Z Robertem Rutkowskim rozmawiałam prawie dwie godziny. Zależało mi, by człowiek, który sam zna cienie życia z nałogiem opowiedział o nim nie tylko jako terapeuta, ale - być może przede wszystkim -  jako ten, który sam przeszedł przez piekło. Przeczytaj naszą rozmowę. Warto.

Sandra Hajduk:Mam wrażenie, ze czas jest podwójnie trudny: nadal pozostajemy w częściowej izolacji, tracimy prace, trudno nam zaplanować przyszłość. Jednocześnie, ponieważ pracujemy w trybie home office, częściej pozwalamy sobie na drinka wieczornego nawet w środku tygodnia, bez okazji. Czy po tym wszystkim będzie więcej alkoholików i narkomanów w społeczeństwie? I czy w ogóle taki podział jest właściwy?

 

Robert Rutkowski: Wiele  lat temu dostrzegłem to i dzielę się tym, że alkohol i narkotyki to nie dwa, a jeden temat. Podział na alkohol i narkotyki jest sztuczny, rozmywa się. Alkohol jest w rzeczy samej bardzo silnym narkotykiem. Alkohol jest, z medycznego punktu widzenia, neurotoksyczną substancją o bardzo szkodliwym działaniu. Tylko że takie sformułowanie problemu nie jest zgodne z ogólnie panującym obrazem. To dosyć skomplikowana kwestia. Badania, na które się powołuję, są dowodem, że nie zwariowałem. Zadziwiające jest to, że tymi badaniami nie za bardzo interesują się lekarze. Nie raz próbowałem zainteresować nimi środowisko medyczne. Mamy do alkoholu stosunek jak do wioskowego bandziora, o którym wszyscy boją się powiedzieć, że jest bandytą, bo może zrobić nam krzywdę.

Zacytuję naczelnego lekarza Wielkiej Brytanii, który po opublikowaniu w 2018 badań, które zaprezentowałem, a propos rakotwórczości alkoholu, powiedział wtedy, że niestety prawdopodobnie nic się w tej materii nie wydarzy, ponieważ alkohol jest substancją legalnie dystrybuowaną w większości krajów na świecie. Zmniejszenie jego dystrybucji zagroziłoby PKB.

Przechodząc do Pani pytania a propos teraźniejszości - niepokojącym jest, że nie zmniejsza się dystrybucji alkoholu w tym naprawdę przedziwnym czasie. Rośnie skala przemocy. Ludzie są - używając potocznego języka w mowie polskiej - skoszarowani, pozamykani w czterech ścianach. To podnosi poziom agresji. Jednym ze sposobów na radzenie sobie z napięciem, które w nas tkwi, jest szukanie rozluźnienia w alkoholu, co w konsekwencji może prowadzić do uzależnienia.

Rakotwórczość alkoholu - tu chciałabym się zatrzymać w związku z mitem panującym na temat zdrowotnych właściwości alkoholu: wino to na trawienie, piwo na nerki, a wódeczka na przeziębienie - jak jest naprawdę?

Zna Pani teorię, że Ziemia jest płaska? Możemy wejść na taki poziom komunikacji. Ludzie mają pełne prawo, żeby pewne rzeczy analizować, interesować się nimi. Kiedyś Indianie umierali na katar, wtedy był on chorobą śmiertelną. Nauka zrobiła więc nieprawdopodobny krok naprzód. Dlatego takie informacje, że alkohol jest dobry "na coś", przypominają te z lat 80., kiedy mówiono, że papierosy są dobre na chorobę Parkinsona. Był taki okres w medycynie, kiedy proponowano ludziom palić papierosy, by ją zwalczać. Tymczasem jedną z przyczyn deficytu dopaminy w mózgu było to, że kiedyś chorzy palili właśnie papierosy.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu: picie wina a poprawienie trawienia i działanie antyoksydacyjne. Mamy tu qui pro quo. Prawdą jest, że w winie są antyoksydanty, ale to nie wino nim jest, a zawarty w winie składnik, który można znaleźć również w winogronach. Mowa o polifenolach, substancjach działających anty - rakotwórczo. Tyle dobrych wiadomości, bowiem oprócz faktu wprowadzania tych antyoksydantów do organizmu, wprowadzamy również aldehyd kwasu octowego. To ta substancja, która może zmienić kod genetyczny. Następuje duplikacja uszkodzeń DNA, a badania nad tym tematem trwały 26 lat.

