Dorota Wellman otwiera drzwi kawiarni, w której się umówiliśmy na wywiad, i woła: „Panie ładny! Czy pan czeka na propozycję?”...

Dorota Wellman: Dlaczego się na mnie tak patrzysz? Powiedziałam tak, bo stałeś na rogu dwóch ulic. Taka mała prowokacja.

Stajesz się specjalistką od prowokacji. Książka „Kalendarzyk niemałżeński”, którą napisałaś z Pauliną Młynarską, bardzo prowokuje...

...do myślenia chyba...

Również. To książka ekshibicjonistyczna. „Rozbierasz się” w niej sama oraz obnażasz innych.

Bez przesady.

Nie przesadzam.

Podaj przykład.

Piszesz o swoim środowisku między innymi: „dla premiery jakiegoś kremu wkładają wyrafinowane suknie, godzinami się czeszą i malują. (...) Są wiecznie młode i supersexy. jeszcze tylko te usta w dziubek (zwane karpikiem lub glonojadem, bo za bardzo nadmuchane przez chirurgów plastycznych), dekolt po pas i już mamy sexy babcie. Makabra! zastanawiam się, czy dla darmowego słoiczka kremu warto z siebie robić idiotkę”.

Dlaczego twierdzisz, że piszę o swoim środowisku?

Bo stoisz okrakiem. jesteś i trochę nimi, i trochę nami według mnie.

Nie jestem ani celebrytką, ani gwiazdą. Jestem wami, czyli nami, czyli dziennikarzem. Dlaczego więc mam mówić coś innego? Nie mogę powiedzieć, że robię zabiegi botoksowe, bo ich nie robię. Bo nie mogę. Powodują, że tracisz swoje naturalne rysy twarzy. Co w moim przypadku oznaczałoby, że straciłabym narzędzie pracy, jakim jest twarz wyrażająca emocje. Nie będę zatrzymywać procesów starzenia, bo są naturalne. Mogę za to o siebie dbać. Mam 52 lata i nie zamierzam tego ukrywać oraz wyglądać na 25. Uważam to za śmieszne.

Te kobiety, które się botoksują, może tłumią w ten sposób kompleksy, porażki. chcą zatrzymać nie tylko czas,ale również męża, bo boją się, że on za chwilę ucieknie do młodszej koleżanki z branży. Może szukają szczęścia?

Rozumiem. Ale można go szukać inaczej. Jeśli ktoś się dobrze z tym czuje, jeśli ma to mu pomóc, niech sobie to robi. Nie podoba mi się tylko to, że wszystkie kobiety mają jednego lekarza, który botoksuje je podobnie. Negatywnie odbija się również to, że kobiety nie zatrzymują się na pewnym etapie, kiedy botoksowanie jeszcze poprawia urodę. One przekraczają barierę, po przejściu której zaczynają wyglądać jak glonojad przesuwający się po ścianie akwarium, z dużymi ustami i wielkimi polikami. Nie ma cudów, nie da się powstrzymać czasu. W taki cud nie wierzę, ani w żadne inne. = Jestem realistką. Mam świadomość tego, jakie jest moje ciało. Mam otyłość – ona nie jest wielka, ale ją posiadam. Stanowi zagrożenie dla mojego zdrowia. Dlatego robię wszystko, żeby do tego zagrożenia nie dopuścić. Badam się częściej niż większość Polaków, ćwiczę co najmniej trzy razy w tygodniu. Przyjaciele śmieją się ze mnie, że jestem napakowanym Bolem. Jem niewiele – tak, tutaj czytelnicy powiedzą: „Akurat! Na pewno żre jak świnia”. Ja zwyczajnie o siebie dbam. Choć pewnie nigdy nie osiągnę rozmiaru 36. A powinnam?

Nazywasz siebie w książce „dyżurnym grubasem polskiego show-biznesu”.

A jest inaczej? Masz takiego drugiego grubasa, który występuje w telewizji? Poza wybitnym dziennikarzem Wojciechem Mannem, ze strony męskiej, jestem tylko jeszcze ja. Jestem grubsza, a nie puszysta, nie kudłata, misiowata, pączkowata, tylko grubsza. Nazywam to zawsze po imieniu. Mam świadomość tego, że jestem grubsza niż inni, ale nie podejrzewam, że to stanowi jakiś problem. On leży w czym innym – że mamy być dzisiaj wszyscy jak spod linijki, co wyklucza, że ktoś jest starszy, grubszy, piegowaty, skośnooki, czarnoskóry. A to różnorodność jest najpiękniejsza.

