Błyszczą Ci oczy, promieniejesz jak nigdy dotąd. A więc to prawda! Jak przyjęłaś wiadomość, że zostaniesz mamą?

W pierwszym momencie przeżyłam szok, chociaż ciąża była zaplanowana. To miał być TEN rok! Co prawda nie spodziewaliśmy się, że się tak szybciutko uda, ale byłam na to przygotowana jako kobieta. Już od roku czułam, że nadszedł właściwy moment. Dojrzałam na różnych płaszczyznach, żeby zacząć nowy etap. Ale przez pierwsze dni byłam w szoku! Wzięłam do ręki test, wpatrywałam się w niego i nie mogłam uwierzyć... Mieszały się we mnie różne uczucia. Z jednej strony niesamowita radość, a z drugiej lęk. Pojawiły się też łzy. Ciężko określić,czy szczęścia, czy może smutku za czymś, co już się skończyło.

Niepokoiła Cię taka reakcja?

Czułam się totalnie zagubiona. To wszystko jest trudne. Przeczytałam później na portalach internetowych dla przyszłych mam, że moja reakcja jest normalna, a taki stan utrzymuje się przez trzy pierwsze miesiące. Mam to już więc za sobą. Poczułam ogromną odpowiedzialność za tę małą istotkę, zrozumiałam, że czeka mnie kompletna zmiana życia. Ale jak już się oswoiłam z myślą, że będę mamą, owładnęło mną niesamowite uczucie. Koleżanki opisywały mi kiedyś ten stan, ale ja tego kompletnie nie rozumiałam. Kobieta, która nie ma dziecka, nigdy nie będzie wiedziała, o co chodzi. Że unosi się dwa metry nad ziemią, chodzi z głową w chmurach i ma w sobie radość, którą trudno słowami opisać. Niesamowite uczucie! Jestem przeszczęśliwa!

Doskonale Cię rozumiem. Pamiętam, że jak szłam z badaniami potwierdzającymi ciążę, z radości chciałam ściskać przechodniów...

Tak, tak! Też tak czułam! W redakcji koleżanka opowiadała o swojej córce, spojrzała na mnie i powiedziała: „No, teraz na ciebie kolej. Bo wszyscy tutaj mamy dzieci”. A ja: „No, może już niebawem”. Chciałam się pochwalić, ale jeszcze nie mogłam. Lekarz mi zabronił, bo pierwszy trymestr bywa problematyczny. Bałam się zapeszyć. Nie wiem, jak to się dzieje, ale pierwsza wiedziała moja mama. Zobaczyła na ekranie telewizora, że mam jakieś inne oczy, jakby zamglone, rozanielone. Gdy do niej zadzwoniłam, by podzielić się nowiną, powiedziała: „Przeczuwałam to, miałaś inny wyraz twarzy...”. Coś w tym jest. W TVN nikt jeszcze nie wiedział, przychodzę na „Poranek TVN24”, a Jarek Kuźniar: „Dorcia, jak ty pięknie wyglądasz!”. Zaczął mi się przyglądać. ale nie mogłam mu się jeszcze pochwalić.

Kto najbardziej się ucieszył z tej wiadomości? Ty, Twój partner Piotr Bukowiecki, a może Twoi rodzice?

Najbardziej cieszymy się my, rodzice. Natomiast jeśli chodzi o pierwsze emocje, to mama. Zresztą od trzech lat życzyła mi dziecka. Kiedy z Piotrem spotykaliśmy się z moimi rodzicami, mama szturchała go: „No, Piotr, kiedy?!”. Życzyła mi, żebym miała swoją prawdziwą miłość. Bo miłość matki i dziecka jest bezwarunkowa, najpiękniejsza, jaka tylko może się wydarzyć w życiu człowieka.

Trzy lata temu wiele się w Twoim życiu zmieniło: wygrałaś „Taniec z gwiazdami”, byłaś w przededniu rozstania z mężem. O dziecku mówiłaś, że przeraża Cię poczucie odpowiedzialności za nie i to, że musiałabyś mu podporządkować życie. A przecież jeszcze chcesz coś osiągnąć.

Przychodzi taki moment stabilizacji, przede wszystkim emocjonalnej, w życiu osobistym, kiedy człowiek staje się na to gotowy. I ja się tak poczułam w tamtym roku. Silna. Faktycznie, odpowiedzialność za dziecko jest ogromna i cały czas mam ją z tyłu głowy. Ale coś za coś. Myślę, że instynkt macierzyński odezwał się we mnie dwa lata temu, kiedy urodziła się córka brata, a moja chrześnica – Jagoda. Jest cudowna! Wszyscy mówią, że kropka w kropkę ja. I to Jagoda sprawiła, że zapragnęłam dziecka. Przedtem chodziłam do koleżanek, znajomych, rodziły się dzieci – ja je uwielbiam, jestem przecież po pedagogice przedszkolnej – ale nigdy nie rodziło to we mnie tak silnych uczuć.