Chciałbym też zwrócić szczególną uwagę na postrzeganie terminu "uzależnienie". W mojej nomenklaturze problem z alkoholem mają nie ci, którzy się od niego uzależnili - ci mają bardzo duży problem. Każda osoba, która pije alkohol, ma problem. Jeżeli mamy informacje, że alkohol wywołuje takie a nie inne negatywne konsekwencje, a nadal pijemy, to mamy problem. Ludzie jednak nie chcą tego wiedzieć i wyraźnie mówią mi, uwaga - nawet lekarze z problemem alkoholowym - że oni nie chcą tego wiedzieć. Oni są hedonistami, chcą się dobrze poczuć dzisiaj, a "jakiś" rak za "ileś" lat ich nie obchodzi. Takie myślenie jest konsekwencją uszkodzenia mieliny, z której jest zbudowana kora przedczołowa. Ta jest naszym dyrektorem: to jak żyjemy, jak planujemy, jakie mamy emocje, jest pochodną tego, w jakim stanie jest kora przedczołowa. Jeżeli wprowadzamy do organizmu substancje typu tytoń, alkohol, czy bardzo źle się odżywiamy, to możemy się liczyć z tym, że nastąpi osłabienie aktywności kory przedczołowej. Jaki to ma wpływ na nasze funkcjonowanie? Okazuje się, że nie dbając o korę przedczołową można dorobić się skrócenia czasu koncentracji, impulsywności, dezorganizacji, braku empatii i autorefleksji. Brzmi ciekawie, prawda? Widzi Pani, nie cierpię słowa "abstynent", bo to stygmatyzuje osobę w społeczeństwie. Dla mnie osoba, która nie robi rzeczy głupiej (a picie alkoholu uznaję za, delikatnie mówiąc, niefrasobliwość) nie powinna być stygmatyzowana.

A teraz ja zadam Pani pytanie. Jak Pani myśli, jaka jest główna odpowiedź, jaki jest główny powód, dla którego ludzie piją alkohol?

Dla rozrywki?

A myślałem, że powie Pani, że dla smaku. Widzi Pani, sama się Pani z tego śmieje. A słyszę tę odpowiedź często. Wystarczy przypomnieć sobie jak wyglądały nasze pierwsze próby podejścia do sfermentowanego produktu kiedy byliśmy nastoletni, jak reagował organizm jeśli chodzi o smak. Niech Pani przypomni sobie początki picia czerwonego wina - człowiek miał wstrząs, torsje i dygot. Z czasem presja społeczna powoduje, że człowiek rozsmakował się w alkoholu. Atrybutem dorosłości stało się to, by się napić. Być męskim, żeby przełamać tę słabość, że chce mi się wymiotować.

Widzi Pani. Mózg się mielinizuje do 25. roku życia. Dlatego pół biedy, jeśli osoba dorosła sięga po alkohol. Ale co zrobić z tymi małolatami, które popijają alkohol i uważają, że piwo to nie problem? My się skupiamy na uzależnieniu, ale problem pojawia się już przy sporadycznym używaniu. Badania pewnego amerykańskiego neurologa, o których dowiedziałem się podczas mojego pobytu w Sztokholmie, mówię o SPECT, pokazują, jak wygląda mózg w różnym kontekście. Nagle okazało się, że on badając ludzi pijących raz w tygodniu zorientował się, że ci ludzie, którzy nie są uzależnieni, mają bardzo wyraźne uszkodzenia mózgu. Jak Pani myśli, jak długo człowiek się regeneruje po takim jednym spożyciu alkoholu?

