Gala: Ciągle jest Pani w drodze. Teatr i studenci w Gdańsku, serial i spektakl w Warszawie, po drodze film albo wizyta w rodzinnym Krakowie. Wyczerpujący tryb życia.

Dorota Kolak: Jestem skonstruowana jak akumulator, im mocniej się kręcę, tym więcej mam siły. Ale jeśli odłączy się mnie od prądu, szybko wygasam.

Był taki moment?

Żebym się tak całkiem wyłączyła? Chyba nie.

Należy Pani do tych aktorek, które pojawiły się w kinie późno, ale zauważalnie. Jak Pani myśli, dlaczego to nie nastąpiło wcześniej?

Kwestia okoliczności – jednak jestem aktorką prowincjonalną, mieszkam daleko od Warszawy. Bo przecież nie chodziło o moje aktorstwo. Teraz, w kinie też, jestem specjalistką od ról trudnych, gorzkich, smutnych i dramatycznych. Choć zawsze staram się, by nie były jednoznaczne, nawet w tym mroku miały jasność.

A Pani prywatnie, charakterologicznie, bliżej jest do postaci dramatycznych czy jasnych?

Zdecydowanie bliżej mi do dramatu. Mam większą skłonność do pesymizmu i refleksyjności niż do radości.

Żartuje Pani, że jest aktorką prowincjonalną, ale pochodzi Pani z Krakowa, studiowała w najbardziej legendarnej szkole aktorskiej.

Wyjechałam stamtąd, mając 24 lata, dłużej mieszkam na Wybrzeżu, niż mieszkałam w Krakowie. Już nie jestem krakuską. Chociaż, jak byłam tam ostatnio na festiwalu filmowym i wybrałam się na spacer, znowu urzekł mnie rynek. Ten widok ciągle na mnie działa. Niosę w sobie Kraków tradycyjny: szkoły aktorskiej i teatru Kantora, spektakli Swinarskiego, wystaw w Muzeum Narodowym, na które mama zabierała mnie już jako dziewczynkę. Kraków Klubu Pod Jaszczurami i szwendania się. W Gdańsku brakuje mi rynku, miejsca, gdzie ludzie się schodzą. Ale zamiast tego jest morze, które daje zupełnie inny poziom refleksji.

Jaki był Pani krakowski dom? Na ścianach wisiały stare obrazy?

Nie za wiele, bo nie był zbyt zamożny. Stał za to fortepian. Mieszkaliśmy przy Sławkowskiej, w rynku, w domu z przepiękną, do dziś istniejącą, rzeźbioną w drewnie klatką schodową. Mama pracowała na dwóch etatach, co nie przeszkadzało jej, by znaleźć czas na wizytę w Renesansie, salonie fryzjerskim, gdzie zawsze pachniało lakierami. Uczyła WF-u w liceum muzycznym, a na AGH prowadziła zespół taneczny. Tańczyłam u niej krakowiaka i mazura. Tata pracował w teatrach, za kulisy zabierał mnie i siostrę rzadko, co dodawało tym wizytom jeszcze większej niezwykłości. Moja babcia była taperką, grała na pianinie do niemych filmów. Mamie zawsze zależy, żebym w wywiadach mówiła, że sporo osób przychodziło na seanse specjalnie, by posłuchać gry babci.

Z domu wyniosła Pani wzór silnej kobiety?

Raczej nie. To tata był silnym człowiekiem. Obie z siostrą byłyśmy dosyć ładnymi dziewczynkami, ale w domu zawsze się podkreślało, że uroda się nie liczy. „Przestań patrzeć w lustro”, słyszałam. Uroda była unieważniana.

Po co Pani poszła do szkoły aktorskiej, co sobie obiecywała po tym zawodzie?

Zawsze myślałam, że tak wybrałam, bo w domu panował artystyczny duch. Dopiero niedawno odkryłam inną prawdę o sobie. Jako dziecko byłam bardzo grzeczna i poukładana. Widocznie jakaś część mojej wyobraźni wyrywała się, potrzebowała ujścia i chyba dlatego poszłam do szkoły teatralnej.

I co się stało z tą grzecznością?

Mam nadzieję, że nigdy jej nie straciłam. Pomaga mi w pracy, na planie, staram się być taktowna, niekonfliktowa. Ciemniejsze strefy uzewnętrzniam na scenie.

