GALA: Doroto, wiele się wydarzyło w Twoim życiu w 2018 roku. Jak go oceniasz?

Doda: To prawda, wiele się działo. Ostatnio TVN, po dwóch latach od prawomocnego wyroku, przeprosił mojego ojca na antenie za to, że zrobił z jego życia prywatnego i z rodzinnej sytuacji sprzed 20 lat medialny lincz i niesmaczne żarty. Sąd uznał, że słowa lektorki i dziennikarki programu miały „obraźliwy charakter i ich żenujący poziom przyjąć należy nawet według miary mocno przeciętnej wrażliwości”.

Program, którego dotyczyła ta sprawa, emitowany był sześć lat temu. Nie wolałaś już odpuścić?

Walczyłam do końca. Każda kochająca córka zrobiłaby to samo, nawet za cenę „bana” w telewizji. Rodzina jest dla mnie ważniejsza niż kariera. Moi rodzice nie są osobami publicznymi i nie pozwolę, by program w telewizji monetyzował ich krzywdę i podbijał sobie oglądalność kosztem ich życia prywatnego. Dlatego sąd był jedynym wyjściem.

Nie masz wrażenia, że Twoja reakcja była przesadzona?

Artysta też człowiek, mam swoją godność i uczucia. Wydaje mi się, że jestem znana z dużego dystansu do siebie, ale są granice, których nie pozwolę przekraczać.

Wiem, że nie jestem święta, i nieraz prowadziłam wojenki, jednak od lat trwa konkurs, w którym wygra ten, kto udowodni, że ja je zaczęłam. Jeśli tak się stanie, przeznaczę sto tysięcy złotych na cel charytatywny. Owszem, nie uginam karku i nie daję sobie w kaszę dmuchać. Byłam pyskata, ale to jedynie odpowiedzi na zaczepki i mój sposób obrony.

Jak znosiłaś hejt, który towarzyszył tej sprawie?

Dużo pracowałam nad sobą, by zaimpregnować się na obelgi słabych ludzi. Jako nastolatka weszłam do świata show-biznesu bez asysty. Sama musiałam o siebie walczyć, tak jak umiałam. Podkulenie ogona i ucieczka były dla mnie dyshonorem. Trzeba umieć pływać w tym szambie z głową do góry. Ja preferuję styl na grzbiecie, inni, jak widać, kraul.

Gdybyś nie była znana, media nie interesowałyby się kryzysem sprzed 18 lat w małżeństwie Twoich rodziców. Blaski i cienie popularności...

Medialny cyrk kosztem moich najbliższych wyzwolił we mnie najgorsze emocje. Broniłam ich jak lwica, powiedziałam kilka słów za dużo, za co przepraszam. Jednak żadne dziecko nie powinno płacić za grzechy rodziców. Nawet po latach i nawet wtedy, kiedy jest sławne.

Najważniejsze, że rodzice obchodzą w tym roku 38. rocznicę ślubu, że się kochają i przezwyciężyli swój kryzys. Podziwiam ich! Gdybym ja tak umiała dążyć do zgody...

Ostatnio Ci się to udało, podobno po wielu latach, w Wigilię, wyciągnęłaś rękę do przyrodniego brata Rafała.

Nie nazywam go bratem przyrodnim. Wychowaliśmy się razem, mieliśmy tych samych rodziców, mój tata usynowił Rafała, kiedy mnie jeszcze nie było w planach, a on miał kilka lat. Powiedział do mamy, że bierze ją albo z nim, albo w ogóle. Cieszę się, że spełniliśmy prośbę rodziców i pogodziliśmy się w te święta. Zmieniłam się i czuję ulgę, bo mam w sobie dużo spokoju.

Zmieniłaś też nieco wygląd. Wróciłaś do naturalnego koloru włosów, mniej się malujesz. Powiedz, proszę, miałaś makijaż podczas naszej sesji okładkowej czy nie?

