Tylko u nas Dorota Gardias w szczerej rozmowie z Anną Konieczyńską. Prezenterka pogody i dziennikarka opowiedziała "Gali" o trudach macierzyństwa, przygodzie z programem "Azja Express" i swoich życiowych planach.

Jaka jest Twoja Hania?
Ma bardzo dużo energii. Po mnie bywa uparta. I nie lubi zasad, których nie rozumie. Ale gdy wytłumaczę jej, że postąpiła niewłaściwie, potrafi przyznać się do błędu. Najskuteczniej działa rozmowa. Jak coś przeskrobie, mówię: „Hania, tak nie może być!”. Świetny patent wychowawczy sprzedała mi Beata Sadowska. Gdy Hania jest niegrzeczna, marudzi albo narzeka, mówię: „Idź do swojego pokoju, zastanów się nad swoim zachowaniem, a potem przyprowadź do mnie tę miłą Hanię”.
Działa za każdym razem!

Jakie masz jeszcze sprawdzone metody wychowawcze?

Na pewno nie chcę wychowywać Hanki „bezstresowo”, co kojarzy mi się z brakiem zasad, bo zasady gwarantują dziecku poczucie bezpieczeństwa. Trzeba stworzyć mu rytm: śniadanie, przedszkole, obiad, zabawa, kolacja. Gdy rutyna jest zaburzona, Hania robi się marudna. Chcę jej też dać pewność siebie, bo to niezbędne w życiu.

Przechodziła bunt dwulatka?

Tak, to było dla mnie trudne. Z aniołka z dnia na dzień wyszedł charakterek. To, że dziecko zaczyna się emancypować, jest szokiem dla rodzica. Moim sposobem na poradzenie sobie z tym było zrozumienie, że dzieci też mają gorsze dni. Gdy ja się źle czuję, też przecież jestem „niegrzeczna”. A emocje dzieci są równie ważne i poważne jak dorosłych. Akceptuję negatywne uczucia Hani, tak jak te pozytywne. Gdy się denerwuje, konfrontuję ją z tym, nie bagatelizując powodu jej złości.

Obawiasz się jej nastoletniego buntu?

Nie sądzę, żeby chciała uciekać z domu. Będę z nią o wszystkim rozmawiać. Chociaż już dzisiaj nie wszystko mi zdradza. „To tajemnica moja i tatusia”, mówi czasami, kiedy pytam, co robili w weekend. „Szanuję to”, mówię, ucząc ją jednocześnie szacunku do prywatności drugiego człowieka.

A jesteś nadopiekuńcza?

Niektórzy znajomi twierdzą, że tak. Ale dla mnie oznacza to tyle, że Hanka jest zawsze na pierwszym miejscu. Gdy zabieram ją na spotkania towarzyskie, a ona czegoś chce, przerywam rozmowę z innymi dorosłymi, żeby skupić się na niej. Bo cały czas chcę być blisko niej. Najchętniej ciągle bym ją przytulała i uwielbiam jej zapach. Pachnie cudownie! Moje koleżanki się ze mnie śmieją, ale nic sobie z tego nie robię. Hania czuje moją potrzebę bliskości. Gdy odwożę ją do przedszkola i trzymam za rękę, mówi: „Mama, kocham cię”.

Zanim zostałaś mamą, spodziewałaś się, że tak Cię to uczucie pochłonie?

Nie. Ale już w zaawansowanej ciąży tak bardzo chciałam, żeby się urodziła, że trzymałam pod poduszką śpioszki. Traktowałam je jak talizman. Wiesz, ja dopiero teraz, jako matka, wiem, co to znaczy kochać. To nie jest porównywalne z miłością do żadnego mężczyzny. Mamy z Hanią symbiotyczną relację. Czuję się dziwnie nawet wtedy, gdy śpi w swoim pokoju, kilka metrów ode mnie. Panie w przedszkolu mówią, że widać, jak silna więź nas łączy. Hania jest najlepszą przygodą mojego życia. Przed jej narodzinami wydawało mi się, że mam wszystko, ale gdy ktoś mnie pytał, czy jestem szczęśliwa, wciąż mi czegoś brakowało. Teraz czuję się spełniona w stu procentach.

Ale macierzyństwo to wyzwanie?

Tak, oczywiście. Codziennie muszę się dopasowywać, uczyć, zmieniać. I zdobywać nową wiedzę. Mamy teraz ulubioną zabawę „Co to jest?”, w której zadaniem jest opisywanie np. zwierząt o najdłuższych nogach świata. To jak powrót do szkoły. Razem szperamy w internecie w poszukiwaniu odpowiedzi. Ostatnio hitem są też puzzle z kosmonautami na Księżycu. Uczymy się planet. Hania ma zainteresowania nie tylko dziewczęce. Ale różowy i tak jest jej ulubionym kolorem.

Marzyłaś o córce?