Role mają wpływ na Panią czy zrzuca je Pani jak płaszcz i idzie dalej?

Mają wpływ. Jakaś cząstka każdej z ról zostaje, mam nadzieję, że mnie wzbogacają, na pewno poszerzają moją osobowość aktorską. Zmieniają mnie też po ludzku. Do każdej roli wkładam dużo od siebie, przepracowuję swoje aktualne dylematy czy lęki, bo ja mam dużo lęków. Oswajam je.

Udaje się?

Częściowo, nie wszystkie. W filmie „Mały Jakub”, gdzie zagrałam babcię Jakuba, która umiera, musiałam się zmierzyć z lękiem przed śmiercią. Z poczuciem umykającego czasu, że nie wszystko zdąży się zrobić i powiedzieć.

W tym roku skończyła Pani 60 lat. To coś znaczy?

Zmianę punktu widzenia. Dosyć głęboko to odczuwam. Dziwię się: „To już?! Minęło?”. Przecież ja dopiero się rozpędzam. Ale to się wiąże też z tym, że czerpię dużo więcej radości z rzeczy, które przedtem aż tak mi jej nie dostarczały. Pojawia się świadomość, że czas, który pozostał, jest cenny. I że warto spędzać go z drugim człowiekiem, co mi się kompletnie nie udaje, ponieważ mój mąż też jest rozpędzony. Za to, kiedy już jesteśmy razem, mam wrażenie, że mądrzej wykorzystujemy ten czas.

Częściej razem milczycie czy rozmawiacie?

W samochodzie dużo gadamy, a jak już jesteśmy na swojej wsi, gdzie mamy domek, każde robi swoje. Mąż sprząta piwnicę, a ja leżę na tarasie. Nie chodzimy po lesie za rączkę.

Rozmawiacie o pracy?

Lubię znać zdanie męża, cenię je. Jako kolegi aktora albo widza. Bo potrafi być widzem. To dzięki niemu jako młoda aktorka mogłam wrócić do pracy trzy miesiące po urodzeniu dziecka, on wziął na barki cały dom. Pozwolił mi grać, bo wiedział, że to był dla mnie najlepszy czas artystycznie. Kiedy kilka lat później on chciał wyjechać, by sprawdzić się jako dyrektor, ja musiałam przejąć dom. To był mój gest wdzięczności.

36 lat razem. Jak tyle wytrwać?

W naszym przypadku to się udaje pewnie dzięki temu, że dajemy sobie wolność. Każde z nas ma swój świat, one się wzajemnie przenikają, ale nie są zaanektowane. Nie jesteśmy jednak ludźmi, którzy ciągle sobie przytakują, przeciwnie, obszar sporu między nami jest żywy.

Mąż był przez siedem lat dyrektorem teatru w Kaliszu, Pani została w Gdańsku. Ciężko było?

Tak, trudno jest wracać do pustego domu. Oczywiście są telefony, wszystko można obgadać, ale to nie zastąpi wspólnej codzienności, tego, że rano pijemy razem kawę. Ku mojemu zdziwieniu, dosyć szybko nauczyłam się obłaskawiać tę samotność. Nie było wyjścia. Siedem lat.

Mocny sprawdzian dla pary, prawda?Zwłaszcza kiedy tworzą ją atrakcyjna aktorka i dyrektor teatru. Pojawiała się zazdrość?

To mamy między sobą załatwione. Nazywam to „bardzo długą smyczą”. Jesteśmy w związku, ale mamy dużą przestrzeń wolności.

Co to znaczy? Że potraficie oddzielnie wybrać się na imprezę do znajomych?

Tak, bez problemu. Potrafimy nawet osobno spędzać wakacje. Ja z przyjaciółmi albo sama, mąż z kolegami jeździ na łódki. Jestem samotnikiem, naprawdę lubię jeździć na wakacje sama.

Kiedy po siedmiu latach osobnego życia wróciliście do wspólnego mieszkania, ciężko było się z powrotem do siebie przyzwyczaić?

