GALA: W ósmej klasie szkolna psycholog powiedziała Panu: „Lubisz rysować, to może zostaniesz projektantem mody”. Prawie 20 lat temu to był trochę surrealistyczny pomysł.

DAWID WOLIŃSKI: Ja nawet wtedy nie słyszałem o takim zawodzie. Ale po spotkaniu z panią Małgosią zacząłem rysować sukienki. Jakieś koszmary, do których doklejałem kryształki.

GALA: Przeglądał Pan szafę mamy?

DAWID WOLIŃSKI: Miałem ulubioną suknię z Peweksu. To były takie sklepy, w których kupowało się za dolary. A suknia była fantastyczna, do ziemi, troszeczkę jak zbroja. Z granatowego lureksu, pokryta brokatem, który świecił na czarno. Pamiętam jeszcze złoty szal mamy z bardzo długimi frędzlami. Z siostrą na różne sposoby ubieraliśmy w niego naszego psa.

GALA: A jak Pan się wtedy ubierał?

DAWID WOLIŃSKI: Bardzo byłem kreatywny (śmiech). Malowałem na dżinsach czerwoną, żółtą i niebieską farbą lampasy, wzory, napisy. Takie graffi ti, które za jakiś czas stało się modne. Od wszystkiego, od czego tylko się dało, obcinałem rękawy.

GALA: Kiedy już Pan wiedział, że na pewno chce zostać projektantem?

DAWID WOLIŃSKI: Poszedłem do liceum plastycznego ze specjalnością tkanina artystyczna. Poznawałem ciuchy od środka, uczyłem się splotów, ręcznego tkania. Od tamtego czasu nienawidzę działać wbrew tkaninie. Jak ktoś podkleja szyfony i one sterczą, są sztywne, dla mnie jest to masakra. Większość projektantów obchodzi się z jedwabiami jak z jajkiem, niosą w paluszkach i boją się przeszyć. A ja każdą tkaninę najpierw sprawdzam, gniotę, piorę, wyciskam z niej siódme poty. Ona musi być moja i dopiero wtedy coś z nią robię. Stąd moja pierwsza kolekcja cała była podarta.

GALA: Taki pierwszy pokaz to ogromna niepewność. Czy się spodoba, czy ktoś będzie chciał w tym chodzić. 

DAWID WOLIŃSKI: Bałem się, ale byłem pewny kolekcji. Podobała mi się i pomyślałem, że jak ktoś będzie krytykował, to nie z pobudek merytorycznych. Moja mama sprzedała samochód, żebym mógł zrobić pierwszy pokaz. Cała kolekcja powstawała w kilka miesięcy, była inspirowana latami 70., ale w wydaniu luksusowym. Szlachetne materiały, jedwabie, kaszmiry, dużo zdobień kryształami, haftami. 19 modeli.

GALA: I wielki sukces. Został Pan uznany za najlepszego debiutanta roku.

DAWID WOLIŃSKI: Przyszło mnóstwo ludzi, dostałem duże brawa. Był Wojtek Fibak, Justyna Steczkowska, Beata Sadowska. A tydzień po pokazie, w sobotę, nagle przyszła do mnie do domu Zosia Smoktunowicz i mówi, że chce kupić spódnicę. Byłem przerażony, że rozkompletuje mi kolekcję. Na początku nienawidziłem sprzedawać swoich rzeczy. Chciałem nawet doszywać spódnicę, którą Zosia kupiła. Potem przyszła Grażynka Torbicka i też coś kupiła. Niedawno mi mówiła, że jeszcze nosi sweterek z tamtej pierwszej kolekcji.

GALA: Pana żakiet pojawił się na okładkach portugalskiego i niemieckiego „Elle”.

DAWID WOLIŃSKI: W styczniowym numerze, sesja miała tytuł „To rok magii”. A żakiet powstawał trzy miesiące. Najpierw była konstrukcja z satyny, potem doszły do tego fastrygi. Kupiłem w secondhandach masę wełnianych swetrów haftowanych kryształami. Wycinałem kryształy z wełnianymi włosami i naszywałem na satynę. Jeszcze dodałem kawałek futerka.

GALA: Sam Pan to robił?

DAWID WOLIŃSKI: Z jedną krawcową. Pracowałem od 11 do 19 w „Twoim Stylu”, a później w swojej pracownii do czwartej w nocy. W sobotę i niedzielę też. Aż mąż pani Uli zaczął się buntować, że może chociaż niedzielę moglibyśmy odpuścić.

GALA: Każda Pana rzecz powstaje tak długo?

DAWID WOLIŃSKI: Często tak mam, że coś już jest gotowe, ale czuję, że jakby nie do końca. Odwieszam, chodzę wokół niej, patrzę, myślę. I nagle widzę, co jeszcze trzeba dodać. Bardzo ważne są dla mnie podszewki, przeszycia, guziki. Aldona Wejchert zawsze mi mówi, że „w moich rzeczach najpiękniejsze są detale”.

GALA: „Mistrz kobiecych sukienek, jak mało kto rozumie tajemnice kobiecej sylwetki” – przeczytałam o Panu na jednym z portali modowych.

DAWID WOLIŃSKI: Uważam, że ubranie powinno podkreślać seksowne cechy człowieka, zarówno kobiety, jak i faceta. Moda jest po to, żeby pokazać, że jest się atrakcyjnym. Ma dodać nam odwagi, pewności siebie i sznytu. Oszpecanie się, robienie się na dziwnego czy ciekawego mnie nie kręci. Nie rozumiem, jak ktoś mówi, że w tej kolekcji będzie motyw rzeki. I we wszystkich sukienkach jest coś, co wygląda niby jak rzeka. Kobieta nie potrzebuje rzeki na sukience, tylko potrzebuje, żeby jej pupa i piersi wyglądały fajnie.