 Dwa dni? Mówię o kacu, nie znam danych naukowych.


Człowiek nawet po jednym, niewielkim spożyciu alkoholu uszkadza swój mózg przez 6 tygodni.

Widzi Pani, kiedyś przed laty, a mam za sobą burzliwą przeszłość dotyczącą zażywania narkotyków, odstawiłem je i zacząłem interesować się alkoholem, od którego nigdy się nie uzależniłem, bo traktowałem go jako ciekawostkę. Bardzo szybko się zorientowałem, że on jest kaprawy, że jest mało fajną ofertą. Tym bardziej zainteresowałem się tym, dlaczego ludzie tak chętnie po niego sięgają. Nie stałem się ortodoksem – miałem bardzo liberalne podejście do alkoholu przez długi czas. Ale wpadły mi w oko te wyniki badań SPECT i zacząłem się zastanawiać: Po jaką cholerę ja, akceptując siebie, mam wprowadzać do swojego organizmu substancję, która robi mi krzywdę? Przecież sięganie po alkohol udowadnia mi, że jestem słaby. A ja nie chcę uchodzić za osobę słabą i postanowiłem nie pić, nie będąc abstynentem. Nie uznaję słowa abstynent za dobre. Nie piję alkoholu od ośmiu lat i wcale nie tęsknię. I nie jestem "abstynentem".

Ludzie uważają, że ja zwariowałem, tylko widzi Pani: ja o mały włos nie zaćpałem się na śmierć. To mi daje legitymację. O mało co nie skończyłem 2 metry pod ziemią. Wiem, dlaczego wtedy brałem. Po tym, jak wyszedłem z terapii, postanowiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego człowiek ma skłonności autodestrukcyjne. Ludzie, którzy sięgają po środki odurzające, po prostu nie akceptują siebie.

Przypomina mi się historia pewnego mojego pacjenta. Otóż on za każdym razem, gdy wybierał się na imprezę, nie potrafił powiedzieć: „nie piję”, tylko musiał się czymś usprawiedliwić. "Nie piję, bo przyjechałem samochodem". Argument legł w gruzach, bo można było przyjechać i odjechać taksówką. Zaczął mówić: "Nie piję, bo brałem antybiotyk". Wie Pani, do czego to doprowadziło? Że kolejny raz, kiedy był w tym towarzystwie, wszedł na salę i słyszał: "Hej Antybiotyk, co u ciebie?" Zaczęto się z niego śmiać tylko dlatego, że wstydził się powiedzieć, że nie pije. Ludzie nie wstydzą się, że piją, ale wstydzą się powiedzieć, że nie piją. Alkohol jest jednym z najbardziej skutecznych anksjolityków. Bardzo mi dobrze znane słowo – poznałem wszystkie anskjolityki, począwszy od heroiny. Ona również jest środkiem euforyzującym. Podobnie jak benzodiazepiny czy marihuana.To jest jedna wspólna rodzina.

Czy to, że nie widzimy zagrożenia w alkoholu takiego jak w pozostałych odurzaczach jest tendencją charakterystyczną dla Polaków, czy ogólnoświatową?

Tak jest na całym świecie. Pracuję z ludźmi z różnych krajów. Alkohol jest jednym z największych oszustw na planecie, bo urósł do rangi lekarstwa. Mówi się o tym, że we Francji, gdzie spożycie wina jest znaczące, wino dobrze wpływa na problemy kardiologiczne Francuzów. Faktycznie, zachorowalność jest niższa, ale pomija się już fakt, że Francja ma jeden z wyższych wskaźników zachorowalności na marskość wątroby.

Rozłóżmy na czynniki pierwsze działanie rozluźniające alkoholu. Pacjenci proszą mnie, by nauczyć ich pić w sposób kontrolowany. Słyszała Pani o czymś takim?

Owszem, choć brzmi to jak oksymoron.

Trafiła Pani w sedno. A dlaczego tak?