Może też nigdy dotąd nie kochałaś tak mocno swojego partnera.

Oczywiście, to też ma wielkie znaczenie, bo fajnie ułożyło mi się w życiu prywatnym. Poza tym kończę 33 lata. Może to jeszcze nie jest ostatni dzwonek, ale już dość donośny. Chciałabym, by dzieciątko było zdrowe i wszystko dobrze przebiegało, a jednak im kobieta starsza, tym jest trudniej.

Czy ja dobrze widzę: masz obrączkę na palcu?

Nie, po prostu przekręcił się pierścionek. (śmiech) Zaręczynowy.

Powiedziałaś kiedyś, że kobieta wyzwolona to taka, która nie opiera się na mężczyźnie, sama o wszystkim decyduje i nie wychodzi za mąż. Podobno nie myślisz o ślubie.

Myślę. Tylko że dzisiaj już wiem, że podpisanie dokumentów nie daje gwarancji na szczęśliwe życie. A ślub, cała ta uroczystość, szum wokół niej, nie jest mi potrzebny. Jeżeli ludzie się kochają, wspierają się i jest między nimi chemia, papier nie jest im do niczego potrzebny. Fajnie byłoby wziąć ślub, ale w wieku… 60 lat. Z rodziną u boku, z naszymi już dorosłymi dzieciakami, gdzieś w plenerze. To dopiero zaświadczałoby o prawdziwej miłości...

Twoje pierwsze małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Nie zdecydowałaś się wtedy na dziecko.

 

Tamten etap mojego życia to już zamknięty rozdział. Jeśli czegoś nie czuję, to tego nie zrobię, dlatego nie zdecydowałam się wtedy na dziecko. Nie byłam na to gotowa. Teraz z perspektywy czasu oceniam, że decyzja, którą podjęłam, była bardzo odpowiedzialna.

Do tej pory interesowali Cię mężczyźni, których musiałaś zdobywać. Piotra też zdobywałaś czy tym razem było inaczej?

Z Piotrem znamy się już ponad dwa lata. W życiu bym nie przypuszczała, że będzie moim partnerem. Bałam się trudnych sytuacji, a on był w trakcie rozwodu i ma dwójkę dzieci. Na początku kompletnie nie byłam nim zainteresowana. Pracowaliśmy razem przy realizacji programu i nawet przy tej okazji za często się nie spotykaliśmy. On też nie okazywał większego zainteresowania moją osobą. Lubiliśmy się, fajnie nam się rozmawiało, ale nic więcej. Później miałam problemy osobiste. Parę razy mu się z nich zwierzyłam, a on mi pomógł. Pomyślałam: „Właśnie takiego partnera bym potrzebowała”,ale nie konkretnie jego, tylko takiego jak on. I wtedy zaczął wysyłać silniejsze sygnały. Byłam strasznie oporna. Strasznie! Nawet wspólnie spędzony sylwester w szerszym gronie nic nie zmienił. Jechaliśmy tam z Patrykiem, moim menedżerem, a ponieważ wiedziałam, że Piotr spędzi tę noc samotnie, pewnie oglądając filmy, zaproponowałam, żeby jechał z nami. Nic się wtedy nie wydarzyło. Ale potem... Ach, jak Piotr mnie zdobywał!

Jak Mount Everest.

Chyba lepiej. (śmiech) Powoli spadały kolejne blokady. Piotr rozumiał, że dużo przeszłam i trudno mi na nowo zaufać mężczyźnie. „Nie odbieraj sobie szansy, przyjemności czy nadziei przez przeszłość – mówił. – Zostaw ją za sobą”. I tak z przyjaźni narodziła się miłość.

Prawdziwa, niekłamana.

Najprawdziwsza. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z kim innym. Jestem tego pewna. Kiedy skończyło się moje małżeństwo, obiecałam sobie, że nigdy nie będę składała takich deklaracji. Ale naprawdę czuję się szczęśliwa! Ufam Piotrowi bezgranicznie, jestem go pewna, a zawsze brakowało mi pewności, że jestem dla mężczyzny najważniejsza, że w trudnej sytuacji on za mną stanie. Piotr daje mi niesamowite wsparcie. Nie tylko stoję u jego boku czy on u mojego. Mogę nawet się trochę za nim skryć. Podoba mi się, że jest męski, życiowo mądry.