To prawda. (śmiech) Zarówno mąż, jak i ja nauczyliśmy się już żyć samotnie, okazało się, że każde z nas ma przyzwyczajenia, swoje rytuały. Trzeba było poukładać to na nowo. Mój mąż składa się z kilku facetów. Potrafi być porywczy, a w innej sytuacji wykazuje się niezwykłą cierpliwością. Ma niesamowite poczucie humoru, ale czasem nie ma go w ogóle. Bywa niezwykle elastyczny, nawet jeśli już podejmie decyzję, potrafi przemyśleć ją na nowo. To mu się przydaje, jako dyrektorowi Teatru Muzycznego w Gdyni.

Pani też jest tak elastyczna?

Jestem zdecydowanie bardziej jednowymiarowa. Mój znajomy śmieje się, że aktorki mają na plecach przycisk, który w sekundę potrafi uruchomić bombę emocji. Ze mną właśnie tak jest, wybucham dziką furią w moment. A potem przychodzi refleksja.

Co Panią tak uruchamia emocjonalnie?

U studentów kłamstwo i lenistwo. W pracy wyrachowanie, gdy słyszę, że ktoś gra w serialu, bo ma kredyt, natychmiast się unoszę. Irytuje mnie polski bałagan, brud. Śmietnik koło mojego bloku, miejsce niczyje i zaniedbane. Mam nadzieję, że to, o czym mówię, to nie są drobiazgi i nie jestem w tym małostkowa.

Przyjaźni się Pani z koleżankami z branży?

Nie szafuję słowem „przyjaźń”. Przyjaciółkami mogę nazwać cztery osoby. I nie jestem kobietą, która ćwierka albo wypłakuje się przez telefon. Ze smutkami radzę sobie sama albo pomaga mi je przepędzić moja najbliższa przyjaciółka, czyli siostra.

A Pani można się wypłakać?

Można. Ale nie jestem zbyt miękką przytulanką. Natychmiast szukam wyjścia z sytuacji. Utulę, ale na krótko. Szybko stawiam do pionu.

Pani siostra też jest aktorką, poszła w Pani ślady?

Nie sądzę. Skończyła liceum muzyczne. Dziś jest aktorką Teatru Nowego w Łodzi. Bardzo się różnimy i jako aktorki, i w podejściu do życia. Ja wiecznie się czymś zamartwiam, siostra powtarza: „Odpuszczamy”. Ciężko byłoby nam bez siebie. Ale nasza relacja nie polega na codziennych rozmowach o tym, co dziś na obiad. Siostra jest od istotnych rozmów. Podobnie jak mój mąż i córka.

Gracie razem z córką Katarzyną Z. Michalską, która też jest aktorką, w Teatrze Wybrzeże?

W dwóch sztukach: „Nasi najdrożsi” i „Wiśniowy sad”. Kasia na scenie przestaje być moją córką, jest koleżanką z teatru. Co nie zmienia faktu, że nawzajem się pilnujemy, obserwujemy swoją grę. Ona staje się moim pedagogiem, a ja jej. Potrafi mi powiedzieć: „Dzisiaj matka przygrałaś ten monolog”. Liczę się z jej uwagami, bo to najbardziej życzliwa mi osoba i jednocześnie najbardziej wobec mnie krytyczna.

Nie miała Pani nic przeciwko temu, by córka została aktorką?

Tak bym nie powiedziała. Dosyć się przez lata napatrzyłam na kariery złamane i niespełnione. Na wielkie nadzieje, które donikąd nie prowadziły. Wo- lałabym, aby moja córka tego nie przechodziła. Ale nie próbowałam jej od tego odwieść, powtarzałam tylko, że musi zbudować w sobie odporność, racjonalny dystans. Jest ode mnie kompletnie różna. Należy do pokolenia, które wychowało się w wolności, urodziła się w 1985 roku. Kiedy była dzieckiem, zaczynaliśmy mieć pieniądze. Wyprowadziliśmy się z ciasnego służbowego pokoiku do własnego mieszkania. Mieliśmy pierwszy samochód. Kasia mogła już wyjechać za granicę. Wysłaliśmy ją do Londynu na naukę języka. Na kursy: taneczny, żeglarski, bębniarski. To był kompletnie inny świat od tego, w którym ja dorastałam. Dziś Kaśka jest osobowością wolną. Jest w niej pewien rodzaj szaleństwa.

A w Pani też jest szaleństwo?

Ja lubię grać szaleństwo. Kobietą na krawędzi jestem tylko na scenie.

Więcej wywiadów z gwiazdami polskiego kina przeczytacie w magazynie "Gala"