Bo biorąc pod uwagę to wszystko, co Pan powiedział do tej pory, mam wrażenie, że używka w swoim założeniu nie powstała po to, by jej użycie kontrolować.

Brawo. Pijemy po to, aby się rozluźnić, a nie po to, aby to kontrolować. Rozluźniam się z każdym kolejnym kieliszkiem. Im bardziej się rozluźniam, tym bardziej się muszę kontrolować. Im bardziej muszę się kontrolować, tym bardziej się muszę napić.

Są ludzie, którym bardziej niż na zdrowiu głowy zależy na zdrowiu ciała - dbają o nie na siłowni, a o głowie zapominają. A przecież to naczynia połączone. Powiedzmy więc o tym, jak wpływa "chora głowa" na nasze ciało?

Rozluźnienie to termin pozytywny. Wręcz zachęcam pacjentów, by pływali w rozluźnieniu, by czerpali garściami z masy aktywności i zachowań, które rozluźniają. Ze sportem też trzeba uważać, bo jest przecież coś takiego jak bigoreksja. Natomiast ja lubię łączyć kropki i czerpać z innych kultur. W naszym języku jest słowo rozpowszechnione w kontekście picia, słowo 'rausz'. Budzi raczej ciepłe skojarzenia, ale sprawdziłem, co znaczy po niemiecku rausz (z niem. rausch – ‘otępienie’). Idźmy dalej kuraż (courage z fr – ‘odwaga’). Pracowałem z żołnierzami z Iraku, którzy byli ofiarami ciężkich traum. Nauczyłem się od nich jednej rzeczy: Nie boi się tylko głupek. Strach jest elementem życia każdego człowieka. Musimy się bać, bo to nas chroni, to atawizm. Nagle po alkoholu się nie boimy: skaczemy do jeziorka z mostu, robimy eksperymenty. To jest właśnie stan otępienia i sztucznej odwagi. Na pewnym etapie to rozluźnienie jest stanem, w którym przestaje funkcjonować system neurologiczny. Odcinamy się od tego, co nas boli, tego, czego nie znosimy. Bardzo często w tym gabinecie pada określenie: Nienawidzę siebie. Nie uwierzyłaby Pani, jacy ludzie sukcesu nienawidzą siebie. Ludzie, którzy cierpią na „syndrom oszusta” - wśród nich byli Tom Hanks, podobno też Albert Einstein. Ludzie, którzy całe życie mieli poczucie, że ich sukces jest dziełem przypadku. A jeśli człowiek całe życie nie wierzy w siebie, to rodzi kolejne problemy. Ja moich pacjentów nazywam "dziećmi niewysłuchanymi". Te dzieci nie mogły płakać, krzyczeć, miały być grzeczne. Nie ma czegoś takiego jak niegrzeczne dziecko. Są tylko dorośli, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że dziecko ma prawo wyrażać swoje emocje. Nastąpiła przerażająca tabuizacja agresji. Zabroniono dzieciom być dziećmi: bijącymi się, gryzącymi, kłócącymi. My dorośli "zamykamy im gęby" - zakazy, nakazy, tak wygląda komunikacja, której de facto nie ma. Jak wygląda w późniejszym życiu rozwiązanie takiego problemu? Odpowiedź już znamy. To używki.

Chciałabym poruszyć temat tzw. "nowych" narkotyków, dopalaczy. Znaleźliśmy u naszych dzieci podejrzane środki. Wyrzucić? Zanieść na policję? Przesłuchiwać syna/córkę? Jak zareagować?