Ideą tej sesji było to, by po 20 latach kariery w show-biznesie pokazać się od tej strony, od której znają mnie tylko nieliczni.

Po trzydziestce przestałam się malować. To jest megawygoda i inny komfort życia. Ale pokazanie się w takim wydaniu wymaga odwagi, którą chciałam zainspirować inne kobiet Wiadomo, że kosmetykami możesz sobie powiększyć oczy, wyszczuplić nos i wyglądać na okładce tak, by każdy się zachwycał. Ale chciałam pokazać kobietom, że bez tony make-upu nie musimy wyglądać na zmęczone i zaniedbane, nadal możemy wyglądać sexy.

Podobasz się sobie bez makijażu?

Zależy kiedy. Spałam 10 godzin przed tą sesją. Nie piłam alkoholu od miesiąca. Nie jadłam mięsa, ale ja całe życie się dobrze odżywiam, a tuż przed zdjęciami wypiłam chyba całą zgrzewkę wody, więc raczej wyglądałam dobrze. Ale oczywiście są dni, kiedy wyglądam fatalnie, no i co? Co zrobisz, każdy tak ma. Najważniejsze, że dbając o siebie od środka, minimalizujemy to.

Co się takiego stało, że postanowiłaś coraz częściej, również na co dzień, pokazywać się w wersji sauté? Kiedyś bardzo mocno się malowałaś... Zaczęłaś wreszcie akceptować siebie?

To nie jest kwestia tego, że siebie wcześniej nie akceptowałam. Po prostu jako młoda dziewczyna lubiłam ten rodzaj ekspresji, przekazywania emocji, podobał mi się taki sceniczny wizerunek na co dzień. Wolałam tę część delikatną, subtelną, naturalną zachować dla siebie. Uważałam, że to nie jest twarz do show-biznesu, że ona się nie obroni, nie zostanie zapamiętana, nie będzie wyróżniać się wśród innych. Jestem wychowana w teatrze, na musicalach, gdzie musi być ten efekt „wow”, czasami nawet trochę przekoloryzowany. A teraz, kiedy już to wszystko odbębniłam, zostałam zapamiętana i po prostu tamto mi się znudziło, chcę robić coś innego.

Wreszcie mogę sobie pozwolić na różne eksperymenty albo zdejmowanie po kolei tego wszystkiego, co na siebie nałożyłam jako debiutantka, by dojść do rdzenia, do „pozascenicznej twarzy”. Jednocześnie uważam, że nakładanie make-upu nie świadczy o tym, czy ktoś jest nieprawdziwy, czy nie. Ale ja pokazuję teraz ludziom siebie w domowej, dla mnie nieco intymnej wersji.

Wspomniałaś o wersji domowej, a wiele kobiet w domu też się maluje i niechętnie pokazuje bliskim „bez niczego”.

To strasznie smutne, męczące i niezdrowe dla skóry. Boże, ile to zabiera czasu!

Od kiedy przestałaś przywiązywać do tego wagę?

Akurat mój mąż trafił na moment, gdy w ogóle przestałam się malować, bo zaczęłam przesadnie dbać o cerę. Mam na myśli również wyjścia do restauracji czy na randki. Dzięki temu mogłam obserwować, w jakim był szoku, kiedy w końcu pomalowałam się na jakieś wyjście zawodowe. Bo gdybym codziennie to robiła, nie byłoby efektu „wow”. Rzeczywiście, widziałam to zaskoczenie.

A Twój mąż woli Cię nieumalowaną czy umalowaną?

Każdą. „Jak ci dobrze, Doronia, tak rób”, mówi.

Opowiedz mi o nim. Kiedy udzielałaś „Gali” wywiadu kilka lat temu, byłaś rozczarowana mężczyznami i pesymistycznie patrzyłaś na relacje damsko-męskie.