GALA: Na pewno Małgosia Kożuchowska.

DAWID WOLIŃSKI: Jedyna aktorka, która naprawdę wie, co dzieje się w prawdziwej modzie. Ceni dobre tkaniny, zawsze ma dobre dodatki, świetne buty.

GALA: Do Pana atelier na Mokotowie przychodzą tylko celebrytki?

 

DAWID WOLIŃSKI: Celebrytki zaglądają bardzo rzadko. Przychodzą kobiety, które mają sukces towarzyski, finansowy i zawodowy. Ale zdarzają się też klientki, które długo oszczędzają na sukienkę ślubną czy wieczorową. Potem dostaję od nich esemesy: „Panie Dawidzie, tego wieczoru poczułam się cudownie”. Jedną z pań namówiłem na totalnie obcisłą sukienkę z czarnego jedwabiu. Poszła na wesele i mąż od nowa się w niej zakochał. Bardzo lubię sprawiać moimi strojami radość. Na bal TVN przygotowałem suknię pani generałowej Petelickiej. Miałem bardzo nowoczesny pomysł, czerwona, luźna, zebrana tuż nad kostkami. Generałowa zgodziła się, ale wyczuwałem w niej pewien lęk. A na balu podchodzi do mnie generał i mówi, że jestem geniuszem, zupełnie jak chłopaki z GROMU, że nigdy żona tak pięknie nie wyglądała i dziś zobaczył, jaki skarb ma w domu.

GALA: Pana największy sukces?

DAWID WOLIŃSKI: To, kim jestem, co osiągnąłem, i to, że mi nie odbija. Też to, że mam kompletną swobodę, od nikogo nie zależę. Nie umiałbym robić rzeczy według czyjegoś wyobrażenia.

GALA: Myśli Pan o pokazie podczas tygodnia mody w Paryżu czy Mediolanie?

DAWID WOLIŃSKI: Nie jestem gotowy, żeby zacząć tak dużą produkcję. Chyba mnie to nie kręci. Wolę robić pojedyncze rzeczy, sam nad wszystkim pracować. A seryjna produkcja, czy to będzie tania Zara, czy ekskluzywny Dior, to zawsze jest masówka. Do mnie przylatują klientki z Moskwy, Monako, Hongkongu, które mogą kupić Diora, tyle że tego Diora może kupić tysiąc innych osób. Aldona Wejchert na otwarcie domu we Francji wybrała moją sukienkę, mimo że miała też drugą od Stefano Pilati. Napisała mi wtedy esemesa: „Pilati przegrał”.

GALA: Pana sukienki noszą też Paris Hilton, Nicole Richie.

DAWID WOLIŃSKI: Z Paris Hilton była nawet bardzo zabawna sytuacja. Mieszkałem wtedy w jednym z hoteli w Los Angeles i poszedłem tam do klubu. Akurat była tam Jessica Simpson, Leonardo DiCaprio, Nicole Kidman. Dziwnie się czułem, bo wszystkich tych ludzi znałem i zarazem nie znałem. Co chwila ktoś mnie zaczepiał i pytał o mój szal. Mówiłem, że jestem projektantem z Polski. A Paris zaproponowałem, że za chwilę przyniosę jej moją sukienkę. Była dokładnie w jej stylu. Spódnica z doszytymi dwoma szalami, zasłaniającymi biust, a z tyłu gołe plecy. Paris poszła do łazienki się przebrać i do końca wieczoru już została w mojej sukience.

GALA: Jest gwiazda, którą chciałby Pan zobaczyć w swojej sukience?

DAWID WOLIŃSKI: Na pewno nie może mnie zainspirować żadna plastikowa lala z silikonowymi ustami. Nie kręci mnie Sarah Jessica Parker, obwołana ikoną mody. Kiedyś marzyłem, żeby ubrać Ditę Von Teese. Inspirował mnie klimat wokół niej, półświatek, paryskie lokale, dym z papierosów, szampan. I nagle Dita przyjechała do Polski na imprezę „Playboya”, a ja miałem się nią zająć. Poznałem ją, polubiliśmy się i ma teraz dużo moich sukienek (śmiech).

GALA: A Pan za granicą zagląda najczęściej do czyich butików?

DAWID WOLIŃSKI: Yves'a Saint Laurenta, tam wszystko na mnie dobrze leży. Aczkolwiek nie mam chyba w domu jednej rzeczy, która nie byłaby przerobiona. Ostatnio kupiłem smoking Armaniego, chociaż nie znoszę tej marki. Ale spodobała mi się tkanina. Marynarkę w rozmiarze cd, spodnie ec, nie dlatego, że jestem gruby, tylko żeby mieć ogromne, szerokie, lejące się spodnie. I w mojej pracowni wyszło z tego coś pięknego, jakbym odziedziczył ten smoking po prapradziadku. Na metce „Giorgio Armani” na ukos przyszyłem swoją metkę. Uwielbiam robić dekonstrukcję.

GALA: W jakim miejscu widzi Pan siebie za pięć lat?

DAWID WOLIŃSKI: W jakimś ciepłym. U nas jest zdecydowanie za mało słońca. Teraz byłem kilka dni w Tel Awiwie, cudowne miejsce. Orgia spektakularnych smaków i widoków. Poznałem tam potencjalne klientki i kto wie, czy za kilka lat moje główne atelier nie będzie właśnie tam.