Z Katarzyną Miller postanowiłam porozmawiać o problemie, jakim jest zanik poczucia własnej wartości, który dotyczy wielu kobiet pozostających w toksycznych związkach. W ramach naszej kampanii #dbamogłowę psychoterapeutka opowiedziała nam o tym, kim tak naprawdę jest "wampir energetyczny", a także udzieliła cennych wskazówek, jak nie niszczyć swojej samooceny.

 

Sandra Hajduk: Mam wrażenie, że między relacjami w naszych związkach, a poczuciem własnej wartości istnieje korelacja. Często to poczucie własnej wartości bywa kluczowe w tym, czy związek odnosi sukces czy nie. Mam rację czy się mylę?

Katarzyna Miller: Ma Pani rację. Jest to podstawowa wiedza na ten temat i bardzo chciałabym, by kobiety zdawały sobie z tego sprawę. Niestety tak nie jest, a kobiety myślą często odwrotnie: wierzą, że związek pomoże im polepszyć ich poczucie własnej wartości. To bardzo chybione myślenie, skazane na porażkę. Kobiety polskie są piękne, ale „publiczność” podziwiająca te kobiety nie myśli o tym, co dzieje się w ich środkach. Oczywiście zawodowo i społecznie radzą sobie świetnie, udowadniają, że potrafią być lepsze od mężczyzn, natomiast bardzo cierpią w związkach, m.in. z powodu niespełnienia intymnego.

Tak naprawdę to kwestia kilkuset lat, patriarchatu, tego, jak różni się wychowywanie dziewczyn od wychowywania chłopaków. Dziewczyny uczy się, by służyły, były ładne, spełniały cudze oczekiwania. Dodatkowo ważne jest to, że polskie kobiety mają nieszczęśliwe matki. Ja zawsze na rozmaitych , także kilkusetosobowych,  spotkaniach z kobietami pytam, która z pań ma szczęśliwą mamę. Powiem Pani, że więcej niż pięć się nie zgłasza.

Niektóre czasem, ale też rzadko, mówią, że ich mamy zaczęły się zmieniać, bo one same się zaczęły zmieniać. Czasem bywa też, że zmienia się nawet babcia, ale to naprawdę rzadkość. Nie uczy się kobiet asertywności. Przeciwnie - podkreśla się "bądź miła, to nic ci się nie stanie". Bardzo wiele kobiet pomstuje na szefową, która je niszczy, na szefa, który sobie na zbyt wiele pozwala, na koleżanki, z którymi się nie dogadują. Nie ma jednak w tym zastanowienia się jak to zmienić. Jest postawa cierpiętnictwa. To zdecydowanie wspólna cecha wszystkich kobiet. Cierpienie "uszlachetnia" i z tego założenia wychodzimy.

Jeśli chodzi o związki - proszę się zastanowić, jak często mamy w domach taką sytuację: mama mówi do dziecka: "bądź cicho, bo tatuś będzie zły”, "ojciec cię kocha, po swojemu" wtedy gdy jest domowym tyranem. Nie chwali się dzieci, rozlicza się je z tego, czy dostało się 4 czy 5, choć rodzice nie byli wcale piątkowymi uczniami. Ja nie chcę mówić, że tylko faceci są niefajni. Bywa i tak, że to kobiety w domach są pełne negatywnych emocji, złego nastroju, wzajemnych pretensji. Ale to wina tego, że nie uczy się nas, że nie musimy się zgadzać, że każdy może robić swoje. Bo co znaczy "robić swoje"?

A czy to, o czym Pani mówi jest charakterystyczne dla Polek czy dla kobiet w ogóle?

Nie pracowałam z Francuzkami czy Włoszkami, ale wystarczy spojrzeć na naszą literaturę i filmy versus te francuskie czy włoskie. Jest wielka różnica w tym, jak żyją Francuzki, planują życie, traktują mężczyzn, a jak my. Mamy bardzo rzymskokatolicki sznyt, mamy nie być grzesznicami. Poza tym - wszystko zawsze idzie u nas pod dywan. Nie rozwiązujemy problemów.