Ja nadal jestem rozczarowana mężczyznami i nadal mało optymistycznie na nich patrzę. I jeśli mnie zapytasz, czy jestem szczęśliwą małżonką i czy będziemy razem do końca życia, nie będę w ogóle tego idealizować. Absolutnie nie usłyszysz ode mnie żadnych słów, które wcześniej mówiłam, bo kiedy teraz czytam wcześniejsze wywiady, jestem nimi zażenowana. Zwłaszcza że cała Polska wie, jak się skończyły opisywane tak szczegółowo związki. Ale do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć.

Czym jesteś tak zażenowana?

No tym, w jaki sposób te relacje idealizowałam. Nie jestem jasnowidzem i nie mam zielonego pojęcia, jak się potoczy moje życie. Robię teraz wszystko, by móc za 10 lat powiedzieć: „Udało się”. Ale czy mi się uda? Nie wiem.

To bez idealizowania powiedz: jak jest w Twoim obecnym związku?

Wspaniale! Ale... nie chcę popełniać tych samych błędów i ubierać tego w słodkie tęczowe barwy instagramowego idealnego małżeństwa. Na tym polega chyba dojrzałość.

Mam 35 lat i przyznaję, że wszystkich mężczyzn, których kochałam, wznosiłam na wyżyny i publicznie chwaliłam. Okazywało się, że chwaliłam ich dla innych kobiet, bo ostatecznie musiałam wszystko zaczynać potem od nowa sama. Teraz, jeśli chcę skomplementować męża, mówię do niego. To samo dotyczy naszego małżeństwa. Nie muszę opowiadać o nim całej Polsce. Dbamy o swoją prywatność i dzięki temu o siebie.

A jak się czujesz jako żona po raz drugi?

Jesteśmy bardzo młodym małżeństwem. Cieszymy się sobą, dmuchamy i chuchamy na ten związek, by trwał jak najdłużej i w jak największych feeriach kolorów. Znam Emila stosunkowo krótko. W maju miną trzy lata.

Jak szybko zdecydowaliście się na ślub?

Emil oświadczył mi się we wrześniu 2017 roku. Chyba półtora roku po tym, jak się poznaliśmy na premierze spektaklu „Słownik ptaszków polskich”, w którym grałam. Po dwóch latach znajomości wzięliśmy ślub.

Czym Emil Cię ujął?

Wolałabym o tym nie mówić albo mówić za parę lat. (śmiech)

Musiało być w nim coś wyjątkowego, skoro zgodziłaś się zostać jego żoną. Mimo że byłaś zraniona i mocno zrażona do tematu.

Przyjaźń.

Zaczęliście od przyjaźni?

Tak, czyli od czegoś zupełnie innego niż zazwyczaj. Całkiem inny rodzaj emocji, bezpieczeństwa, inne fundamenty. Mam nadzieję, że dużo silniejsze i stabilniejsze.

A czym Cię ujął jako człowiek?

Tym, że jest bezinteresowny. Niczego ode mnie nie chciał. Dawał z siebie wszystko, nie brał nic w zamian. Nie był też, i nie jest, łakomy sławy, pazerny na blichtr. Wręcz przeciwnie – stroni od tego. Nie czułam się więc w żaden sposób wykorzystywana, traktowana jak wcześniej – jako trampolina. To bardzo uczciwy człowiek.

Ty też pewnie zachowywałaś się inaczej niż w poprzednich związkach, prawda? Sama powiedziałaś, że nie chciałaś popełniać tych samych błędów.

Na pewno jestem inna. Ale wiesz, staram się bardzo kochać i dawać z siebie wszystko, co najlepsze.

Ale jesteś już ostrożniejsza, nie masz w sobie takiej otwartości jak przedtem?

No tak. Na pewno tak. Trochę mu z tego powodu współczuję. Z drugiej strony – co ta otwartość daje w związku? Myślę, że dużo szlachetniejsze i dużo bardziej przydatne w stabilnym związku jest to, jaka jestem teraz.