To trochę jak z górą lodową i tym nieszczęsnym Titaniciem. To jest tak, że jeśli już widzimy narkotyki w domu to znaczy, że jest już trochę za późno. Ja bym sugerował wtedy powściągnąć emocje, nie robić krzyku, najlepiej od razu pogadać z kimś, kto może spróbować okiełznać ten temat, z zawodowcem. Bo rodzice albo bagatelizują, albo robią zadymę, z której więcej jest strat niż korzyści. Tworzy się indywidualny plan naprawczy, którego składowymi są: matka, ojciec, siostra, brat - cały kontekst rodzinny. Nie można podać wzorca. Pierwsze, co mi się nasuwa, co zrobiłbym, gdybym to ja znalazł jakąś substancję psychoaktywną u syna, to miałbym ochotę zapytać go: "Powiedz mi, co spieprzyłem?" Oddałbym się pod audyt. Przeważnie tam gdzie są narkotyki tam jest nieobecność. Wszystkie substancje psychoaktywne na Ziemi mają jedną bardzo ważną wspólną cechę: używamy ich po to, żeby stać się nieobecnymi. Mogę zaryzykować tutaj małe uogólnienie: te dzieciaki, które same stają się "nieobecne", boli najbardziej nieobecność ich rodziców. Wynikająca bardzo często z przepracowania, bo biznes, bo praca, bo projekty, bo kochanka. Ojciec, który siedzi przy stole rodzinnym i udaje, że się świetnie bawi, a myśli o tym, że będzie się obściskiwał z Mariolą - czy on jest obecny? Nie, on nie jest obecny. On jest figurantem, udaje obecność. Alkohol powoduje, że dzieciaki nie znają swoich rodziców.

Można zrobić poważny wykład neurobiologiczny na temat tzw. dopalaczy, ale najważniejsze jest to, że kompletnie nie wiadomo, z czego się składają. Ja jestem zwolennikiem tego, żeby nie starać się zohydzać, bo tylko zachęcamy. Ale możemy spróbować. Pierwszy z brzegu - mefedron. To substancja, która stała się znana w Europie w latach 90. To w Anglii było nawozem ogrodniczym. Mefedronu używano jako nawozu. To jest teraz bardzo popularny narkotyk. To związki chemiczne, które wywołują katastrofalne konsekwencje dla mózgu, serca, nerek. Cholernym "szczęściem" jest jednak dotrwać do tych objawów, bowiem są to substancje tak nierozpoznane, że nawet jednorazowe spożycie może zabić. Mamy tam całą tablicę Mendelejewa, nie ma żadnej kontroli jakości. Królikami doświadczalnymi będą klienci.

Nie wiem, czy wolno mi tak "grzebać w Pana głowie",  jeśli nie, proszę odmówić odpowiedzi na to pytanie. Ale zadam je nie tylko ze zwykłej ludzkiej ciekawości, ale też na potrzeby edukacyjne tego wywiadu: jaki był najobrzydliwszy skutek zażywania heroiny w Pana przypadku?
 

Nie ma wzorca dna, dno nie istnieje. Ważny jest kontekst. Ja byłem reprezentantem Polski w kosza. Byłem chłopakiem, który miał trochę łatwiej w życiu, bo pochodziłem z rodziny inteligenckiej, ojciec dobrze zarabiał. Brakowało jednak w tym wszystkim obecności. To wszystko jest zresztą w mojej książce "Oswoić narkomana". Ja znalazłem się w świecie heroiny przez przypadek. Pierwszy raz wziąłem heroinę na zgrupowaniu II ligi, a pierwszym człowiekiem, który mi podał heroinę, był mój starszy kolega Jarosław. Najważniejsze jest w tej historii jednak to, dlaczego się na to zgodziłem. Otóż wtedy ojciec już wyprowadził się z domu, czułem pustkę. Wiedziałem, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłem tego nazwać. U mnie w domu były ciągłe awantury. Zapłakana mama, znikający ojciec. Najbardziej bolesną dla mnie kwestią było to, że mój ojciec nie był nigdy na żadnym moim meczu. To rozbija kręgosłup każdego dziecka. Wiadomo, że chłopcy robią wszystko, by przypodobać się ojcom, a nagle ci ojcowie mają nas w dupie. I wtedy pojawił się facet z heroiną mówiący, że poczuję się lepiej. Ten pierwszy moment był początkiem mojego nowego życia. Nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy. Jeżeli czujemy się źle, to każda substancja, która zmienia naszą świadomość i powoduje euforyczne rozluźnienie, staje się naszym jedynym pragnieniem.