Zastanawiałam się nad tym, po czym możemy poznać, że partner gasi poczucie wartości kobiety? Po czym poznać, że mamy obok siebie wampira energetycznego?

Po tym, że czegoś nam brakuje. Oczywiście czasem jednak może to świadczyć o tym, że dziewczyna za dużo oczekiwała. Jest mnóstwo męskich wampirów energetycznych i jeśli taki złapie dziewczynę o niskim poczuciu własnej wartości, a zawsze złapie, to sobie na niej  "używa". Ale dziewczyny też popełniają błąd - często się spieszą. Chcą wyjść za mąż za pierwszego, który się pojawi.Te piękne kobiety na początku skupiają się na uwodzeniu, ale potem zaczynają się denerwować i zadają sobie pytanie, którego serdecznie nie znoszę: "czy zdołam ułożyć sobie życie?" Uważają one, że małżeństwo, dzieci i dom je ustawią na zawsze. A przecież tak naprawdę to wtedy zaczynają się schody. Po drugie - marzą o romantycznej miłości, która jest mitem wymyślonym przez patriarchat po to, by kobiety były na sznurku. Kobiety  zakochują się, kiedy mówi się im, że są "inne niż wszystkie". Cieszą się kiedy mężczyzna mówi źle o byłej żonie. Ja radzę wtedy uciekać, a nie się cieszyć.

Jest bardzo niedobrze, kiedy od słów lub humorów  mężczyzny zależy nasz stan. Myślą: "co z tego, że mam ładne mieszkanie, fajnych znajomych, jeśli nie podobam się mężczyźnie". Nigdy nie spodobasz się tak prawdziwie mężczyźnie, jeśli nie spodobasz się samej siebie. Ja stosuję taką metaforę:

Rycerz jedzie na koniu, szuka królewny, pałacyku i ostatecznie go spotyka. Wjeżdża do środka, a tam nikogo nie ma. Bo to jedynie pałacyk. A mała królewna w środku płacze. Często w tej pięknej kobiecie jest niedokochana mała dziewczynka, która owszem, świetnie pierze, prasuje, sprząta i zna rachunki, ale na swój własny temat ma bardzo niedobre zdanie. Czeka, aż facet będzie jej terapeutą, ojcem, bankierem, przyjaciółką. To są nierealne marzenia. Ta nierealność marzeń to ważna część odpowiedzi, dlaczego nie udają się nasze związki.

 Bo związek rodziców  ma wielkie znaczenie - jeśli był smutny, pozbawiony radości, polegający na wzajemnym dopadaniu siebie, a nierzadko przemocowy, dziewczyna marzy bez sensownego, realnego wzoru, bo go nie miała. To nie jest tak jak na filmach, gdzie pokojówka nagle spotyka bogatego senatora i wszyscy są szczęśliwi.

A nawet, jeśli spotyka, to on nie zawsze jest Richardem Gere, prawda?

Ani ona Pretty Woman. Choć film jest rozkoszny.  Powiem brutalnie: ów "senator" pójdzie z nią do łóżka parę razy, a potem powie "maleńka, spadaj". Wyśle sms, albo nawet go nie wyśle.


W jednej z psychologicznych książek czytałam, że asertywność bardzo mocno wynika z poczucia własnej wartości. Jak być asertywnym w związku? Wydaje mi się, że kobiety miewają duży problem z mówieniem "nie".

Mnóstwo jest takich przykładów. Ona mówi: "Chodź do kina", a on na to: "Nie chce mi się". I taka kobieta jest rozżalona. Ma mu to za złe, bo przecież on miał wszędzie ją zabierać, chcieć tego, co ona. A faceci chcą zupełnie innych rzeczy. I to jest ok. Nie musimy chcieć tego samego. Ale taka kobieta ma często problem, by pójść do tego kina bez niego. Ona nie umie się cieszyć bez niego. Jednak ciągle jest tak, że wiele kobiet mniej kocha swoją pracę i pasję niż mężczyźni. Zaznaczyłabym, że łatwiej jest kobietom, które miały dobre relacje z ojcem. Zresztą psychoanalitycy duńscy wyróżnili cztery płcie: synowie ojców, synowie matek, córki ojców i córki matek. Bardzo mi się to potwierdza w moich obserwacjach. Kobiety, które były blisko z matkami, są bardziej reaktywne: szybciej czują się odrzucone, reprezentują "hierarchię dziobania". Zna Pani to określenie?