A jaką jesteś teraz osobą?

Życiowo mądrzejszą. Wcale nie zgorzkniałą, choć może teraz tak to brzmi. Po prostu z biegiem czasu i dzięki różnym doświadczeniom dojrzałam.

Jak dzisiaj wygląda Wasze wspólne życie?

Tak jak u wszystkich. (śmiech)

No ale Ty prowadzisz inny tryb życia niż „wszyscy”...

Nie, to nie tak, że prowadzę inny tryb życia. Jestem megabałaganiarą i rzeczywiście prędzej rozpalę pożar, niż utrzymam ognisko domowe. (śmiech) Ale jestem opiekuńcza, lojalna, zawsze daję z siebie wszystko, nie zostawiając sobie nic. To się w żaden sposób niezmieniło. Jak człowiek taki jest, to taki będzie. Ani życie nie jest w stanie tego zmienić, ani ludzie, którzy cię zawodzą. Wiem, że mój mąż to czuje i docenia. A jaka jestem poza sceną? Nie zamieniam się w cichą, spokojną szarą myszkę, która gotuje zupy i nie ma własnego zdania. Jestem sobą. Cały czas jestem artystką, która ma coś do powiedzenia. Zresztą oboje mamy własne zdanie.

Ale Ty jesteś królową? (śmiech)

Wiesz co?

Królowa potrzebuje króla. No bo ile można siedzieć na tym tronie i udawać szefa wszystkich szefów? Też czasami chcę odpocząć, wtulić się w kogoś. Chcę, by ktoś przejął ode mnie tę całą presję i ciężar i zdjął koronę.

Emil przyjmuje to wyzwanie?

Nasze małżeństwo jest tego dowodem. Podjęliśmy tę decyzję rozsądnie, jako dwójka dorosłych ludzi. Emil po czterdziestce, ja po trzydziestce. To nie były jakieś entuzjastyczne wybryki nastolatków w Las Vegas.

Mama jest teraz spokojna o Ciebie?

No nie wiem. (śmiech) Wiesz, ja jestem niepokorna ze swoimi wizjami świata. Nie umiem się włożyć w żadne formy i jestem emocjonalna. Podziwiam niektóre kobiety, w tym moją matkę, za to, że totalnie potrafi emocje wyłączyć i pomyśleć sobie parę godzin do przodu – że po co te nerwy, że rzucić to trzeba w niepamięć i napić się herbatki. Dla mnie to jest niewiarygodne! Ja zawsze dążę do konfrontacji. Muszę wylać z siebie wszystko i dopiero potem jest czas, by herbatkę nalać.

A dlaczego trzymaliście Wasz związek w tajemnicy?

To była moja decyzja. I tak naprawdę bardzo mi było żal Emila, jak patrzyłam na to wszystko, siebie też mi było żal. To, co wcześniej przeżyłam, spowodowało, że nie chciałam stracić szansy na fajny, udany związek. Bo nie ukrywajmy, że marzyłam o udanym małżeństwie. Od samego początku.

Nigdy nie interesowały mnie przelotne związki ani romanse. Nigdy w życiu z nikim nie umówiłam się na przygodny seks. Jestem bardzo staroświecka i konserwatywna... Mając narzeczonego, za każdym razem szczerze wierzyłam, że będzie to mój mąż, stworzę z nim dom i znajdę w nim przystań, opokę i bezpieczeństwo. W kontrze do świata showbiznesowego.

A wracając do odpowiedzi na twoje pytanie, tajemnicę robiłam z naszego związku tylko po to, by go nie zepsuć.

Dlaczego uważałaś, że jeżeli przyznasz, że jesteście razem, zepsujesz Wasz związek?