Należy pamiętać, że oprócz degrengolady było w tym też fajne atrakcyjne życie - każdy narkoman ma takie momenty. Natomiast wspomnienie, które mną wstrząsa, to bardzo prosta rzecz. To były dwa wydarzenia blisko siebie. Pierwsze to dzień, w którym byłem na głodzie i postanowiłem wynieść z domu parę tomów encyklopedii. Spuściłem te książki w krzaki z 1. Piętra, żeby potem zanieść je do antykwariatu. Byłem wtedy w złym stanie, potrzebowałem każdą komórką swego ciała tego narkotyku. I kiedy dojechałem do antykwariatu, doszła moja kolejka, stanąłem przed antykwariuszem, a on powiedział: "O, znowu jesteś". Jakby mi ktoś dał w pysk. Ten koleś spojrzał na mnie z pogardą, który widzi jakiegoś wychudzonego gnojka. Wziąłem tę encyklopedię i wróciłem do domu. We mnie coś pękło.

Druga historia: Ja się bardzo odróżniałem od reszty moich nieszczęsnych kolegów. Chodziłem w białej koszuli po dragi na bajzel. I wie Pani, co? Nie poszedłem na koncert Mylesa Davisa, choć miałem bilety. Byłem członkiem klubu jazzowego, wielkim miłośnikiem. Nagle nie mogłem pójść, bo nie było towaru na mieście. Dotarło do mnie: co ty człowieku robisz? To było jakieś szaleństwo.

Trzecim momentem był ten, w którym do moich rodziców dotarło, że jestem w ciągu heroinowym. Moja matka zgodziła się, żebym ja działkę trzymał w lodówce obok kanapek dla ojca do pracy.

Zanim przyjąłem od Jarosława pierwszą działkę, byłem już ugotowany. Słuchałem The Doors, mnóstwo znarkotyzowanych kapel. One były wszechobecne. Natomiast to, jakim to jest potwornym oszustwem dotarło do mnie po latach. Poznałem kiedyś gościa, który jeździł ze Stonesami w trasę. On uświadomił mi, że ci muzycy kłamią, wcale nie ma tam codziennego zażywania narkotyków i ekstazy. Robili to w latach 60. , a od dawna w trasy jeżdżą z terapeutami, dietetykami i psychologami. To jest fabryka, cały przemysł. Natomiast nadal mamy ten anturaż pływania w świecie narkotyków, bo się to dobrze sprzedaje. Największą ściemą w świecie narkotyków jest to, że narkotyki to wolność. Młodzi ludzie nabierają się na to, bo chcą wyrazić bunt przeciwko swoim bardzo pogubionym starym. Zrozumiałem to kiedyś będąc na głodzie. Przechadzałem się po pasażu śródmiejskim, koło mnie szedł hipis, punkowiec, strażak, policjant uzależniony od heroiny. Kompletna menażeria, jak w ogrodzie zoologicznym. I nagle okazało się, że ci wszyscy zbuntowani przeciwko światu ludzie prowadzą nudniejsze życie od swoich starych, ponieważ każdy dzień jest identyczny jak poprzedni. Każdego dnia trzeba załatwić kasę i narkotyk. Trudno o większy schemat nudy.

Poza "klasycznymi" narkotykami i tymi "nowej generacji" mamy też benzodiazepiny, czyli leki nasenne i uspokajające, które również uzależniają bardzo silnie. Jakie jest Pana terapeutyczne doświadczenie z nimi? Co sądzi Pan o ogólnej "medykalizacji" społeczeństwa, o tym, że sięgamy po leki w zasadzie na wszystko?

