. Żeby niektórzy zobaczyli, jak to wszystko wyglądało naprawdę. Byłam w niej szczera do bólu. Ale nie mogło być inaczej. To jest moje życie, moje odczucia. Będąc w tej książce szczera, zobaczyłam też, że prawda ma swoją cenę. Zawsze byliśmy krytykowani przez ludzi małych, złych. Ale my wiemy, że prawda zawsze kosztuje. Na szczęście „psy szczekają, karawana idzie dalej”.

Kolację mąż bierze sam

Zawsze wydawało mi się, że jako kobieta i mężczyzna, jako mąż i żona jesteśmy jednym. A to nieprawda. Zrozumiałam to po 43 latach małżeństwa. Mamy zupełnie inne osobowości. Bardzo się różnimy. Dopiero teraz dojrzałam w pełni osobowościowo i chcę żyć dla siebie. I dlatego jako małżeństwo wchodzimy teraz w inny etap. Kiedyś to tylko myślałam o tym, jak dogodzić mężowi. Byłam od wykonywania zadań: ubrania, nakarmienia dzieci. Wszystko robiłam dla innych. Teraz myślę, że my, kobiety, jesteśmy trochę głupie. (śmiech) Owszem, śniadanie i obiad zrobię mężowi. Ale kolację już bierze sobie sam! I nawet się cieszę, bo przez to mniej do lodówki zagląda. (śmiech) My jesteśmy dobrym związkiem. W młodości wszystko działo się szybko i spontanicznie. Nie było czasu na zastanawianie się. Teraz delektujemy się życiem, smakujemy je. Dziś żyjemy coraz mądrzej. Uzupełniamy się. To bardzo dobry etap naszego życia. I nie jest tak, że rozmawiamy ze sobą tyko za pomocą internetu. (śmiech) Ja po prostu pogodziłam się z tym, że dla mojego męża komputer jest narzędziem pracy.

Nasze życie

Wiem, że Lech mnie bardzo kocha. Ale po swojemu. (śmiech) Jesteśmy dzisiaj dziadkiem i babcią, mamy dziesięcioro wnucząt. Mój mąż zachowuje się jak dziadek. I czasami mocno szura. Nie tylko kapciami... (śmiech)

On był największy

Jan Paweł II był najważniejszym autorytetem w moim życiu. I nadal jest. Widziałam wielkich tego świata, ale z nich wszystkich On był największy. On ze swojego życia zrobił wielkie świadectwo wiary. Ja pochodzę z prostej rodziny, miałam ośmioro rodzeństwa. I poradziłam sobie. Moje życie udało się dzięki wierze. Po prostu nie prosiłam w modlitwach o wszystko, nie chciałam zbyt wiele. Dziękowałam za to, co życie dawało mi w danym momencie. Że po nocy wstaje dzień. Że żyję, że jestem zdrowa. Dużo rozmawiałam z Ojcem Świętym na te tematy. On zawsze poświęcał mi czas. Lech czasami mnie pytał: „A o czym ten Ojciec Święty tak z tobą rozmawiał, kobieto? Co on w tobie widzi?”. (śmiech)

Mamuś, dobrze było

Czy czegoś mi żal? Niczego w życiu nie żałuję. Kiedyś tylko rozmawiałam z moim najmłodszym synkiem Jarosławem. I pytam: „Synu, czy ja za mało dałam ci czasu, uwagi? Za mało z tobą w dzieciństwie rozmawiałam, że teraz ci się tak nie udaje? Czy masz do mnie żal? Albo do ojca?”. A on na to: „Mamuś, dobrze było. Ty przecież nie mogłaś inaczej”. Ale wciąż jak mam gorszy dzień, to sobie myślę: „Poświęciłam rodzinę dla dobra ludzkości...”.

To mnie uspokaja

 

Morze odkrywałam po przyjeździe do Gdańska. W latach 70. mieszkaliśmy w dzielnicy Stogi, skąd idąc przez las, w pół godziny dochodziło się do plaży, chyba najrozleglejszej w Gdańsku. Właśnie tam chodziliśmy całą rodziną. Mąż pływał, dzieci się kąpały, lepiły babki z piasku, zbierały bursztyny. A ja się opalałam. Nie pływałam. Mąż pływa, wszystkie moje dzieci umieją pływać. A ja nie. Później, po Sierpniu 1980 roku, praktycznie nie mieliśmy czasu i możliwości wspólnego chodzenia nad morze. Ogrom morza wpływa na mnie kojąco. Dlatego staram się raz, dwa razy w miesiącu pojechać z koleżankami nad morze.