Dlatego że do tej pory zawsze tak właśnie było. Nie ma opcji, by związek, który jest publicznym związkiem, nie był narażony na komentarze, a partner na złośliwe artykuły. Portale chętnie wywlekały wszystko na wierzch, by skłócać nas w jakiś sposób. Trudno się wzajemnie poznawać, docierać i jeszcze znosić to wszystko, co dzieje się w mediach. Mnie samej jest ciężko jako osobie publicznej, a co dopiero komuś spoza świata showbiznesowego. Nie chciałam, by Emila to dotknęło czy zraziło. Nie chciałam, by na swoich barkach dźwigał taki ciężar. Być może w którymś momencie miałby dosyć i byłabym zmuszona powiedzieć mu albo on mnie: „Wiesz co? Rozstańmy się, bo tak będzie lepiej, wiesz? Będzie święty spokój. Ty będziesz miał święty spokój, ja będę miała święty spokój”. Ludzie sobie nawet nie zdają sprawy, że niszczą cudze związki, które mogłyby być silne, fajne, gdyby dano im szansę.

Ale zawsze mówiłaś, że się krytyką nie przejmujesz i że masz w nosie hejterów...

Jeżeli chodzi o związek, bardzo się przejmuję. Bo w grę wchodzi miłość, drugi człowiek, którego jeszcze dobrze nie znam. Musimy się dotrzeć, dopiero się w sobie zakochujemy, wszystko jest świeże, delikatne, kruche. Poza tym skąd ja mogłam wiedzieć, czy mi się to nie rozsypie? Chwalić się związkiem, a za chwilę mówić: „No, niestety, rozstaliśmy się”, i znowu czytać, że to z mojej winy, bo „na pewno jestem toksyczna”? Po co mi to było?

Chciałam, tak jak inne pary, cieszyć się sobą, godzić po kłótniach i podzielić tą informacją dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że mamy szansę razem wytrwać, że damy radę przejść wszystko, co w nas uderzy.

Udawanie, że nie jesteście razem, musiało Was dużo kosztować?

Nie mogliśmy się trzymać za rękę, nigdy nie pocałowaliśmy się w miejscu publicznym, zawsze wsiadaliśmy oddzielnie do jednego samolotu. Dopiero w środku Emil przychodził do mnie, zamieniał się z kimś miejscami i siadał obok mnie, bo z moją fobią, jak wiesz,raczej wolałabym nie latać sama. (śmiech) Naprawdę ostro kombinowaliśmy... Na początku to było, powiedzmy, ekscytujące, ale później stało się męczące. Nie powiedziałam żadnemu swojemu znajomemu, że się zaręczyłam. Żadnemu. Wiedzieli tylko moi rodzice i moja babcia, bo Emil poprosił ich o moją rękę.

Gdzie odbyły się zaręczyny?

W Marbelli, tam gdzie wzięliśmy ślub. Czasami się zapominałam, zakładałam ten pierścionek zaręczynowy, który jest głazem, i jak ktoś mnie o niego pytał, mówiłam: „Nie, to chińska podróbka, kupiłam sobie w internecie”. Każdy jednak krzywo patrzył. Myślałam sobie: „Boże, nie mogę w nim chodzić, bo się skapną!”. I go zdejmowałam.

Ślub też udało Ci się utrzymać w tajemnicy?

Tak. Dasz wiarę, że moi najbliżsi przyjaciele do końca nie wiedzieli, po co lecą do Marbelli? Mogę godzinami opowiadać, jaką jestem wedding plannerką, bo oczywiście musiałam to wszystko zorganizować sama. Nie mogłam nikogo poprosić o pomoc, każdy by się zorientował. Nawet DJ myślał, że leci na ślub mojej koleżanki, a ja będę jej świadkową. Miał przygotowane takie karteczki: Aneta & Wojciech. Musiałam mu dopiero na miejscu powiedzieć: „Zmienisz je na: Doda & Emil”. (śmiech) Ale czy ty uwierzysz, że oni do końca nie wiedzieli, że lecą na mój ślub? Dopiero jak mnie zobaczyli w sukni ślubnej i zaczął grać kwartet smyczkowy, zrozumieli, o co chodzi. Podczas trzeciego ślubu, kościelnego – bo jeszcze był cywilny w Ciechanowie – goście już mieli normalne miny na zdjęciach. (śmiech)

Dlaczego akurat Marbella?