Medykalizacją jest również dopisywanie nowych zaburzeń, wszystko się leczy. Na wszystko się szuka terminu medycznego. Do każdej dysfunkcji dobiera się jednostkę chorobą i formułę farmakologiczną. O tym, czy coś jest narkotykiem, nie decyduje formuła działania, ale prawo. Mamy barbiturany - usunięte z lekospisu. Dodatkowo używane do heroiny, by wzmocnić jej działanie. MDMA zostało np. wymyślone do leczenia fobii społecznych. Jest mnóstwo substancji psychoaktywnych, które kiedyś były nazywane lekami. Prawidłowo jest jednak nazywać wszystkie te substancje nazywać narkotykami. W tej chwili pozostały nam benzodiazepiny.

Współsprawcami są lekarze. Oni produkują rzesze pacjentów uzależnionych od leków. Nadprogramowo wypisują leki. Lekarze mają często psychoterapeutów za szarlatanów. Lekarze pierwszego kontaktu powinni mieć zakaz wypisywania leków o potencjale uzależnieniowym.

Nastąpiła gloryfikacja, reklama leków na uspokojenie. Niezrozumiała dla mnie jest niekonsekwencja środowisk bardzo silnie lansujących trzeźwość. Widzi Pani, nauczyłem się od Amerykanów stawiania celów. Jeśli człowiek cierpi, to chciałby wyzdrowieć. Kończy się moja choroba, przestaję być chory. Jeżeli ktoś nie pije ileś tam lat i nadal mówi, że jest alkoholikiem, to bardzo brzydko działa na nasz mózg. Rozumiemy intencję, że te osoby muszą sobie powtarzać, że są chore, żeby się nie napić. Każdy środek jest dobry, jeśli cel jest porządny. Jeśli człowiek chce pić i nie potrafi inaczej, niech mówi o sobie, że jest alkoholikiem. Jednak ważne jest, by oprócz koncentrowania się na niepiciu, skupiać się na celach. Do końca życia uzależnieni są tylko ci, którzy nie zmienili przekonań.

Jak odróżnić dobrego terapeutę od hochsztaplera? Jak nie dać się nabrać rozmaitym "coachom"?

Prawda jest taka, że zawód terapeuty nie jest zawodem chronionym prawnie. Prawo chroni lekarzy, ale nie chroni terapeutów czy dietetyków. Mamy kompletny bałagan jeśli chodzi o kwalifikacje. Możemy się skupić na szkołach, certyfikatach, natomiast można się tu rozczarować. Każdy może być dziś psychologiem, jest łatwość zdobycia papierów. Jako legalista bardzo głęboko wierzę w rynek. Zabiegi formalne nie rozwiążą problemu. Będą ludzie certyfikowani, którzy będą krzywdzić. W dobie Internetu ten problem przestaje istnieć, bo mamy weryfikację rynku. Nie ma lepszej formuły jak weryfikacja przez Internet. Przeważnie placówki mają opinie, warto też sprawdzać, gdzie taka placówka czy ośrodek są zarejestrowane. Takim pierwszym sygnałem, najbardziej do sprawdzenia możliwym jest sprawdzenie, gdzie firma jest zarejestrowana. Istnieje pewna firma, która skrzywdziła wielu moich pacjentów, która nie jest zarejestrowana w Polsce. Tu chodzi o etykę, a terapeuta powinien być wyjątkowo etyczny.

Jak wygląda tzw. terapia zdalna? Czego pacjent może się po niej spodziewać? Czy pandemia spowodowała, że "wirtualne gabinety" zaczęły się wypełniać?

Każdy terapeuta ma swoje ograniczenia. Z niektórymi pacjentami nie powinno się pracować, np. z uwagi na przeciwprzeniesienia. Psychoterapeuta nie powinien przenosić swoich ograniczeń na pacjenta i to pacjent powinien zdecydować, czy chce pracować w formule online czy nie. W tym trybie terapeuta musi mocniej skupiać się na przekazie pozawerbalnym, to duże utrudnienie dla prowadzącego terapię. Jeżeli pacjent aprobuje taką terapię, to uczciwym byłoby, by nie dobudowywać teorii, że taka terapia jest nieskuteczna. Ja pracuję online, aczkolwiek uważam tę formułę za dużo bardziej wyczerpującą.