Mogłam przetańczyć całą noc

W młodości chodziłam piechotą na potańcówki, które odbywały się w odległej o kilka kilometrów remizie. Dziewczyny w moim wieku w sobotę lub w niedzielę zbierały się w grupę. Każda ubierała się w to, co miała najlepszego, i szłyśmy na te potańcówki. Imprezy odbywały się przeważnie pod wieczór. Grała jakaś orkiestra i się tańczyło. Nie, ja nie stałam pod ścianą, czekając, aż ktoś mnie poprosi do tańca, bo uwielbiałam i uwielbiam taniec! Jeśli tylko miałam partnera, mogłam przetańczyć całą noc. A i teraz też bym przetańczyła, gdybym tylko miała odpowiedniego partnera! Zresztą moim niespełnionym marzeniem było pięknie tańczyć taniec towarzyski! Gdy jestem na jakimś pokazie tańca i widzę, jak tańczą, tak mnie to pociąga! Nie wiem dlaczego. Może taniec mam w duszy? Być może w duszy najstarszej córki Magdy zostało coś z tego mojego tańca i dlatego kiedyś ćwiczyła balet? No, ale niestety, jej karierę baletową przerwała kontuzja.

Moje miejsce

To coś więcej niż mieszkanie. W swoim życiu wielokrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, chyba osiem razy. Można nawet powiedzieć, że zmieniając miejsce zamieszkania, szukałam swojego miejsca na ziemi. Uważam, że każdy musi szukać swojego domu, swojego miejsca. Z czasem, wcześniej lub później, ale jednak je odnajdzie. Tym moim miejscem na ziemi stał sięw 1968 roku Gdańsk, gdzie po wyjeździe z rodzinnej wsi jakbym narodziła się na nowo. Moim zaś domem stał się dom wraz z ogrodem położony w Gdańsku-Oliwie przy ul. Polanki 54. Tu jest moje miejsce, tu jest mój dom. I tu pozostanę.

Nie lubię ponuraków

Jestem osobą energiczną, ale zarazem potrzebuję energii do życia i działania. Jeśli jej brakuje, wymyślam sobie coś, np. problem, zadanie do rozwiązania, co mnie pobudza, doładowuje. Lubię się spotykać z ludźmi obdarzonymi podobnym, energicznym charakterem. Spotkania, rozmowy z nimi dużo mi dają, nie przepadam za ponurakami i smutasami.

Ha, ha, ha...

Dla mnie uśmiech łączy się z energią, dobrą mocą. Gdy się uśmiechamy, drugi człowiek odczytuje, czy go akceptujemy, czy nie, czy przekazujemy dla niego dobrą moc.

Lech nauczył mnie wolności

Dla wielu ludzi jesteśmy symbolem walki o wolność. Ale ja myślę o wolności w wymiarze osobistym. Człowiek, który nie jest wolny, nic w życiu nie osiągnie. Człowiek musi być wolny. Musi to czuć. Nie trzeba się bać. Trzeba odważnie iść przez życie. Bo trudności są, ale one też miną. Trzeba żyć po swojemu. Lech mnie tego nauczył. On przecież nie pociągnąłby za sobą tylu ludzi, nie zmieniłby świata, gdyby nie był wolny. Ja przy nim nauczyłam się wolności. I teraz z niej korzystam. Bo motto mojego życia brzmi: człowiek musi czuć się wolny.

Co by było, gdyby...

Każdy człowiek ma w swoim życiu rozdziały, które ja nazywam narodzinami na nowo. Ja w swoim życiu rodziłam się na nowo kilka razy. Pierwszy raz, opuszczając na zawsze rodzinne strony i osiedlając się w Gdańsku. Ostatni raz jakby narodziłam się na nowo, przygotowując książkę „Marzenia i tajemnice”. Każdy rozdział, jak każdą sprawę, należy zamknąć. Oczywiście nie bezrefleksyjnie! Należy jedynie wyciągnąć prawidłowe wnioski. Absolutnie nie należy rozpamiętywać, cofać się, gdyż można popaść w beznadzieję, marazm, zamiast rozwijać się, czyli przejść do nowego etapu, rozdziału życia. Tak, gdy nie potra fimy zamknąć jakiegoś rozdziału, cofamy się. Dlatego ja nigdy nie rozpamiętuję „co by było, gdyby...”. Zastanowię się, wyciągnę wnioski i stawiam krok do przodu.