Poleciałam wcześniej z przyjaciółką do Marbelli na wakacje. Po tygodniu szaleństw mówię: „Wiesz co? Mam takiego kolegę. Mnie się wydaje, że on chyba coś do mnie czuje, ale w sumie nie wiem, jest naprawdę świetnym kumplem. Gdyby tu był, byłyby takie jaja! Jest bardzo wesoły!”. Ona na to: „Zadzwoń do niego”. Ja: „Przecież on pracuje, jest poważnym biznesmenem. Nie zmieni w pięć minut planów i nie przyleci do Marbelli. Poza tym wiesz, my tu sobie wykupiłyśmy pobyt z biurem podróży...”. A ona namawiała: „Dawaj, będzie fajnie, wesoło!”. No to po trzech mojito zadzwoniłam. Mówię: „Słuchaj, może byś przyleciał?”. On: „Dobra!”. Był na miejscu pięć-sześć godzin później. Pomyślałam: „O Boże, nigdy nie spotkałam tak spontanicznej osoby jak ja sama”. I jakoś tak ta Marbella nam się dobrze zapisała w pamięci. Mieliśmy tam fajne przygody. Później jeszcze nieraz tam polecieliśmy i te zaręczyny...

Czujesz, że to Wasze miejsce?

Myślę, że docelowo tam się przeprowadzimy. Jak pokonam lęk przed lataniem, nie mogę przecież mieć stanu zawałowego, ilekroć będę wracała do drugiego domu.

Nie możesz też własnego męża tak katować tymi histeriami na pokładzie. (śmiech)

No właśnie. Biedny on, nie?

Powiedz, czy coś się zmieniło w Twoim podejściu do posiadania dzieci? Bo podczas poprzedniej naszej rozmowy mówiłaś, że do dzieci się nie nadajesz i nie chcesz, by dziecko się wychowywało z taką osobą jak Ty.

No dokładnie. I w tym środowisku, w którym funkcjonuję – nie jest ono przyjazne. Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć na to pytanie za parę lat, kiedy już się nacieszę małżeństwem i kiedy do mnie dotrze to, że nie zostanę sama.

Nigdy nie będziesz miała takiej gwarancji, że ktoś Cię nie porzuci.

No ale bez tego nie zdecyduję się na dalsze kroki.

A za parę lat bezpiecznie osiądę w porcie. Poczuję to, co inne dziewczyny: że po prostu mam normalnego męża, który niczego przede mną nie ukrył, że mam dokąd wracać po koncertach, że zawsze po kłótni wychodzi słońce i nie musi się ona kończyć rozstaniem, do tego publicznym.

A jak spędzacie wspólnie czas?

Wszystko lubimy robić tak samo i razem. Jeszcze raz powtarzam, że moja decyzja o wyjściu za mąż nie była podyktowanaani desperacją, ani samotnością. Przecież przez tyle miesięcy szczerze mówiłam o tym, że pragnę być singielką i jest mi z tym najlepiej! Ja się świetnie czuję we własnym towarzystwie. Nie potrzebuję mężczyzny, by czuć się dowartościowaną albo żeby jeździć na wakacje czy kupować sobie fajne rzeczy. Stać mnie na wszystko, ciężko pracuję i jestem osobą totalnie niezależną. Również psychicznie. Moja decyzja była podyktowana tym, że naprawdę trafiłam na osobę, którą po prostu lubię. Jest moim przyjacielem.

Jest wciąż w Tobie podświadomy lęk przed rozczarowaniem bliską osobą?