Jest od Ciebie starszy?

Nie, jesteśmy rówieśnikami.

To taki facet, że nie będziesz już musiała sama zmieniać koła w swoim porsche?

Oj nie! (śmiech) Nawet jestem w szoku, że pomaga mi we wszystkim. A w moim stanie nie przywiązuję wagi do tego, czy w kuchni są pomyte naczynia, czy nie. Jak chce mi się spać, to się kładę. Piotr ogarnia wszystko. Zresztą od początku tak było, że razem o wszystko dbamy. Spędzamy ze sobą całe dnie. Jeździmy razem, kiedy zapowiadam pogodę w terenie i kiedy mam zapowiedź w „Dzień Dobry TVN”. Jesteśmy nierozłączni. Kiedyś mi się wydawało, że jako ta wyzwolona kobieta potrzebuję wolności. Dzisiaj najcudowniejsze chwile przeżywam, gdy jestem z nim. To przynosi mi spokój i szczęście.

Piotr jest producentem filmowym?

Mieszkał przez kilka lat w Stanach Zjednoczonych, pracował w Los Angeles w firmie producenckiej. Teraz tutaj walczy o swoje projekty, ale nie jest łatwo się przedrzeć komuś, kogo na tym rynku nie było. Piotr jest zdolny i ambitny, mocno wierzy w to, co robi, więc mam nadzieję, że mu się powiedzie. Jeden z jego projektów jest już mocno zaawansowany – to film z genialną obsadą. Trzymam kciuki, żeby doszło do realizacji.

Psychologowie uczulają, że w związkach „kobiety po przejściach i mężczyzny z przeszłością”, jak pisała Agnieszka Osiecka, partnerzy muszą wzajemnie szanować swoją przeszłość – akceptować byłe miłości, a zwłaszcza dzieci z poprzednich związków. Piotr ma już sześcioletnią Vivian i młodszego o rok Melchiora. To dla Ciebie trudny egzamin.

Bardzo trudny. Decyzję trzeba podjąć już na wstępie: albo w to wchodzisz i akceptujesz wszystko: że są dzieci, które będą do ciebie przyjeżdżać, rozrabiać, płakać, bałaganić i że on je kocha, i przytula, że kiedy dzieci przyjeżdżają, on nie ma dla ciebie czasu, albo w ogóle nie zawracaj sobie takim facetem głowy. Krótka piłka. Bo walczyć z tym nie można. Na początku, jak ci powiedziałam, w ogóle nie brałam Piotra pod uwagę. Tymczasem jego dzieci odmieniły moje życie. (szeroki uśmiech) Przyjeżdżają do nas już od dawna.

Skąd przyjeżdżają?

Z Łodzi. Mieszkają tam z mamą. Dzieciaki mają w naszym mieszkaniu swój pokój, swoje myszy – teraz dziesięć, bo właśnie urodziły się młode – swojego kota i zabawki. Mają tu drugi dom. A ja dzięki nim dostrzegłam to, co jest w życiu ważne. Przestałam mieć jakieś durnowate problemy, zamartwiać się nieistotnymi rzeczami. W przerwie między jednym a drugim wejściem w telewizji pędzę na łeb na szyję, żeby z tymi dzieciakami posiedzieć i ugotować im pomidorówkę. Ale czy może być coś piękniejszego niż takie chwile, gdy w telewizji mam dyżur do północy, a Vivcia przychodzi do mnie z talerzem i mówi: „Ciocia, kocham cię, przyniosłam ci jajecznicę!”?

Myślę, że w Twoich dobrych relacjach z dziećmi Piotra jest duża zasługa ich mamy. Kobiety często wrogo nastawiają dzieci wobec nowej partnerki ojca.

Poznałam Karolinę. Bałam się tego spotkania. Relacje między Karoliną a Piotrem są przyjacielskie, więc mnie też jest łatwiej przez to przejść. Liczę się z jej  zdaniem. Kiedyś Vivian poprosiła mnie, bym pomalowała jej paznokcie. Powiedziałam: „Najpierw spytaj mamy”. Wszyscy musimy grać w jednej drużynie, bo dobro dzieci jest najważniejsze.

 

Poznaliście się, gdy Piotr już był po rozwodzie?

Nie, gdy był w trakcie. W związku z tym, że Piotr z Karoliną brali ślub w Stanach, procedura rozwodowa trwała ponad rok. Rozwód orzeczono, gdy byliśmy już razem. I on, i Karolina robią wszystko, aby dzieci jak najmniej to odczuły. Są bardzo dobrymi rodzicami. Wiele moich koleżanek mówi, że nie potrafiłoby w podobnej sytuacji tak się zachować jak ja. Kiedyś też pewnie myślałabym podobnie. Ale gdy się spotyka takich ludzi jak Piotr i Karolina, okazuje się, że wszystko jest możliwe. Oczywiście są emocje. To normalne. Ale idziemy dobrą drogą. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że tak może być. Dlatego mam w sobie taki spokój.