 

Muszę przyznać, że nie, natomiast brzmi ciekawie.

Kogut jako pan całego podwórka, gdy jest wściekły, dziobie swoją pierwszą żonę. Ona dziobie następną. Najgorsze jest to, że dziobią na końcu kurczaki. Kto zawsze dostaje w domu najwięcej? Dzieci. Zazwyczaj to tatuś dziobie pierwszy. Przełóżmy to na życie takiej pary: z reguły jest tak, że ta dziewczyna, która nie poszła z tym facetem do kina, traci relacje ze znajomymi. Bo ona nie pójdzie do tego kina z przyjaciółką. Co więcej, powie koleżance, która ją zaprasza, że nie może. To jest obraz hierarchii dziobania. Przecież to przyjaciółka powinna być ważniejsza od faceta, jeśli jest oczywiście prawdziwą, sprawdzoną przyjaciółką.

Mówi Pani o ważnej rzeczy, jaką jest wynoszenie pewnych cech z domu. Co jeżeli w naszym domu uczucia nie było odkąd pamiętamy? Czy taka kobieta ma szansę zbudować relację, w której jest asertywność i poczucie własnej wartości?

Znam pewną córkę alkoholika, która miała świetnego męża. Pytałam jej, skąd wzięła tę intuicję, a ona odpowiedziała: „Nie wiem, tak się ułożyło”. A przecież to intuicja mogła jej tylko podpowiedzieć, że z nim warto być. Są częste sytuacje, w których dziewczyna urodzona w trudnym domu, przerasta ten dom. Mamy bowiem dwa źródła naszego rozwoju: jedno to geny i wyposażenie, a drugie to środowisko. Oczywiście ważne jest to, co człowiek z tym robi, powiedziałabym, że napięcie pomiędzy wyposażeniem a środowiskiem potrafi być twórcze. Widzi Pani, są dzieci, które widzą, co się dzieje, wiedzą, że coś jest nie tak. Nie tylko sobie obiecują, że coś będzie inaczej, ale też robią z tym coś. Szybko wychodzą z takich domów, jest sporo kobiet, które szukają. Gdyby ich nie było, nie miałabym z kim pracować.

A gdy już uświadomimy sobie to, że terapia jest nam potrzebna, to czy na terapię kobieta pójść sama czy z partnerem?

Bardzo często kobieta przychodzi do terapeuty, by ten "przerobił" jej faceta. Z parą trzeba pracować tak by było jasne, że ważne są interesy obu stron. Czasem jednak mówię takim parom, że najpierw musimy popracować osobno, a dopiero potem w parze. Czasem jest tak, że jedna strona powinna popracować więcej, ale zazwyczaj ludzie dobierają się według swoich wyposażeni, braków. Zazwyczaj problem jest po obu stronach.

 

Mamy piękną, młodą dziewczynę realizującą się zawodowo. Inteligentną, zdolną. Dziewczyna ta funkcjonuje z także inteligentnym, do tego majętnym mężczyzną, który ma umiejętność manipulacji. Ten mężczyzna „zgniata” dziewczynę niczym orzech. Kto w tym momencie potrzebuje terapii bardziej - ona, dziewczyna, która dała się zgnieść, czy on, człowiek, który własne niedowartościowanie przykrywa taką właśnie manipulacją?