Jest, ale na co dzień z nikim się nim nie dzielę. Tobie to teraz mówię. Albo fankom, innym dziewczynom, by nie myślały, że jestem jakąś turbobohaterką bez uczuć. Wszystko, co przeżyłam, wywarło na mnie piętno. Ale nadal jestem optymistką i patrzę pozytywnie w przyszłość, tyle że już bardziej rozsądnie. Musiałabym być kompletną idiotką, by nie wyciągać wniosków i znowu krzyczeć w wywiadach: „Boże, jaka jestem zakochana! Słuchaj, to jest właśnie to! Do końca życia będziemy razem, spijamy sobie z dzióbków i rzygamy tęczą”. Tęczę mamydla siebie w domu.

Jakie masz plany na najbliższy rok?

Otwieram go wydaniem płyty wraz z orkiestrą. Zagram pierwszy raz w życiu na Torwarze swój show, koncert 21 marca. To dla mnie megawydarzenie, szczególnie że za moimi plecami będzie siedziała ogromna orkiestra. Cała płyta jest dla mnie przełomowa, bo te utwory nie leżały do tej pory w mojej estetyce ani też ten rodzaj pompatycznej, poważnej muzyki nie jest wpisany w mój wizerunek i styl.

Co się więc stało, że zdecydowałaś się nagrać właśnie taką płytę?

Wszystko zaczęło się od tego, że zaśpiewałam piosenkę „Niech żyje bal” w Opolu, z orkiestrą właśnie. Zresztą z tą samą orkiestrą i dyrygentem Wojtkiem Zielińskim nagrałam moją najnowszą płytę.

Wyobraź sobie, że po tamtym koncercie dostałam więcej miłych wiadomości niż w urodziny, Boże Narodzenie i sylwestra, z komentarzami typu: „Boże, jak ty pięknie śpiewasz!”. Pomyślałam: „Nie wierzę w to, że po 20 latach ludzie nadal się dziwią, że ja umiem śpiewać. Gdzie popełniłam błąd?”.

Wtedy zdecydowałam, że najwyższa pora nagrać płytę, która pokaże moją drugą twarz, inny sposób śpiewania, bez maniery Dody. Dlatego też płyta ma tytuł „Dorota”. No i jeszcze moja nieżyjąca już babcia dolała oliwy do ognia: „Ty musisz, Doronia, nagrać taką płytę z orkiestrą!”. Wiesz, babci się przytakuje, matce się przytakuje, ale nigdy by mi do głowy nie przyszło, że jednak to zrobię. Po jej śmierci jednak słowa dotrzymałam i nagrałam płytę z piosenkami, które ona bardzo lubiła. A więc nowy rok zaczynam promocją płyty i singla „Nie wolno płakać”. Tekst napisał Marek Dutkiewicz, autor „Jolka, Jolka” czy „Dmuchawce, latawce, wiatr”. Zarówno w tym utworze, jak i teledysku wróciłam do korzeni i gram na fortepianie.

Czego Ci mogę życzyć?

Mniejszego smogu w Warszawie, bo nie mogę przez niego śpiewać. Cały czas mam chrypę. Wolałabym jednak jeszcze parę lat móc i mieć nadal mocny kilkuoktawowy głos. Zdrowia dla męża oraz rodziców, bo mój największy lęk wiąże się z tym, że ich stracę. Ja sobie kompletnie nie wyobrażam bez nich życia. I to jest straszne, bo w moim wieku ludzie akceptują już taką sytuację i do niej dojrzewają.

Ty wciąż nie odcięłaś pępowiny?

Wyprowadziłam się z domu w wieku 14 lat, bo zaczęłam pracę w teatrze, byłam wówczas już totalnie niezależną osobą. Ale jestem nadal związana z rodzicami, bo to moi najwięksi przyjaciele. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Mówię to zupełnie szczerze.

No to rzeczywiście, pozostaje mi życzyć zdrowia całej rodzinie. (śmiech)