Wiele osób pyta mnie, a to pytanie właściwie dominuje w większości moich rozmów z odbiorcami naszej kampanii odkąd ta wystartowała, jak i gdzie szukać pomocy, gdy nie ma się pieniędzy. Wszyscy wiemy, że finansowanie naszej służby zdrowia w zakresie psychiatrii i psychoterapii jest fatalne, dlatego wiem, że w kolejkach czeka się wiele miesięcy. Ludzie z problemami psychicznymi takimi jak depresja nie mają czasu, by czekać, z resztą takie oczekiwanie na pomoc mija się z jej sensem. Co wtedy?

Czasem tak bywa w pomaganiu ludziom, że szewc więcej pomoże rozmową człowiekowi w depresji niż certyfikowany terapeuta umieszczony w swojej bańce ego. Próbuję powiedzieć, że to nie zawsze muszą być certyfikowani mądrale. Miałem w swoim gabinecie wielu okaleczonych pacjentów przez lekarzy, którym nie zabrakło wykształcenia, a empatii. Którzy zbyt ostentacyjnie patrzyli na zegarek, mówiąc w pół zdania: koniec sesji. Tak można człowieka zabić. Nie bez powodu w moim gabinecie są trzy zegary po przekątnych. By nie urazić pacjenta nawet mrugnięciem oka. To jest empatia, czujność, na którą należy zwracać uwagę. Sam byłem pacjentem. Nigdy nie zapomnę słów pewnego ordynatora, który - gdy leżałem w szpitalu wolskim chory na żółtaczkę z powodu heroiny - powiedział: "Was to wszystkich należałoby do gazu wysłać". Nie chcę pokazywać takiego przykładu jako świadczącego, ale można być specjalistą i nie umieć pomagać.

Jest cała masa organizacji pozarządowych, w których pracują ludzie po prostu kochający drugiego człowieka. Jest mnóstwo organizacji związanych np. z rozmaitymi kościołami - taką wspólnotą jest chociażby wspólnota AA. Ja chodziłem na mityngi nie dlatego, że piłem, ale dlatego, że byłem bardzo samotny. Porzuciła mnie kobieta, którą bardzo kochałem. Nie wiedziałem, gdzie chodzić, więc chodziłem na mityngi po to, by spotkać się z ludźmi i porozmawiać. Szukajmy organizacji pozarządowych, tam pracują również wolontariusze, którzy umieją i chcą rozmawiać. Jest cała masa specjalistów, którzy nie lubią ludzi. Dramatem współczesnego pomagania jest brak miłości do drugiego człowieka. Wie Pani, co robię, gdy przychodzi do mnie pacjent? Na początek mu dziękuję. Bo to jest dla mnie bardzo ważne, że on przyszedł. Ten pierwszy krok dla każdego cierpiącego człowieka jest bardzo trudny. Ja swoją specjalizację zrobiłem jako alibi, żeby nie mieć kompleksów. Ale to nie zrobiło ze mnie człowieka, który kocha swoją robotę. Uwielbiam przychodzić do swojego gabinetu. Robię to, co kocham. To są moje kwalifikacje. Uczę moich pacjentów mówić o swoich słabościach. Tylko prawdziwy twardziel potrafi mówić o swoich słabościach. Ja całe życie myślałem, że jestem słaby. Kiedy odstawiłem heroinę dotarło do mnie, że zrobiłem coś wyjątkowego.

Ekspert Gala.pl:

Robert Rutkowski,
• Pedagog, Certyfikowany Specjalista Psychoterapii Uzależnień,
• Trener umiejętności psychologicznych,
• Wykładowca w Wyższej Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej,
• Były opiekun psychologiczny Żużlowej Reprezentacji Polski, 7-krotnych mistrzów świata,
• Autor książek „Oswoić narkomana”, „Pułapki przyjemności”
• Kontakt: www.robertrutkowski.pl