Można by pomyśleć, że jesteś szczęściarą: uroda, sukcesy zawodowe, pieniądze, miłość. Tymczasem Ty trudne życiowe egzaminy zdawałaś już jako nastolatka Jesteś twardzielką?

Myślę, że tak. Ostatnio zastanawiałam się, co by było, gdybym straciła pracę. Na początku pewnie bym spanikowała, ale zaraz potem poczułabym energię do działania. Zanim zaczęłam pracę w TVN, aktywnie działałam: śpiewałam, tańczyłam, jeździłam na konkursy miss, uczestniczyłam w sesjach zdjęciowych. Kiedy moi rodzice stracili pracę i było nam strasznie ciężko, poczułam wielkie pokłady siły i energii. Wiedziałam, że trzeba jakoś zarobić, pomóc. I jeździłam z zespołem taty śpiewać na weselach. Nieważne, że nie spałam po nocach, że przyjeżdżałam z chałtury o piątej rano, a na ósmą szłam do szkoły. Dobrze mi to zrobiło, bo wiem, ile trzeba się namęczyć, wystać na mrozie, żeby zarobić parę groszy. Jeszcze na studiach zaczęłam pracę w Telewizji Lublin. Pamiętam, jak kiedyś jeździłam na nagrania do Łodzi do programu „Idź na całość”. Kiedyś po drodze się pochorowałam, nie miałam leków ani pieniędzy. Ale nigdy się nie poddawałam.

Szłaś na całość.

Tak było. Dwa razy przeżyłam momenty załamania. Pierwszy – jak skończyłam liceum, drugi – kiedy skończyłam studia. Po liceum nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam się uczyć dalej, ale jednocześnie musiałam pracować. Wybrałam wychowanie przedszkolne na uniwersytecie w Lublinie, żeby być blisko domu. Zostałam też animatorem i menedżerem kultury. Okazało się jednak, że dyplom nie dawał gwarancji, że dostanę pracę. Przez cały ten czas tańczyłam i śpiewałam w zespołach, także w ludowym. Teraz wiem, że gdybym pojechała na studia dalej, dałabym sobie radę, gdzieś bym się wkręciła – choćby do zespołu występującego na weselach. Ale wtedy... byłam dziewczyną z małego miasta, bez perspektyw. Bałam się ryzyka.

Co śpiewałaś na tych weselach?

Same przeboje: (śmiech) „Bella, bella donna”, „Kawiarenki”. Dla licealistki czy studentki, jeśli ma talent, to fajny sposób na dorobienie sobie do stypendium. Jednocześnie było to jakieś doświadczenie sceniczne. Przecież na weselu musiałam coś powiedzieć do ludzi, do kamery, ładnie budować zdania, prowadzić konkursy. To taka mała telewizja, mały show. Wszystko, co robiłam, budowało moją przyszłość. Szkoła życia. Dzisiaj moja mama może na mnie liczyć. To ogromna satysfakcja.

W wywiadach mówiłaś, że jesteś nieśmiała i niepewna siebie. Ale nieśmiała dziewczyna nie śpiewałaby na weselach, a tym bardziej nie stanęła do wyborów miss czy na casting do TVN…

Człowiek w miarę dojrzewania zaczyna sobie poprawnie odpowiadać na pytania. To nie tyle była nieśmiałość, ile niewyleczone kompleksy. Miałam ich mnóstwo. Nigdy nie czułam się pewnie. Konkursy miss dodawały mi pewności siebie, występowanie w zespole i telewizji regionalnej też. Pamiętam, jak pojechałam na jakiś pokaz do Lublina, a tam dziewczyny wystylizowane, ufryzowane – inaczej niż ja z małego Tomaszowa. Byłam przy nich szarą myszką. Mama, wychowując mnie, wbiła mi do głowy, że pokorne cielę dwie matki ssie. Chciała dla mnie dobrze, ale ja wzięłam to sobie do serca i uznałam, że nie wolno mi wychodzić przed szereg. Ale sprzeciwiała się temu moja natura, stale mnie gdzieś ciągnęło. I okazywało się, że jestem wulkanem energii.

A teraz widzisz oczami wyobraźni swój ślub z Piotrem w otoczeniu Waszych dzieci za 30 lat?