On nie ma poczucia, że potrzebuje terapii, bo myśli w ten sposób: "Wezmę ją, a jak nie ona, to znajdę następną". Niestety, kobiety pozwalają mężczyznom na straszne rzeczy. Przypadek, który Pani opisała pokazuje, że inteligencja tej kobiety nie jest inteligencją emocjonalną, prawdopodobnie nikt jej tego nie nauczył. Bierze takiego faceta-wampira z całym inwentarzem, wierzy, że złapała Pana Boga za nogi. Zaczyna zauważać, że jest jej przy nim źle, że coś ją boli, że on coraz częściej i boleśniej sprawia jej przykrość. Dostrzega, że na początku się nią zachwycał, a teraz już tak nie jest. On najpierw ją  umniejsza, poniża ,  a potem  przeprasza. Na ten temat jest już parę dobrych książek i to bardzo dokładnych. Jest taka książka „Kobiety, które kochają za bardzo” Robin Norwood. Jest też książka "Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną”"Maji Storch. Powstała książka Renaty Kim pt.: "Dlaczego nikt nie widzi, że ja umieram". Też o tym często piszę , a 30 czerwca wyjdzie moja książka ( z Suzan Gizyńską ) pt.: "Mam faceta - mam problem".

Widzi Pani, dużo jest wampirów męskich i kobiet, które nawet przy swojej inteligencji dają się przez nich  złapać. Bo ci faceci odwołują się do  marzeń i wewnętrznej niepewności. On do terapii? Gdzie tam! Przecież jest przewspaniały i świetny i bardzo z siebie zadowolony, tym bardziej im bardziej ją umniejszy. To ona powinna się wzmocnić! Ci faceci to przeważnie psychopaci, którzy żerują na tych kobietach. Kto pracuje na tych wszystkich mężczyzn-manipulatorów? Kobiety kierowniczki. To one nie zawalają, stresują się, czy coś dobrze zrobiły. A ci faceci? On przecież wszystko wie.

Kwestia poczucia wartości w związku to jedna rzecz, ale zanotowałam sobie też, przygotowując się do tej rozmowy, pojęcie „poczucia wartości hejtera”. Często bowiem zdarza się, że osoba, która nas krzywdzi, która w przestrzeni publicznej obrzuca nas błotem, jest po prostu zwyczajnie nieszczęśliwa wewnętrznie. Czy dobrze oceniam takie zjawisko?

Dokładnie tak. Powinna sobie Pani pogratulować, że to Pani zauważyła. Jeśli ma Pani możliwość rozmowy z taką osobą, to robi Pani bardzo dobrą robotę. Ale przecież zdarza się hejt w przestrzeni, gdzie dyskusja nie jest możliwa. Asertywność uczy właśnie tego, by olewać hejt. Człowiek mądry słucha krytyki, ale nie hejtu. Ludzie, którzy maja hierarchię wartości, poukładane w duszy, nigdy nie zrobią czegoś takiego., nie muszą hejtować ,żeby sobie , na chwilę , podnieść samopoczucie czyimś kosztem.

 

Czy to, że mamy jako społeczeństwo zaniżone poczucie własnej wartości wynika z faktu, iż jesteśmy wychowani w duchu pokory za wszelką cenę?

Nie zgadzam się. Bo to nie jest żadna pokora. My bardzo źle rozumiemy pokorę. Ja też kiedyś źle rozumiałam to pojęcie. To, o czym Pani mówi, to służalczość, niespełniona ambicja i pycha. Polacy chcą być mesjaszem narodów, a boją się, że są popychadłem. To zestawienie jest tragiczne, ponieważ ani nie jesteśmy dumni z tego co mamy, ani nie chcemy się uczyć. Chcemy mieć. Dotknęłyśmy dużego tematu, jest on wręcz polityczny. Nie ma w naszej historii równego, dobrego marszu. Albo nam coś zabierano, albo się na coś rzucaliśmy. Nie ma czegoś w naszej historii, co by trwało, spokojnie się rozwijało. Mamy ambicje, by być jak kraje Zachodu, a tymczasem moglibyśmy się uczyć od Czechów, a nie chcemy. Szkoda.