Myślisz o tym, że pewnego dnia w tej telewizyjnej puszce, w której pracujesz, powiedzą: „Pani Wellman, już dziękujemy. Nie mieści się Pani w parametrach”?

Taki moment na pewno przyjdzie. Prędzej czy później. Robię wszystko, aby to zdarzyło się później.

Czujesz oddech na plecach? Twoje miejsce jest smakowite – w najlepszym czasie w masowej telewizji...

Nie czuję. To jest kwestia wieku oraz  tuszy, tylko charakteru i doświadczenia. Młodość niesie ze sobą wspaniałe walory i atuty. Ale czasami ważniejsza jest osobowość. Ten moment, kiedy trzeba będzie zejść ze sceny, zdarzy się, ale jeszcze nie teraz, gwarantuję ci to.

Skrzywdziłaś kogoś z „zainteresowanych” tym,co napisałaś? Ktoś podszedł i powiedział: „Jest mi przykro”?

Nie. Bo rozmawiam z nimi o tym. Pytałam wiele razy, i to przed kamerą: „Czy nie przeszkadza ci to, że twoja skóra jest tak napięta, że świeci niczym księżyc w ciemności?”. [Do stolika, przy którym siedzimy, podchodzi kobieta: „Pani Doroto, bardzo panią lubię. Oglądam panią w Kanadzie”. Dorota: „Jejciu... Bardzo mi miło”. Kobieta z Kanady: „Musiałam pani powiedzieć »dzień dobry«”. Dorota: „Dziękuję”.]

Dla takich chwil warto żyć?

W mojej pracy wyłącznie. Bez widzów nie żyję. To oni są moimi pracodawcami, nikt inny. Przestaną nas oglądać, przestajemy istnieć. W telewizji, oczywiście.

 

Oni to oglądalność, a jej brak to wyciąganie konsekwencji przez Twoich szefów. Kiedy słyszysz, że przez Ciebie program był zły, to jak reagujesz?

Zacznę od tego, że kiedy okazuje się, że program miał złą oglądalność, to najpierw szukamy z Marcinem (Prokopem – przyp. red.) – bo prowadzimy go wspólnie – winy w sobie. Co my mogliśmy zrobić nie tak? Gdzie daliśmy plamę? Co możemy zmienić w sobie? W jakości materiałów? Nie wszyscy goście są cudowni. Codziennie z Marcinem się uczymy. Każdego dnia poddawani jesteśmy krytyce i wyciągamy z niej wnioski. Ale kiedy słyszę, że zrobiłam coś nie tak, a wiem, że to nieprawda, to wtedy się kłócę. Udowadniam, że tak nie było, bo zadałam takie i takie pytania, bo były wyczerpujące i tak dalej. Poza tym jestem zawsze przygotowana do programu. Na każdy temat, który będzie poruszany, staram się mieć chociaż podstawową wiedzę... Przecież muszę „dopowiedzieć”, bo nie „dowyglądam”, prawda? (śmiech) Nie mogę swojej niekompetencji załatwić jednym ładnym uśmiechem do kamery i pomachać rzęsami.

Piszesz o tym, demaskując kolejną przypadłość i zakałę show-biznesu: jak bardzo chciano Ci obrzydzić Paulinę Młynarską. Zanim zaczęłyście razem pracować mówiono Ci, że „zjada partnerki, szybko się ich pozbywa... po prostu zła kobieta”.

Przeżywałam podobną historię z Marcinem Prokopem. Kiedy zaczęło się nam dobrze pracować, stworzyliśmy fajny duet, byliśmy zauważalni, to komuś się to cholernie nie podobało. Zaczął opowiadać Marcinowi, że mówię o nim źle. Znasz mnie długo i wiesz doskonale, że nigdy źle nie mówię o Prokopie. A jak mamy z Marcinem coś sobie do powiedzenia, mówimy to bez pośredników. Ktoś sączył jad, bo chciał nas rozbić. Weryfikuję takie rzeczy wprost, pytając rozsiewającego plotki, dlaczego to robi. A ludzie nie lubią rozmawiać wprost. Obie z Pauliną bałyśmy się naszego spotkania na planie programu („Miasto ko-biet” w TVN Style – przyp. red.). Usiadłyśmy razem i powiedziałyśmy sobie, czego się obawiamy. A potem okazało się, że dobrze nam się pracuje, że chcemy porozmawiać również po programie, zatelefonować do siebie prywatnie, napisać maila... W finale powstała nasza książka. Czy Paulina zada w „Mieście kobiet” pierwsze pytanie? To niech zada. Lepsze od mojego? Bardzo proszę. A ja mogę za to ciekawie spuentować rozmowę.  

