Jedno z moich pierwszych wspomnień jest bardzo dramatyczne. Mogłam mieć wtedy około trzech lat, ale mam ten obraz przed oczami, jakby to działo się wczoraj. Podczas wesela mojego stryja na wsi wybuchł pożar. Pamiętam, jak stoję w polu i patrzę na płonący dom, czerwień ognia, łunę na całą wieś. Ta chwila tak zapadła mi w pamięć, zmysły tak mocno się wyostrzyły, że pamiętam nawet rżysko, na którym stałam, i wnętrze samochodu, którym potem jechaliśmy. Ale nie pamiętam, żebym się bała.

Mieszkaliśmy w Olsztynie, na pierwszym piętrze starej willi. Niedaleko było lodowisko – kiedy jeździłam na łyżwach, tata przestępował z nogi na nogę, chuchając w dłonie, bo było zimno. Tata był głęboko obecny w moim życiu. Pracował jako redaktor w wydawnictwie PAX, był absolwentem polonistyki na KUL-u. Mogłam z nim o wszystkim rozmawiać. Towarzyszył mi nawet, kiedy robiłam coś absurdalnego, jak wtedy, gdy wymyśliłam, że ptaki nie mogą jeść nasion słonecznika w łuskach, więc razem obieraliśmy dla nich ziarna. Wakacje spędzałam u dziadków na wsi, na Mazowszu. Opowiadam czasem taką anegdotę: pod koniec lat 70., kiedy byłam na studiach w Paryżu, zdałam sobie sprawę, że nic mnie już w Polsce nie trzyma. Nie chciałam tu wracać, zastanawiałam się, czy nie zostać we Francji. Jedyna tęsknota dotyczyła tej wsi, domu dziadków. To był drewniany dworek, taka trochę wiejska chałupa zubożałej szlachty. Bawiliśmy się całą gromadą, wybuchały radości i dramaty, sojusze i walki. Wśród dzieciaków byli moi kuzyni, ale też dzieci parobków moich dziadków. Było skromnie. Było prawdziwie. Czasem urządzaliśmy pikniki nad płynącą niedaleko rzeką. Albo z innymi dziewczynkami dekorowałyśmy wiejskie kapliczki. Najbardziej lubiłam zabawy w Indian – to ja zawsze byłam Winnetou. Bawiłam się też lalkami. Jeszcze w Olsztynie miałam ogromny, drewniany dom dla nich. Przypominam sobie pierwszą lalkę z ruchomymi oczami. 

 

Dla mnie dzieciństwo trwało do ósmego roku. Przeprowadziliśmy się wtedy do Warszawy i pamiętam, że poczułam się bardzo dorosła. Byłam wysoka, wyższa od rówieśników i dosyć poważna. Śmieję się, że jako dziewczynka przyjaźniłam się z osobami dużo starszymi, a teraz jest odwrotnie. Mama od zawsze zajmowała się finansami, była bardzo dobrze wykształcona. Tak się dobrali z tatą: on humanista, refleksyjny, zamyślony, ona konkretna, ambitna, niezależna. Była pierwszą feministką, jaką spotkałam w życiu. Nie chodzi o poglądy, bo pewnie takich nie miała, ona tak żyła. Była silna, wiedziała, że musi pracować po to, żeby budować siebie i swoją pozycję. Dziś, kiedy ludzie mówią mi, że nawet w trudnych sytuacjach daję radę, myślę, że mam to po matce.

Jedno z najważniejszych wspomnień z dzieciństwa to gra na skrzypcach. W zwykłej podstawówce ciągle miałam jakieś kłopoty z wychowawczyniami, chyba nie byłam lubianym dzieckiem. Szkoła muzyczna to było królestwo! A ja czułam się tam jak mała księżniczka. Budynek szkoły był cały w drewnie, schody trzeszczały, zza drzwi dochodziły dźwięki instrumentów. Dla mnie to był dom cudów. Starzy, jeszcze przedwojenni profesorowie przyjaźnili się z moimi rodzicami. Uchodziłam za dziecko zdolne, tylko trochę leniwe. W szkole muzycznej spędzałam czas do wieczora, każdego dnia. Skrzypce, fortepian, teoria, chór. Biegałam na wszystkie koncerty w Olsztynie, miałam notes wypełniony autografami muzyków. A potem to się skończyło. Kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy, bardzo chorowałam, przerwa od szkoły muzycznej zrobiła się zbyt długa. Nie miałam siły nadrabiać straconego roku. Nie żałuję, nie byłam stworzona do akurat tego typu ciężkiej pracy. Ale jestem pewna, że ta cudowna stara szkoła ukształtowała moją wrażliwość na całe życie.