Pokora nie jest żadnym zginaniem karku, umniejszaniem siebie i zgodą na to, by ktoś nami rządził. A ludziom się tak czasem wydaje. Myślą, że pokora jest przekreśleniem siebie. Absolutnie tak nie jest. Kiedyś nie chciałam być pokorna, bo myślałam, że będą mi robić krzywdę, że będę ubezwłasnowolniona. Dotarło do mnie, że pokora to zgoda na moje zalety i moje nieumiejętności. To zgoda na to, że świat jest jaki jest. Nauczyli mnie tego trzeźwiejący  alkoholicy, z którymi pracowałam. Pokora to rezygnacja z pychy. Człowiek ma być z siebie dumny, jeśli oczywiście jest z czego. Ale duma to nie pycha, która jest wywyższaniem się.

Chciałabym Panią jako terapeutkę poprosić o garść porad, jak zbudować w sobie poczucie własnej wartości.

Zacznijmy od tego, że trzeba w wykonywaniu tych ćwiczeń być konsekwentnym. Po pierwsze trzeba sobie zdać sprawę, że siebie samą źle traktuję. Często szkoła nam to wpaja. Należy poświęcić trochę czasu na wytworzenie samoświadomości, uważności. Ludzie mają w głowie Rodzica Wewnętrznego karzącego. To bywa bardzo bolesne. Ten wewnętrzny głos bez przerwy nas pogania, ocenia negatywnie. A przecież oprócz tego Rodzica mamy w sobie jeszcze Dziecko. Ono potrzebuje być kochane, rozumiane, chwalone, ale tez czuć mądre granice, żeby  być bezpiecznie.. Ten  karzący Wewnętrzny Rodzic bierze się tego, że wielu z nas ma tych prawdziwych rodziców  bardzo mocno karzących, czasem okrutnych ,  a nawet niszczących. Ci ludzie słyszeli w dzieciństwie: "nie pętaj się pod nogami", "co się tak gapisz w to lustro, miss nie zostaniesz”, albo "dzieci głosu nie mają" itd. Itp.. Stąd też później mamy tego rodzica w głowie. Proszę zauważyć, ludzie sukcesu często mówią: "Moja mama we mnie zawsze wierzyła", "Mój tata bardzo mi pomógł". To jest ta baza. Oczywiście są też wybitne osoby, które wyszły z trudnych miejsc i sobie poradziły. Dlaczego? Bo wzięły wzór z innych i powiedziały sobie: Ja chcę sam siebie dobrze traktować. Namawiam do inwestowania w siebie, w rozwój osobisty , terapię , szczególnie grupową, medytacje, czytanie.

A do własnej , domowej pracy proponuję, między innymi,  do stałego ćwiczenia  "5 kroków Kasi":

Krok 1: Złap się na tym, że znowu sobie dopieprzam.

Krok 2: Pochwal siebie samego za to, że się na tym złapałam.

Krok 3: Przeproś  się za to, że sobie dowalasz

Krok 4: Sprawdź w środku, czy Wewnętrzne Dziecko usłyszało, że sama siebie przeprosiłaś i czy to przyjęło

Krok 5: Powiedz sobie za to co najmniej 5 dobrych rzeczy o sobie.

Chodzi o to, by nauczyć się przerabiać czarne myślenie na złote. Żeby nauczyć się przerabiać złe traktowanie samego siebie na dobre i przyjmować to do siebie. A to z kolei nauczy nas stania za sobą. Ale by naprawdę stać za sobą trzeba najpierw zobaczyć, że chcę stać za sobą.

Podkreślmy jedną ważną rzecz. Asertywność nie jest do wyuczenia się po wierzchu. Ona się rodzi od środka. Bardzo często ta praca musi zacząć się od terapii. Nie ma moim zdaniem nic ciekawszego w życiu do zrobienia, niż to by urządzić sobie swoje własne podwórko.

Ekspert Gala.pl:

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, felietonistka, nauczycielka akademicka. Ma na koncie ponad 30 lat praktyki psychoterapeutycznej. Prowadziła zajęcia z psychologii na Gender Studies. Autorka książek "Chcę być kochana tak, jak chcę" oraz "Bajki rozebrane".