Nie wiem za ile, ale to piękny obrazek. Pasuje do mojej układanki. Tym bardziej że w dzisiejszych czasach ze związkami nie jest najlepiej, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie panuje moda na „zmienianie na lepszy model”. Jaki to byłby fajny wzór dla dzieci, że rodzice są razem, że związek to coś prawdziwego, co może przetrwać, o co warto walczyć.

Dobrze zaczęłaś tę drogę do spełnienia kolejnego marzenia.

(śmiech) Ostatnio powiedziałam Piotrusiowi, że życzę mu córki. „Dlaczego?”. „Bo jeśli będziemy mieli syna, masz przechlapane, ponieważ będę miała z nim lepszy kontakt niż ty”. „Jak to?”– pyta. Wyjaśniłam, jakie mam plany: że kiedy Jaś będzie miał cztery lata, zabiorę go na motocross. A Piotr: „Ty jesteś nienormalna!”. (śmiech) Tak naprawdę pewnie będę drżała o dziecko. Nie wiem, jak to będzie z motocrossem, ale na pewno będę mamą, za którą syn podąża. Chciałabym mu imponować i przekazać wszystkie pozytywne emocje, których sama doświadczyłam.

A jak będzie dziewczynka?

 

Będzie naszą księżniczką, a my zostaniemy największymi przyjaciółkami. Tak jak ja z moją mamą, do której coraz bardziej staję się podobna. Nigdy nie przypuszczałam, że to możliwe, ale tak jest. Kiedy mają przyjść goście, szaleję z gotowaniem. A w kuchni muszę mieć wszystko idealnie poukładane, zupełnie jak mama.(śmiech) Patrząc na moje relacje z chrześnicą, wiem, że bez względu na płeć, będziemy mieć wspaniały kontakt.

A jeśli to będzie syn – co biorąc pod uwagę sprawczą moc Twoich marzeń, jest wielce prawdopodobne – potem przyjdzie czas na córkę…

Daj Boże!

A co Piotr odkrył lub zmienił w Tobie jako kobiecie?

Zmienił moje patrzenie na samą siebie. Jestem krytyczna wobec własnej osoby i często umniejszam swoje osiągnięcia i zalety. Piotr potrafi dodać mi pewności, odwagi i sprawia, że czuję, że mogę wszystko. Przy nim stałam się bardziej otwarta. Wielu ludzi, których znam z przeszłości, teraz mi mówi: „Jesteś taka jak dawniej. Uśmiechnięta, spontaniczna, optymistyczna i radosna”. To na nowo odkrył Piotr. Dostawałam dużo propozycji, które odrzucałam, ponieważ blokował mnie strach przed nieznanym. Piotr mi uświadomił, że strach ma wielkie oczy i że muszę próbować. Najwyżej zrezygnuję. I przyjęłam jedną z propozycji – zostałam ambasadorką marki Soraya. Ten projekt idealnie mi odpowiada, ponieważ sama robię sobie makijaż i interesuję się nowościami z tej dziedziny. Reklamuję Make-up HD oraz kosmetyki do pielęgnacji skóry.

A przed Tobą najważniejszy projekt: dziecko. Dla synka masz już imię – Jaś, a dla dziewczynki?

Nie wiem. Płeć dziecka poznam dopiero za kilka tygodni. Zawsze myślałam, że to będzie Julia. Podoba nam się też Róża, ale jeszcze się zastanawiamy. Ważne jest, jakie znaczenie ma dane imię, jaką niesie ze sobą energię. A ja wierzę w moc energii. Jestem marzycielką. Czy wiesz, że ja sobie wszystko wymarzyłam?! Porsche, które wygrałam w „Tańcu z gwiazdami”, też.

Nie wierzę!

Tak było. Jechałam z tych moich chałtur, zmarznięta na kość, serpentynami Roztocza. Piękna jesień, spadają kolorowe liście, a ja skulona w busie, niewyspana. Zamykam oczy, zachodzi słońce. Wyobrażam sobie, że jadę białym golfem z otwartym dachem, jest cieplutko, czuję powiew świeżego powietrza. Przypomniało mi się to na jednej z serpentyn, jak pierwszy raz jechałam porsche do Tomaszowa. Popłakałam się. Pierwszy odcinek „Tańca z gwiazdami” oglądałam jeszcze jako studentka na stancji w Lublinie. Byłam największą fanką tego programu. Do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś wezmę w nim udział! Po każdym odcinku stawałam przed lustrem i próbowałam tańczyć... Marzenia się spełniają. Tylko trzeba o nich myśleć i w nie wierzyć. Mam mnóstwo takich przykładów. To właśnie jest energia.