Na początku ciąży powtarzałam, „byle było zdrowe”. Ale pamiętam, że kiedy miałam gorszy dzień, położyłam się do łóżka i pomyślałam: „Oby to była córka”. Chociaż te relacje nie zawsze są łatwe. Czytałam książkę „W co grają matki i córki”, w której pokazane są różne modele tych relacji. Odnalazłam siebie w postaci matki nadmiernie troskliwej. A potem przeczytałam o konsekwencjach takiego wychowania. Dziecku trudniej się usamodzielnić. Ma wyrzuty sumienia nawet wtedy, gdy idzie z koleżanką do kina, zostawiając mamę w domu. Dlatego wiem, że nie mogę Hani od siebie uzależnić. Chociaż skończyłam studia z pedagogiki, wciąż się dokształcam w wychowaniu, zwłaszcza w przerwach w pracy.

Widzisz w Hani dużo swoich cech?

Nie widzę w niej moich cech, bo jej do siebie nie porównuję. Nie chciałabym stworzyć małej siebie. Hania ma być osobną jednostką, a nie moją kopią.

Nie naśladuje Cię?

To co innego! To dla niej świetna zabawa. Podpatruje moje gesty, ruchy, sformułowania. Wiem, że jestem dla niej wzorem, a z tym wiąże się spora odpowiedzialność. Palisz? Nie dziw się, że dziecko też sięgnie po papierosy. Przeklinasz? Powtórzy po tobie. Kłócisz się z mężem? Będzie zaczepiało inne dzieci w przedszkolu. Ostatnio Hania odwiedziła mnie w pracy. Zanim weszłam na wizję, powiedziała: „Dasz radę”, i przytuliła mnie. To była magia. Zaczęła też nagrywać prognozy pogody. Uwielbia przychodzić do TVN-u! Kiedy pokazałam jej, że jest w kamerze, oszalała ze szczęścia.

Też zostanie gwiazdą telewizji?

Będzie robiła to, co będzie dawało jej satysfakcję. Świetnie śpiewa, ma wyczucie rytmu, jest śmiała. Zobaczymy, co z tego talentu się wykluje. Zapisywałam ją na balet, ale dzisiaj powiedziała, że nie pójdzie, bo będzie płakać. Nie wrócimy tam już. Spróbujemy znowu za jakiś czas.

Ale ty od dziecka śpiewałaś, tańczyłaś, występowałaś. Praca na pełen etat.

To miało też swoje negatywne konsekwencje. W piątej klasie podstawówki, jako 12-letnia dziewczynka wracałam ze szkoły muzycznej po 20. Miałam mało czasu dla siebie. Zimno, mokro, śnieg – nie było fajnie. Nie zrobię tego Hani.

Twój sposób wychowania różni się od tego obranego przez Twoich rodziców?

Trudno te dwa sposoby porównać. Na pewno jestem bardziej skoncentrowana na Hani niż moi rodzice na mnie i na moim rodzeństwie, ale nie mogę tego oceniać, bo wychowali nas w zupełnie innych czasach, kiedy nie było pampersów czy mokrych chusteczek. Mama musiała nagotować, naprać, wyprasować. I jeszcze iść do pracy. Rodzicom zawdzięczam lekcję samodzielności. Dzięki nim jestem taka ogarnięta, samodzielna, zaradna. Nie chcę koncentrować się na minusach. Każdy rodzic popełnia błędy, większe i mniejsze, dlatego nie mam prawa oceniać moich rodziców, bo wiem, że dali z siebie wszystko, tak jak ja. A na pewno nie uda mi się uniknąć błędów.

A jakimi dziadkami są Twoi rodzice?

Wspaniałymi! Mają troje wnuków, ale ona jest najdalej, więc są w nią wpatrzeni jak obrazek. Dla Hani dziadek, muzyk, jest trochę niedostępny, tajemniczy. To jej idol.

Wróciłaś do pracy po pół roku od porodu. Szybko?

Ale tylko na kilka dyżurów w miesiącu. Hania w ogóle tego nie odczuła. Bardzo przeżyłam pierwszy dyżur. Na pełny etat wróciłam po roku. Wiem, że są kobiety, które po kilku miesiącach w domu z dzieckiem tęsknią za pracą. Ja gdybym była milionerką, siedziałabym z nią nawet trzy lata, a potem pracowała tylko dla przyjemności. Lubię moją pracę, ale bywa stresująca. W domu wszelkie napięcia opadają. Spędzając czas z Hanią, nigdy się nie nudzę. Mamy nasz własny prywatny świat. Hanka ma bujną wyobraźnię, więc rozpisuje dla nas role, np. Elsy i Anny, a potem bawimy się w niby-teatr. Córka chce mi też we wszystkim pomóc, więc razem zagniatamy ciasto na pizzę, kroimy ogórki na kanapkę, wsypujemy mąkę do Thermomixa. Nie przejmuję się tym, że bawiąc się, nabrudzimy w kuchni. Przyjemność jest ważniejsza niż porządek.