Oberwało się też w „Kalendarzyku niemałżeńskim” Pierwszej Damie Annie Komorowskiej. Piszesz o niej: „Anna Komorowska więc jest. Jest, a jakby jej nie było”.

Szanuję Pierwszą Damę, ale mam prawo do wyrażenia swojej opinii. Mogę jako obywatel tego kraju, który głosował na obecnego prezydenta, mieć uwagi co do zaangażowania Anny Komorowskiej w sprawy kraju. I mogę to wyrazić. Nie zmienię zdania, bo pierwsza dama ma bardzo wielką rolę do spełnienia. Może wypełnić jakąś lukę, może być rzecznikiem wielu zarzuconych spraw i ludzkich problemów, nie tylko kobiet. A dzisiaj czuję niedosyt obecności Prezydentowej w życiu publicznym. Nie odpowiada mi pierwsza dama, która będzie prezydentową od kapeluszy, przechadzającą się po ogrodzie, ani taka, która rządzi swoim mężem. Chciałabym mieć prezydentową, która reprezentować będzie polskie kobiety, obywateli, stawać będzie w ich obronie i mówić w ich imieniu. I nie będzie się bała wyrazistych poglądów. Kobieta z charakterem – po prostu. Potrzebujemy takiej w naszym kraju. Pierwsza Dama miałaby szansę odgrywać taką rolę. Brakuje mi w Polsce autorytetów dla kobiet. Takich, które powiedzą głośno, co nam leży na sercu. A z ust Prezydentowej zabrzmi to o wiele dobitniej, mocniej... Bo ma władzę i autorytet. Mam prawo marzyć o takiej pierwszej damie.

Proponowano Ci, żebyś weszła do polityki.

Dwukrotnie odmówiłam. Jedna propozycja wyszła od ugrupowania, z którym nie chcę mieć nic wspólnego, a druga nadeszła nie w porę. A teraz polityka tak bardzo mi się nie podoba, że coraz częściej nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Nawet jako wyborca. Na kogo zagłosuję? Mam dosyć wybierania mniejszego zła. Zamknęłabym telewizję dla polityków. Koniec lansu, panowie! Ja się pytam: kto siedzi w Sejmie? Kto śpi na trybunach? Bo wy jesteście najczęściej w telewizji i przed kamerami.

I kobietom również się od Ciebie dostaje.

No cóż, przyznaję, że są mistrzyniami intrygi. Chociaż mężczyźni też od niej nie stronią, to my jesteśmy w tej konkurencji nie do pokonania. Dlatego też wolę męski świat, w którym staje się twarzą w twarz, jak na turnieju rycerskim. A po stoczonej walce idzie się na piwo. Kobiety wolą za plecami załatwiać sprawy, co potem zalega... jak golonka na żołądku, której nie znoszę.

Pytana w książce: „Gdybyś była prezydentem?”, odpowiadasz: „Mój mąż byłby pierwszą damą”.

Gdybym była prezydentem?! Krzysiek byłby „pierwszym damem”. (śmiech) Na pewno nie bałby się ze mną polemizować i dyskutować, bo taki ma właśnie charakter.

Wyobraź sobie taki dzień: koniec pracy w szklanym pudełku. Dokąd idziesz? Ja widzę Ciebie jako wodza, który staje na czele, sam stanowi o sobie i innych.

Na czele czego?

Może tego, na czym znasz się najlepiej?

Czyli jednak prezydent.(śmiech)

Nigdy nie życzyłem Ci źle i chciałbym, aby tak zostało.

No dobra, powiem ci, ale będziesz się z tego śmiał. W Polsce nie aktywizuje się kobiet. Nie chodzi o Partię Kobiet, jej członkinie się rozebrały i nic z tego nie wynikło. Myślę o aktywizacji. Chciałabym tworzyć środowiska kobiet, które, zjednoczone, wspólnie coś wytwarzają, zmieniają, realnie załatwiają. Żeby coś dobrego zrobić dla tego kraju. Chciałabym być takim kobiecym sekciarzem na czele sekty – w pozytywnym znaczeniu tego słowa – kobiet. Chciałabym, żeby kobiety umiały o siebie walczyć.

 

Sekciara. Z liczby określeń, jakimi opisujesz siebie w książce, mogłaby powstać miniksiążeczka. Nazywasz siebie też zołzą-menopauzą. Często się w nią zamieniasz?

Czasami. Ale w domu. Staram się jednak nad tym panować. W moim wieku wchodzę w okres przedmenopauzalny. To czas, który charakteryzuje się zmianami hormonalnymi. Jeśli nie mamy świadomości tego, to na cały ostatni etap życia stajemy się zołzami, które zarąbują swoich facetów i swoje dzieci. Taka stara, zgorzkniała kobieta która wyżywa się na wszystkich, jest najgorszą formą istnienia. Walczę z tym. Zołzę-menopauzę trzeba w sobie skręcać, wsadzić do puszki i nie dać jej się w naszym życiu rozpanoszyć. Często mówię kobietom, żeby patrzyły na siebie w tym okresie, kiedy stają się zołzami. Poznawały swoją psychikę i ciało. Tak jak przyglądamy się sobie, kiedy dojrzewamy, kiedy rośnie nam biust, tak powinnyśmy dostrzegać swoje przekwitanie. To, że wiotczeje nam skóra, zmniejszają się oczy, kończy się okres czy jak zmieniamy się pod względem charakteru.

„Niedawno uświadomiłam sobie, że nasze zeszłoroczne wakacje z Kubą były naszymi ostatnimi i to se ne vrati”. Oswoiłaś się z byciem mamą dorosłego jedynaka?

Nigdy nie byłam zaborczą, zabraniającą, okupującą mamą dla swojego Kuby. Byłam i jestem kochającą i otaczającą go miłością. Kiedy po raz pierwszy wyjeżdżał sam, płakałam w samotności, gryząc palce. Byłam przerażona. Ale walczyłam ze sobą, żeby po raz kolejny do niego nie zadzwonić. I do tej pory, kiedy Kuba wychodzi wieczorem z towarzystwem, nie śpię dobrze. Jest to rodzaj czuwania i czekania, aż bezpiecznie wróci. Kiedyś wytłumaczyłam synowi, że tak już mam, że moja wyobraźnia podpowiada jakieś straszliwe filmy, kiedy wyjeżdża, wychodzi... Ale wystarczy, że wyśle mi choć jednego SMS-a, a będę spokojniejsza. Nie kontroluję Kuby, nie dzwonię i nie pytam, co robi. Kuba nie ma drzwi w swoim pokoju. Powinno ci to sporo wyjaśnić.

Teraz będziesz podróżować sama?

Nie będę samotna, bo mam męża. A dziecko mnie nigdy nie porzuci, tylko zaczyna dorastać i mieć własne życie. Tak jak i ja go nigdy nie porzucę. A Krzysiek – mój mąż – ma motor, bo przeżywa drugą młodość. (śmiech) I wspólnie zamierzamy podróżować motorem. Mam już kask i kombinezon.

Obiad ugotowałaś?

O 4.30. Chłodnik stoi w lodówce. Codziennie gotuję.

Wellman – westalka i motocyklistka.

A co, jeszcze tyle przede mną! Mam oddać życie walkowerem? Niedawno poszłam na lekcję tanga. Kiedyś się go uczyłam, ale przerwałam. Teraz wróciłam do nauki. Cudownie!

Zapytana w książce, co masz w dupie, odpowiadasz: „Pióra”. Jakie?

Różnobarwne. Inaczej byłoby nudno. A że moja pupa jest dosyć duża, dobijam do niej kolejne pióra.

Strusie?

Kogucie raczej. I trochę puchu też tam jest.

Piszesz, że kiedy patrzysz w lustro,to myślisz: „Ale morda”. Rano jest aż tak źle?

Mówię to: „Ale morda” z miłością. Okrągłe oczy, z uśmieszkiem. To ja, mordka. Mój herb na życie. Patrzę na siebie z przyjemnością.

Emotikon.

Dokładnie. Nieźle wyglądam jak na 52 lata, jestem zadbana, kochana. Czego tu się wstydzić? Mordo ty moja, lubię cię!