Mogłabyś rzucić pracę, żeby zostać pełnoetatową mamą?

Bez przesady. W życiu najważniejsza jest równowaga. Bez jednego z elementów – pracy, rodziny, pasji – trudno osiągnąć szczęście. Gdybym siedziała w domu, mogłabym popaść we frustrację, a to dla Hani na pewno nie byłoby dobre. Ale bez innych elementów mogłabym żyć, bez Hani nigdy.

Nie jesteś już w związku z tatą Hani. Jak ułożyłaś sobie tę relację?

Nie jestem typem kobiety, która będzie robiła na złość czy ograniczała kontakty Hani z tatą, chociaż nie jesteśmy już razem. Hania jest dla mnie najważniejsza, więc wiedząc, że relacja z ojcem jest istotna dla jej rozwoju emocjonalnego, dbam o jej kontakty z tatą. Przyznaję, że jest to trudna sytuacja dla obu stron, ale robię wszystko, żeby Hania jak najmniej odczuła jej konsekwencje.

Jak czułaś się na wyprawie do Indii w ramach „Azja Express”?

Cudnie, bo ja lubię doświadczać nowych rzeczy. Bywało brudno, bywało brzydko, bywało twardo. Widziałam karaluchy, szczury i krowie placki. Panował niesamowity upał, mój plecak ważył 15 kg, mało spałam, mało jadłam. Ale brak wygody nie był dla mnie problemem.

Jak przygotowywałaś się do wyprawy?

Dużo czytałam o Indiach. Biorąc udział w akcji charytatywnej, rozmawiałam z podróżnikiem, który był tam sześć razy. Ale piękno tego miejsca, zwłaszcza plaż Sri Lanki, i tak mnie zaskoczyło.

Miałaś momenty słabości?

Nie, chociaż trudno na takiej wyprawie nie dać się ponieść emocjom. Na początku każdy się kontrolował, bo śledziły nas kamery. Potem się o nich zapomina. Zdarzyło mi się ostro przekląć, czego na co dzień unikam. W tych ekstremalnych warunkach odzywają się ekstremalne emocje, których się po sobie nie spodziewasz. Ale nie wymyśliłam wizerunku na potrzeby programu, pozostałam sobą.

Jak dogadywałaś się z ludźmi napotkanymi podczas wyprawy.

To słynne „Me is Małgosia”, znane z poprzedniej edycji, naprawdę działa. Najłatwiej dogadać się gestem. Zdarzało mi się też mówić: „room”, „sleep”, „please”. I wiesz, poza wszystkim, wniosek jest jeden: biedniejszy chętniej się z tobą podzieli niż bogacz.

Byłaś już wcześniej na tak dalekiej wyprawie?

Raz, w Wenezueli, gdzie podtopiłam się w bagnie. Ale „Azja Express” ośmieliła mnie do dalszych wyjazdów. W czerwcu lecimy z Hanią z plecakami do Tajlandii i Indonezji. Z naszymi przyjaciółmi, którzy mają synka w jej wieku. Od urodzenia latał już samolotem 70 razy! Miał trzy miesiące, gdy wyjechał po raz pierwszy.

Nie boisz się zabrać Hani na koniec świata?

To będzie przygoda! Zobaczy słonie, będzie nurkować, próbować pysznego jedzenia. A jak będzie zmęczona, będę ją nosić w plecaku z nosidełkiem. Albo rozłożę jej karimatę pod palmą, żeby mogła zasnąć.

Co zmieniło się w Twoim życiu od powrotu z Indii?

Miałam 300 par butów, a po powrocie wyrzuciłam większość, bo zrozumiałam, jak niewiele przedmiotów jest mi potrzebnych. Teraz, gdy idę do sklepu, jestem bardziej oszczędna, nie wydaję pieniędzy na głupoty. Zrozumiałam, że nie potrzebuję aż tylu rzeczy, żeby funkcjonować, a tym bardziej aby być szczęśliwą.

A czego Ci podczas wyprawy brakowało?

Tylko Hanki! Nigdy wcześniej nie rozstawałyśmy się na tak długo. Przygotowałam ją do rozłąki. Czytałyśmy razem książkę o podróżach, w której lew, słonik i tygrysek zwiedzają świat, m.in. Indie. Opowiedziałam jej, że tam właśnie pojadę. Tłumaczyłam, że nie będzie mnie długo, ale na pewno wrócę. Wiedziałam, że będzie miała momenty kryzysowe, ale znam ją na tyle, że trzeba dostarczać jej rozrywek. Jeśli się nie nudzi, to nie tęskni. Zaczęła więc chodzić na balet, ustaliłam grafik odwiedzin babć, miała nowe zabawki. Często rozmawiałyśmy przez FaceTime, więc pokazywałam jej, gdzie jestem, towarzysząc jej np. przy kąpieli. Czułam się, jakby była tam razem ze mną.